religia

Ucieczka z chrześcijańskiej sekty „obrońców życia”

Przekonane, że tego żąda od nich Bóg, zachodziły w kolejne ciąże z narażeniem zdrowia i życia. Dziś, po latach milczącego posłuszeństwa, kobiety zabierają głos

tekst Dylan Brethour; tłumaczenie Jan Bogdaniuk
31 Październik 2016, 1:45am

Czym jest Quiverfull? Komuś z zewnątrz trudno ustalić coś pewnego o tej wspólnocie ‒ nie ma jednego przywódcy ani określonego wyznania. Wielu z jej członków odrzuca nawet sam termin „Quiverfull" („Pełen kołczan") nawiązujący do psalmu, w którym dzieci porównywane są do strzał. Tym, co spaja ten trudny do zdefiniowania chrześcijański ruch, jest radykalny nacisk na niepodważalną zwierzchność mężczyzn i wielodzietne rodziny. Kobietom zaleca się zarzucenie jakiejkolwiek formy kontroli płodności i całkowite podporządkowanie swoim mężom.

Była członkini ruchu Suzanne wyjaśnia: „Rodziny Quiverfull wierzą, że planowanie rodziny muszą pozostawić wyłącznie Bogu... To przekonanie opiera się na idei, że Bóg zamierza napełnić twój kołczan, a błogosławiony jest ten, którego kołczan wypełniają strzały". Vyckie Garrison, która również porzuciła Quiverfull nazywa go „retoryką pro-life na sterydach". Rozmawiałam z Suzanne i Vyckie o tym, dlaczego dołączyły do ruchu, o życiu prawdziwego wyznawcy i o tym, co w końcu popchnęło je do odejścia.

„We wczesnych latach 90. moje najmłodsze dziecko ciężko zachorowało" – mówi Suzanne. „Odchodziłam do zmysłów, myślałam, że stracę moją córeczkę. Byłam na etapie targów z panem Bogiem". Razem z mężem trafili do pewnego kościoła, w którym postanowili zostać po tym, jak ich córka wyzdrowiała. Jednakże z biegiem czasu grupa coraz bardziej się radykalizowała. Pomimo rosnących wątpliwości, po tym, jak jej dziecko otarło się o śmierć, Suzanne była zbyt podatna na emocjonalne naciski, żeby odejść.

„Zawiodłam jako matka. Mój kołczan był pusty" – opowiada. „W czasie, gdy byliśmy w ruchu Quiverfull, miałam dziewięć poronień". Wspólnota winą za poronienia obarczała Suzanne. „Gdy gromadziliśmy się na wspólną modlitwę, mówili: »Módlmy się za naszą siostrę Suzanne, by Bóg wyjawił jej, jaki niewyznany grzech nad nią ciąży. Dzięki temu pojedna się z Ojcem, który obdarzy ją potomstwem«". Wizyty u lekarza były zakazane jako bałwochwalstwo.

Dlaczego zatem została? „Ponieważ pod wieloma względami po raz pierwszy w życiu czułam, że mam rodzinę. Myślałam, że łączy nas silna więź i że razem wykonujemy Boskie dzieło". W końcu problemy zdrowotne nasiliły się do tego stopnia, że musiała poddać się operacji usunięcia macicy. W obawie o jej zdrowie mąż Suzanne zaczął ją nakłaniać do opuszczenia ruchu. Z oporami, ale dała się przekonać. „W Quiverfull uczą, że masz całkowicie poddać się swojemu mężowi" – opowiada. „Więc gdy mój mąż chciał odejść ze wspólnoty, podporządkowałam się i odeszłam wraz z nim".

Podobnie jak Suzanne, Vyckie Garrison była kiedyś żoną i matką całym sercem oddaną ruchowi Quiverfull. „Gdyby kazali mi wypić truciznę, pewnie jeszcze poprosiłabym o dolewkę" – mówi, odnosząc się do słynnego masowego samobójstwa członków sekty Świątyni Ludu. Co spowodowało, że trafiła do wspólnoty? „Pewnie to, że byłam po niezłych przejściach" – mówi. „Nie sądzę, żeby ktokolwiek pakował się w Quiverfull, o ile nie ma ze sobą jakichś poważnych problemów". Vyckie opowiada mi, że miała ciężkie dzieciństwo, a niestabilna rodzina nie dawała jej większego oparcia. „Dlatego zaczęłam szukać odpowiedzi i poczucia bezpieczeństwa. Chciałam dostać jakiś przepis na dobre życie, żebym wszystkiego sobie nie spieprzyła". To właśnie pociągało ją w religii. „Myślałam, że odnajdę to w Biblii: o proszę, tego właśnie chce pan Bóg".

