muzyka

Jak Polacy poznali Davida Bowiego?

„Żeby dotrzeć do jego albumów, trzeba było się mocno naszukać – podobnie jak w przypadku płyt z punkiem czy nową falą" – opowiada nam właściciel legendarnego sklepu z płytami

tekst Krzysztof Nieporęcki, wysłuchał Grzegorz Wiernicki
13 Styczeń 2016, 10:33am

Krzysztof Nieporęcki w swoim sklepie. Fot. Grzegorz Wiernicki.

Dziś muzyka David Bowiego ma w Polsce rzeszę fanów, ale czy było tak zawsze? Jak muzyka Thin White Duke'a trafiała za żelazną kurtynę? Zapytaliśmy o to Krzysztofa Nieporęckiego, który od ponad dwóch dekad prowadzi legendarny sklep muzyczny z winylami – Hey Joe.

W latach 70. i 80. Polska była z Bowiem średnio zżyta. Pamiętam takie czasy, że Bowie był uważany w Polsce za jakiegoś dziwoląga, postrzegany jako ciekawostka. Dosłownie kilka jego utworów uważano w tym czasie za ważne: na pewno było to Space Oddity, często grane przez Piotra Kaczkowskiego w audycjach Programu Trzeciego, podobnie Ziggy Stardust, ale tak naprawdę, żeby dotrzeć do jego albumów, trzeba było się mocno naszukać – podobnie jak w przypadku płyt z punkiem czy nową falą. W tamtych czasach dostęp do tego typu muzyki był bardzo trudny, a wybór płyt bardzo ograniczony.

Dziś twórczość Bowiego jest ceniona i uważana za klasykę, ale przez wiele lat Polacy preferowali Deep Purple i Uriah Heep.

W onym czasie polskie radio nadawało całe płyty, polecało ciekawych artystów, ale trzeba było sobie takie nagranie „upolować", powtórek nie było. Co najwyżej kopia z kasety kolegi (czyli gorsza jakość – więcej szumów). Dziś twórczość Bowiego oraz innych wykonawców z Wielkiej Brytanii (np. T.Rex, The Who...), jest ceniona i uważana za klasykę, ale przez wiele lat Polacy preferowali Deep Purple i Uriah Heep, a takich wykonawców jak np. Led Zeppelin mocno marginalizowali. Cieszę się, że w ostatnich latach to się zmieniło.



Deep Purple uważano za żelazną klasykę lat 70, natomiast królem lat 60. w Polskim Radio i Polsce całej był zespół The Shadows. Ogromna ilość ich nagrań pojawiała się na pocztówkach dźwiękowych z tego okresu. Z polskiej perspektywy nawet The Beatles byli jakby lekko w cieniu gitar The Shadows. Zresztą wszystkie zespoły w krajach bloku wschodniego miały podobne do nich brzmienie.

W latach 80. Bowie przebił się do szerszej świadomości Polaków, głównie za sprawą filmu Cat People, ale przede wszystkim płytą Let's Dance, a później duetami z Mickiem Jaggerem czy Tiną Turner. Z kolei trylogia berlińska (Low, Heroes, Lodger), bardzo poważana na Zachodzie, w Polsce jest znana i lubiana jedynie przez wąską grupę słuchaczy.

Składanka zawierająca utwór Bowiego, na której błędnie zapisano jego nazwisko.

W tamtej dekadzie zaczęli pojawiać się jego pierwsi prawdziwi polscy fani Bowiego, którzy słuchali również The Cure czy U2. Również zwolennicy new romantic załapali się na ejtisową odsłonę Davida Bowie.

Wydaje mi się, że dopiero ostatnie lata przyniosły mu wielkie uznanie nad Wisłą, na zasadzie efektu śnieżnej kuli (popularność tocząc się, rośnie i rośnie...), gdy młodsze pokolenia zaczęły sięgać po jego muzykę i darzyć go zasłużonym uwielbieniem.

Najciekawsze historie związane z ludźmi pytającymi o muzykę Bowiego w moim sklepie, z przykrością muszę powiedzieć, dotyczą przeważnie ludzi z zagranicy, którzy są tutaj przejazdem, bądź mieszkają tu jakiś czas i to oni właśnie kupują najdziwniejsze wydania jego płyt, np. rosyjskie flexi-diski – ale nie brakuje również lokalnych zapaleńców zainteresowanym jego płytami. U mnie możesz dostać np. polskiego didżejskiego maksisingla (wydanego w bardzo limitowanej edycji w 1992 r.), gdzie nazwisko napisane jest z błędem („David Bovie").

i-D wybrało pięć najlepszych stylizacji Bowiego – zobacz je koniecznie.

Ostatnio coraz częściej przychodzą grupy fanów, zwłaszcza dziewczyny i pytają o jego płyty. Staram się zawsze mieć duży wybór. Oczywiście trzeba mieć Let's Dance w sklepie, ponieważ ludzie najczęściej tę płytę chcą zdobyć. Dużym powodzeniem cieszy się też Ziggy Stardust, ale nie mam jej w sklepie za często, bo jest to album, który każdy chce kupić, ale mało kto chce go sprzedać. Nierzadko padają pytania o trylogię berlińską czy „Scary Monsters".

Sam jestem miłośnikiem płyt Low, Hunky Dory i Pinups. Zwłaszcza tej ostatniej słucham i wszystkim polecam. Jest to zbiór coverów takich grup jak The Who, Pink Floyd, czy The Kinks, ale zaaranżowany i brzmiący w taki sposób, że słuchając jej masz wrażenie, jakby te piosenki były napisane specjalnie dla niego. Świetna płyta!

Ilustracja z miniatury: Craniodsgn via Deviantart.