"Wëndelu" z 2015 roku trochę namieszało na scenie afrobeatowej. Nie, nie polskiej, bo taka u nas w zasadzie nie istnieje. Namieszało na scenie w ogóle. Nie chodzi nawet o sam poziom, bo prym w postrzeganiu bandu wiodły zupełnie inne rzeczy.Dla przeciętnego słuchacza największą ciekawostką związaną z Warsaw Afrobeat Orchestra było pochodzenie samego zespołu. Okazało się, że Polacy też potrafią nagrywać muzykę z afrykańskim groovem i wcale nie muszą być kwadratowi i spięci. To już jest wielki komplement.
Reklama
Tamten całkiem smaczny rodzynek, którym w pewnym momencie zachwycał się nawet sam Gilles Peterson, sprawił że o zespole zrobiło się głośno. Single i pojedyncze numery były puszczane przez konkretne stacje radiowe w każdym zakątku globu, a były też takie, które pojawiały się na specjalnych kompilacjach.Trochę was zapewne zaskoczę, ale wiecie skąd pochodzi najlepszy obecnie europejski afrobeatowy band? Z Islandii. Jest to Samúel Jón Samúelsson Big Band i mogę się założyć o całkiem pokaźną sumkę, że mielibyście kłopoty z odróżnieniem ich grania od mistrzów z Lagos, Akry czy Abidżanu. A wiecie ile jest świetnych kapel z Australii i Nowej Zelandii? Od groma. Jak na ich tle wypadają nasi reprezentanci?Całkiem znośnie, a śmiem twierdzić, że nawet bardzo dobrze. Dla ludzi wprawionych w boje takie granie nie będzie niczym odkrywczym, ale warto mieć na uwadze, że dzieła warszawskiego zespołu mogą stanowić doskonały wstęp do rozpoczęcia przygody z jeszcze lepszymi nagraniami. "Man is Enough" może okazać się w tym najbardziej pomocne, ponieważ jest to zdecydowanie ich najlepsza i najbardziej spójna płyta.Nie myślcie, że jest to "goły" afrobeat. Jest tutaj bardzo dużo innych elementów, a prym wiodą przede wszystkim dub i reggae bez naleciałości, które są obecne w większości polskich płyt odwołujących się do jamajskich korzeni. Warszawska orkiestra ma przede wszystkim dobre, zapadające w ucho melodie i nie emanuje głupotą i monotematycznością w tekstach. Jakby tego było mało to żeńskie wokalne trio z pomocą zaproszonych gości skutecznie przykuwa uwagę i oferuje zupełnie nowe doznania na polskiej scenie.Największym minusem wokali wydaje się być język angielski. Szkoda, że zespół nie poszedł na całość i nie zaoferował wszystkiego w naszym języku, bo dla przykładu takie "Beautiful" dużo traci na dwujęzycznym tekście, a stojący w opozycji do niego "Niepoznany" jest znowu jednym z najlepszych numerów na płycie. Polski folklor z rasowym afrykańskim wajbem? Czemu nie?!Właśnie ta mikstura kilku czarnych gatunków z delikatnymi polskimi naleciałościami jest największą siłą albumu. Funkująca sekcja z rzadko spotykanym u nas groovem radzi sobie całkiem dobrze i charakteryzuje się też spójnością materiału. Oprócz międzygatunkowych zabaw nie ma czasu na zbędne eksperymenty. Liczy się tylko przyjemność ze słuchania płyty, a ta wraz z "Trapped" i "Dazzled" jest naprawdę duża.To co z tym Ubiquity Records? Było, minęło, raczej nie wróci, bo szans na przebicie się na światowym rynku WAO nie ma żadnych. Cieszy, że dostali tam szansę i jak się okazało po pewnym czasie nie była ona przypadkowa. "Man is Enough" jest nie tylko potwierdzeniem tej tezy, ale jednocześnie konsekwencją we własnym rozwoju. Warto sprawdzić z jednego prostego powodu: "Man is Enough" być może będzie pierwszym krokiem słuchacza do bram raju, w którym urzędują Tony Allen i Fela Kuti. Mocna ciekawostka.