Obsesja wspólnoty na punkcie ciąży miała opłakane skutki dla zdrowia Vyckie. Wcześniej trzy razy przechodziła cesarskie cięcie i gdy następne dziecko próbowała urodzić w domu, wywiązały się poważne komplikacje. „Wszyscy w szpitalu byli przerażeni, gdy zobaczyli, w jakim jestem stanie. Pielęgniarki i lekarze pytali: »Dlaczego? Dlaczego w ogóle narażasz się na takie ryzyko, skoro wystarczyło pójść do lekarza?«". To jej nie powstrzymało. „Znowu to zrobiłam. Tym razem urodziłam w domu. To był mój ostatni poród. Miałam częściowe pęknięcie macicy i jak poprzednio o mało nie straciłam życia i dziecka. Lekarze nie potrafili mnie zrozumieć: »Dlaczego to sobie robisz? Musisz przestać«".

„Minęło już trochę czasu. Dziś wydaje mi się, że byłam niespełna rozumu" – opowiada. „Ale wtedy myślałam, że po prostu jestem absolutnie oddana Bogu i jego słowu. Można by powiedzieć, że byłam na haju, ale bez narkotyków. Quiverfull to stan umysłu". W odróżnieniu od większości sekt, Quiverfull nie ma jednego charyzmatycznego przywódcy. Jednakże, jak mówi Vyckie: „Na pewno mamy do czynienia z sekciarskim sposobem myślenia. W rezultacie każda rodzina zamienia się w małą sektę".


Bądź z nami na bieżąco. Polub fanpage VICE Polska


W kościele trzymał ją lęk przed piekłem. „Mówią ci o wieczności, wierzysz, że istnieje dosłowne piekło, oddzielenie od Boga, że twoje dzieci będą cierpieć wieczne męki" – opowiada. „Potrzebowałam pewności, że jestem w Boskiej opiece i że on ochroni mnie i moje dzieci ‒ to była moja główna motywacja. Przede wszystkim chciałam, żeby dusze moich dzieci były bezpieczne".

Quiverfull oferował także sposób na naprawę jej trudnego małżeństwa. Jak mówi, jako członek fundamentalistycznej wspólnoty „nie możesz się rozwieść, bo Bóg nienawidzi rozwodów, więc musisz sobie jakoś radzić z tym, co masz". Całkowite podporządkowanie się wyglądało na niezłe rozwiązanie. Mąż ma być głową rodziny „i myślisz sobie: okej, wiem, że go nie zmienię, ale może uda mi się wpłynąć na kogoś, kto potrafi tego dokonać. Czyli za pomocą swojego poddaństwa chcesz zobligować Boga, żeby naprawił twojego męża" – mówi dalej Vyckie. „Wierzysz, że kontrolując samą siebie, tak naprawdę masz wpływ na duchowe istoty, które działają w twoim imieniu. Zupełnie pokręcona metoda na obłaskawienie rzeczywistości".

„W końcu wszystko do mnie dotarło" – mówi. Była osamotniona, jej małżeństwo się rozpadało, a dzieci były nieszczęśliwe. „Zaczęłam myśleć, że przy takim nakładzie wysiłku i pracy sprawy powinny wyglądać lepiej". W tym samym czasie zaczęła wymianę e-maili ze swoim świeckim wujkiem, w których próbowała mu wytłumaczyć swoje przekonania religijne. „Im bardziej się starałam, tym wyraźniej widziałam, że o ile nie przyjmiesz za pewnik, że Biblia to żywe słowo Boga, nic nie trzyma się kupy. Właściwie wszystko to było jakieś dziwne i wynaturzone". Jak mówi: „Ostatecznie usiadłam i na spokojnie wszystko zrewidowałam. Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że nie mam wystarczającej wiary, by dalej móc siebie nazywać chrześcijanką".

Vyckie wzięła rozwód z mężem i posłała dzieci do szkoły. „Po prostu rozpoczęłam normalne życie" – mówi. Na dowód tego, jak bardzo odmieniło się jej życie, otrzymała nagrodę Ateisty Roku od Amerykańskiego Stowarzyszenia Ateistycznego. Vyckie i Suzanne razem prowadzą bloga No Longer Quivering. Ich strona stała się głównym forum dyskusji dla ludzi, którzy opuścili lub zamierzają opuścić ruch Quiverfull. Po latach milczącego wykonywania rozkazów kobiety zabierają głos.

Tagged:
usa
pro-life
chrześcijaństwo
quiverfull
kobiety
ciąża
sekta
poród
antykoncepcja
pranie mózgu
#dzieci
prawa reprodukcyjne