Źródło: Flickr/DieselDemonMam na imię Darek i opowiem jak się robi w paradokumencie. Zaczynając od początku, byłem akurat świeżo po rzuceniu pracy, gdy zadzwonił kumpel. Od jakiegoś czasu pracował przy produkcji jednego z popularnych seriali paradokumentalnych i właśnie zwolniła się im dziewczyna z obsługi, szukali więc kogoś na jej miejsce - no i ok. Z racji, że do pracy trafiłem dzięki znajomościom (jak większość w tej branży), od razu zostałem rzucony na głęboką wodę – nikt specjalnie nie przejmował się moimi kompetencjami czy przeszkoleniem. Mniejsza o nazwę produkcji i moją funkcję na planie – chociaż nie pracuję tam już od jakiegoś czasu, nie chcę specjalnie tym epatować. W sumie nie zagrzałem tam miejsca zbyt długo – nieco ponad pół roku, jednak poznałem dość dokładnie tajniki.Odcinek kręciliśmy przez trzy dni, po czym mieliśmy dwa dni przerwy i znów wracaliśmy na plan. Robotę zaczynaliśmy około 8 rano, kończyliśmy różnie – czasami po wszystkim było już koło 18, niekiedy do godzin nocnych.Samo powstawanie odcinka? Wchodzisz komuś do chaty i robisz tam rozpierdol. Na początek trzeba pozaklejać wszystkie loga, zwłaszcza na sprzętach. Nie może być mowy o żadnej kryptoreklamie. Wpuszczenie ekipy filmowej do siebie na kwadrat praktycznie zawsze wiąże się z jakimiś stratami. Tutaj ktoś obije ścianę, tutaj przejedzie się czymś ostrym po podłodze. Ja bym na to się nie zgodził, tym bardziej że za wynajęcie chaty na dzień płaciliśmy około pięciu stów. Ale co ciekawe, wiele osób regularnie zgłaszało swoje mieszkania – musieliśmy jednak pilnować, żeby te same wnętrza nie pojawiały się zbyt często.Z racji, że wszystkie odcinki kręciliśmy w jednym mieście, łatwo mogliśmy przejechać się na szczegółach. Zdarzały się np. takie sytuacje, że akcja była rzekomo umiejscowiona w Opolu i dopiero po jakimś czasie orientowaliśmy się, że w tle nie powinny jeździć tramwaje – w Opolu zwyczajnie ich nie ma! Podobnie było w sytuacjach, gdy ktoś grał policjanta czy wojskowego – trzeba było dbać, żeby strój zgadzał się ze stopniem. Musieliśmy być też bardzo uważni w scenach z prawnikami – ich język jest hermetyczny i specjalistyczny, dlatego łatwo było o jakąś bzdurę. Odcinki kręciliśmy na ilość, nikt nie spodziewał się żadnych artystycznych uniesień, po prostu musieliśmy wykazywać się czujnością.Jeśli akcja toczyła się w szkole czy w sądzie, zdarzało się, że rzeczywiście kręciliśmy w tych miejscach. Ale często wystarczyło wynająć jakieś pomieszczenie, gdzie są odpowiednie sale, korytarze czy biura. Dużo pracy miał rekwizytor – zorganizowanie odpowiedniego munduru, sprzętu czy… dużego psa (tak, zdarzyła się taka sytuacja!) wiązało się czasami z koniecznością szybkiego i skutecznego działania.Aktorzy byli totalnymi amatorami. Raczej nikt nie marzył o karierze filmowej, bardziej chodziło o ciekawą przygodę i możliwość pokazania znajomym odcinka z sobą. Castingi przeprowadzane są w różnych miastach Polski, następnie wszyscy trafiają do specjalnej bazy, na podstawie której wybiera się obsadę do konkretnych odcinków. To wbrew pozorom odpowiedzialne zadanie – wybranie do roli nieodpowiedniej osoby skutkowało męczarnią całej ekipy na planie. Kandydaci na aktorów są oceniani w pięciopunktowej skali – główne role dostają najczęściej ci, którym uda się uzyskać maksymalną liczbę punktów. Stawki niespecjalnie zachęcały – za trzy dni na planie aktorzy zarabiali maksimum cztery stówy. Do tego jeszcze dochodził dojazd i zakwaterowanie (jedzenie było na planie, ale to marne pocieszenie). Może teraz jest nieco lepiej, ale z pewnością nie są to wielkie różnice na plus. Ale skoro ludzie przyjeżdżali nawet z drugiego końca Polski, musiało im na tym zależeć. Czasami niemiłosiernie się z nimi męczyliśmy – trafiliśmy kiedyś na kobietę, która ostatnią setkę powtarzała, nomen omen, sto razy. Już dawno powinniśmy być po pracy, ale babka nie mogła poradzić sobie z tymi kilkoma zdaniami. W pewnym momencie chcieliśmy nawet wyciąć tę scenę, ale okazała się zbyt ważna dla scenariusza. Koniec końców, po wielu próbach i staraniach reżysera, udało się.
