Reklama
This story is over 5 years old
muzyka

Umarł król popu, niech żyje jego hologram

Gwoździem programu Billboard Music Awards był występ artysty, którego ostatni album wyszedł niecałe 3 tygodnie temu. Facet nie żyje od pięciu lat

tekst Maura Johnston, tłumaczenie Marta Sobczak
27 Maj 2014, 10:39am

Gwoździem gali Billboard Music Awards (jednej z wielu pseudoimprez polegających na gigantycznym rozdawnictwie nagród) był koleś, którego ostatni album wyszedł niecałe 3 tygodnie temu. Facet nie żyje od pięciu lat. 

Hologram Michaela Jacksona – artysty, który zszedł z tego świata 25 czerwca 2009 roku – wykonał na scenie kawałek „Slave to the Rhythm”. Hologramowi towarzyszyła pięcioosobowa kapela i mała armia tancerzy. Był moonwalk. Polały się łzy.

Całe to przedsięwzięcie było co najmniej dziwaczne. Trudno jednak nazwać je złym w dosłownym znaczeniu czy nawet w kontekście samego Jacksona. Występ przywodził na myśl transmisję z doliny niesamowitości, a nie z Las Vegas, gdzie faktycznie miał miejsce. Usta Jacksona (czy kogoś tam) w przekonujący sposób układały się do (całkiem przyzwoitego!) kawałka tekstu. Jednocześnie hologram umiejętnie naśladował niektóre legendarne ruchy króla popu. Bogata scenografia przywodziła na myśl oprawę graficzną albumu „Dangerous” z 1991 roku i wideoklip do kawałka „Remember the Time”. Tancerzom niemal bez wyjątku udawało się nie wchodzić w drogę hologramowi. Oczekiwany przez wszystkich moonwalk nagrodzony został skąpymi oklaskami.

Mimo świetnej roboty, jaką wykonali choreografowie Rich i Tone Taluega, bezbłędnie odtwarzając ruchy taneczne Jacksona, i częstych ujęć zapłakanej ze wzruszenia widowni, występ wywoływał jednak ciarki na plecach. To żywiołowość Jacksona sprawiała, że porywał tłumy na koncertach, tymczasem jego hologram drażnił sterylnością wystudiowanych ruchów. Cały show był wyreżyserowany w najdrobniejszym detalu. Podobnie było zresztą z występami żywego Jacksona, który z góry planował każde „hoo!” i wyrzut bioder, ale dzięki jego naturalnej charyzmie wszyscy brali je za spontaniczne przejawy energii scenicznej. 

To nie pierwszy raz, kiedy spadkobiercy fortuny Jacksona i ludzie ciągnący zyski z jego twórczości postanowili zarobić na martwym królu popu. Śmierć Jacksona w 2009 roku uniemożliwiła realizację lukratywnego kontraktu na 50 występów z udziałem artysty w londyńskiej hali sportowo-widowiskowej O2 Arena. Z ambitnych planów nic nie wyszło, podobnie jak z dwóch koncertów w hołdzie dla artysty, które miały zbiec się z jego 51. urodzinami. Zamiast tego jesienią 2009 roku w kinach pojawił się film „This Is It”, który powstał z nagrań prób do niedoszłego show w O2. Produkcja zarobiła 72 miliony dolarów w samych Stanach Zjednoczonych i 261 milionów na całym świecie. Rok później odbyła się premiera pośmiertnego krążka Jacksona pt. „Michael”. Na płycie gościnnie wystąpili Akon i Lenny Kravitz. Nie obyło się bez kontrowersji – do tej pory nie wiadomo, czy wokal w rozprawiającym się z mediami kawałku „Breaking News” faktycznie należy do Jacksona. 

Skrajnym przypadkiem zbijania kapitału na wizerunku zmarłej gwiazdy jest jednak trasa „Michael Jackson: The Immortal World Tour”, zrealizowana przez Cirque du Soleil pod koniec 2011 roku. Podczas dwugodzinnego show w powietrzu szybowali akrobaci, na ekranie wyświetlano starą kreskówkę o Jackson 5, scenografia godna była wyszukanych teledysków króla popu, a z gigantycznej tańczącej rękawiczki wybrzmiewały największe hity artysty. To przykład klasycznej popowej imprezy, w której tytułowa gwiazda niby jest tematem wiodącym show, ale tak naprawdę nie o nią w tym wszystkim chodzi. W końcu „Billie Jean” i inne kultowe kawałki Jacksona należą teraz do spadkobierców artysty, więc sam Michael Jackson nie jest już potrzebny, żeby na scenie zadziała się magia, a w kasie zabrzęczały monety. 

Występ hologramu podczas gali skłaniał do podobnych refleksji, ale oficjalnie nikt by się do tego nie przyznał. John Branca, który jest prawnikiem reprezentującym spadkobierców schedy po Jacksonie, wyjaśnił reporterom, o co w tym wszystkim chodzi. – Najważniejsze, żeby móc znowu zobaczyć Michaela Jacksona na żywo. Nie ma ku temu lepszej okazji niż gala rozdania nagród branży muzycznej – oznajmił. Koleś niby wie, że chodzi o hologram, a gada takie rzeczy. Niektórych wkurwia wrzucanie do jednego wora Michaela Jacksona, istoty ludzkiej, i „Michaela Jacksona”, zaprogramowanej, sztucznej inteligencji. Ten pierwszy potrafił zaskoczyć nowym ruchem tanecznym, zaprezentowanym po raz pierwszy widowni podczas telewizyjnego show na żywo. Ten drugi powstał wyłącznie z myślą o poprawieniu słupków oglądalności. Gwiazdy to też ludzie, a ich cielesność ma znaczny wpływ na oferowany odbiorcom produkt końcowy.

Michael Jackson to zresztą najciekawszy przypadek próby wskrzeszenia legendy branży rozrywkowej. Jeśli ta próba się powiedzie, może dać początek kolejnym intratnym eksperymentom holograficznym na martwych gwiazdach. Od czasów Jackson 5 Michael Jackson tworzył kawałki, które na dobre weszły do kanonu muzyki pop. Wystarczy wspomnieć takie hiciory, jak: „I Want You Back”, „Beat It”, „Bad” czy nawet leciutko paranoiczny „Leave Me Alone”. Upadki Michaela były jednak równie spektakularne jak jego wzloty. Na koniec życia zrobiono z niego pedofila, nie mówiąc już o tragicznej śmierci pięć lat temu, o której jako pierwszy doniósł serwis plotkarski TMZ. Zmartwychwstać ma „dobry” Michael – autor przebojów, świetny tancerz i maszynka do robienia pieniędzy. Przy okazji może jednak ucierpieć Michael – człowiek z krwi i kości, spod którego pióra wyszły wszystkie te niezapomniane utwory. 

POLSKI WRESTLING DIY

WITAJ CALL CENTER, PRALNIO MÓZGÓW

DOBRA ALPAKA