Reklama
Przykładowy paradokumentPrzypomina mi się anegdotka: nasz dźwiękowiec, który miał bardzo wrażliwy słuch, podczas kręcenia jednego z odcinków strasznie kręcił nosem. Cały czas coś mu nie pasowało, słyszał jakieś szumy. Okazało się, że to wina lodówki. Skończyło się na tym, że wyciągnęliśmy wtyczkę z kontaktu. Jak łatwo się domyślić, lodówka się rozmroziła – jedzenie prawdopodobnie było do wyrzucenia. Innym razem koleżance z planu zwyczajnie się przysnęło na krześle. Na taśmie potem mogliśmy usłyszeć jej chrapanie.Ciągle byliśmy pod presją czasu. Musieliśmy być bardzo elastyczni – czasami nie wyrabialiśmy się z nakręceniem jakiejś sceny i trzeba było ją przekładać na kolejny dzień. Do tego walczyliśmy z sytuacjami od nas niezależnymi: zdarzało się, że przejeżdżaliśmy w godzinach szczytu przez całe miasto – lokalizacje bywały mocno od siebie oddalone – i czas poświęcony na filmowanie spędzaliśmy w korkach. Niekiedy też ze względu na pogodę zmuszeni byliśmy do kreatywnego żonglowania kolejnością kręcenia scen – serial paradokumentalny w deszczu nie wypali. Trzy dni to przecież całkiem niedużo, a prawo Murphy'ego atakuje zawsze w najmniej oczekiwanych momentach.
Reklama
Reklama
Przykładowy paradokumentWłaśnie, scenariusze. To też całkiem niezła prowizorka. Nie mieliśmy nic autorskiego – skupowało się je z Niemiec, tłumaczyło (często przy użyciu translatora) i próbowało się jakoś skleić to do kupy. Czasami okazywało się, że nie mają one większego sensu i cała ekipa musiała się głowić, o co w tym wszystkim biega. Zresztą ten scenariusz był tylko wskazówką – bardziej chodziło o sam sens sceny niż dokładne słowa wypowiadane przez aktorów. Dużo było przy tym, nazwijmy to, wolności twórczej.Uśmiecham się w myślach, wspominając współpracę z reżyserami. To była zdecydowanie najlepiej płatna posada z całej ekipy. Oczywiście nie ma co porównywać kasy z reklamami telefonii komórkowej czy sieci fast foodów, ale dla reżyserów praca na planie oznaczała przyzwoite pieniądze za relatywnie niewielki wysiłek. To w większości były naprawdę oryginalne typy. Zdarzali się zarówno wkręceni specjaliści po szkole teatralnej, którzy nie mogli znaleźć pracy, jak i operatorzy kamery próbujący sprawdzić się w nowej roli. Pamiętam, jak kiedyś starszy reżyser, wychowany na teatralnym sznycie, z wielkim przejęciem angażował się w jakąś gównianą, nic nieznaczącą scenę. Oczywiście wszyscy go popędzali, ponieważ czas nas niemiłosiernie gonił, jednak on starał się ulepić z tego coś wartościowego. Słyszałem też od znajomych z innej ekipy, że jeden z reżyserów znikał po każdej scenie i wracał trochę weselszy. Na koniec dnia trzeba było odwozić go ledwo przytomnego do domu. Innego ściągnęliśmy, gdy wracał o 8 rano z imprezy – ale dzielnie poradził sobie z trudami dnia pracy.Od pewnego czasu popularność seriali paradokumentalnych spada. Dawniej mnóstwo osób oglądało to dla beki, zresztą – sprzyjała temu obiadowa godzina emisji. Dzisiaj stare odcinki wykupują mniejsze stacje. Tak czy owak, tantiemy się zgadzają. Telewizja płaciła za taki produkt całkiem nieźle – nikt nigdy nie rzucił konkretnymi sumami, ale były to naprawdę porządne pieniądze.Czas spędzony na planie wspominam bardzo dobrze. Pracowało się całkiem sympatycznie i wesoło, na wypłatę też nie mogłem narzekać. Co prawda ludzie, którzy siedzieli w biurze, żalili się na presję czasu i duże wymagania szefostwa, ale ja raczej nie miałem takich problemów. U nas atmosfera, pomimo goniących terminów, była zazwyczaj luźna. Gdybym miał okazję wrócić kiedyś na plan, nawet przy kręceniu serialu paradokumentalnego, nie miałbym ku temu większych obiekcji.