Kryminał

Chodziłem na lekcje malarstwa z seryjnym mordercą

Poznałem go pod koniec mojej odsiadki. Patrząc na jego obrazy ludowych tancerzy, nie mogłem uwierzyć, że zarąbał siekierą kilkanaście osób

tekst Charlie Gilmour; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
13 Kwiecień 2017, 6:52am

Wszystkie ilustracje: Terry Stones

Londyn stał w ogniu, a ja siedziałem z tyłu karetki więziennej i po raz pierwszy od kilku tygodni byłem szczęśliwy. Właśnie rozpoczęły się zamieszki z 2011 roku. Miasto, z którym się żegnałem, powoli ginęło z rąk swoich własnych mieszkańców. Jednak to nie płomienie wywołały uśmiech na mojej twarzy: po miesiącu w pilnie strzeżonej placówce zmierzałem do Ziemi Obiecanej, czyli leżącego na angielskiej wsi zakładu karnego o średnim rygorze.

Nie wiedziałem, gdzie dokładnie jedziemy, ale wyobrażałem sobie, że na końcu drogi ujrzę urokliwe i przyjazne miejsce. „Na pewno będzie to idealna placówka do odbycia reszty mojego 16-miesięcznego wyroku" – myślałem. „W końcu nadrobię braki w lekturach". Miałem 21 lat i byłem trochę naiwny.

Prawdopodobnie zasłużyłem na to, co wkrótce zobaczyłem: brudną, ciasną celę ze stojącą w kącie toaletą bez klapy oraz wściekłego współwięźnia z koszmarnym rozwolnieniem. Przez zakratowane okno mogłem dostrzec szczury harcujące na górze śmieci i zepsutego jedzenia.

Kiedy pierwszej nocy zaczynałem już usypiać, nagłe usłyszałem głęboki głos dobiegający z dolnej pryczy: „Odgryzę ci jebany nos, ty kurwo". Potem znowu rozległo się chrapanie. Mój kolega z celi mówił przez sen.

Potem było tylko gorzej. Następnego dnia, zaraz po porannym otwarciu cel, wszedł do nas obcy mężczyzna. Na początku myślałem, że ktoś chciał nam zrobić jakiś przedziwny kawał. Koleś wyglądał bardzo śmiesznie; na głowie miał zieloną poszewkę na poduszkę i patrzył na nas przez dwie własnoręcznie wycięte dziury. Przypominał trochę człowieka, który założył tylko połowę kostiumu ducha. Jednak 12-centymetrowe ostrze, które trzymał w dłoni, skutecznie powstrzymało mnie od śmiechu.

Była to jedna z tych chwil, kiedy wokół ciebie zamiera cały świat, żeby po chwili ruszyć z impetem. Facet przyłożył nóż do gardła mojego kolegi, zerwał mu z nadgarstka jego Rolexa i zniknął. Udało mu się zemścić.


Historie z drugiej strony. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jak widać, nie mogło to mniej przypominać „urokliwego i przyjaznego miejsca", o którym marzyłem. Tak jednak wyglądały realia życia w prowincjonalnym więzieniu: mnóstwo wściekłych i sfrustrowanych ludzi robiących frustrujące rzeczy.

Zajęcia z malowania, na które się zapisałem, stanowiły dla mnie prawdziwą oazę spokoju. Było nas tam zaledwie sześciu. Czas upływał nam na malowaniu farbami olejnymi, piciu herbaty, jedzeniu ciasteczek i sporadycznych sprzeczkach o to, której stacji radiowej powinniśmy słuchać.

Stanowiliśmy dziwną zbieraninę. Pamiętam Terry'ego, hippisa, który rabował banki z bronią w ręku, by mieć za co opłacić swój odwyk (oraz autora ilustracji do tego tekstu); Alana, dziadka, Cygana i, jak sam twierdził, międzynarodowego dilera narkotyków; Mustaphę, wesołego grubasa, którego bardziej interesowały przekręty karciane niż obrazy Gauguina; Paula, naszego nadzorcę, uroczego starszego pana na emeryturze (w wolnym czasie robił zdjęcia studzienkom kanalizacyjnym); oraz Dave'a.

Dave znacząco się od nas różnił. Szczerze mówiąc, nie przypominał nikogo, kogo bym znał. Na początku w ogóle nie rzucał się w oczy: wysoki, cichy mężczyzna pod sześćdziesiątkę, który malował we własnym kącie. Podczas przerw, kiedy większość z nas szła zapalić do toalety albo pogadać pod schodami, on siadał na krzesełku przed salą i czytał w skupieniu. Wyglądał tak, jakby nie potrzebował kontaktu z innymi ludźmi. Był całkowicie samowystarczalny, tajemniczy i przedziwnie charyzmatyczny.

Stanowił zagadkę, którą musiałem rozwiązać. Rzecz jasna siedział od dłuższego czasu: ścianę przed naszą salą ozdabiał olbrzymi mural jego autorstwa, który przedstawiał malowniczą wioskę oraz biegnącą pod nią sieć kanalizacyjną, gdzie mieszkały szczury. Nic więcej jednak o nim nie wiedziałem, a on w ogóle mi nie pomagał. Za każdym razem, kiedy próbowałem się dowiedzieć, jak długo był już w więzieniu i za co tam trafił, odpowiadał mi długą tyradą na temat sztuki albo wspominał rodzinne wakacje, na które wyjechał w latach 50. ubiegłego wieku. Nic innego nie chciał powiedzieć.

Wszystkie ilustracje: Terry Stones

Któregoś dnia jeden z kolegów z zajęć wziął mnie na bok i powiedział: „powinieneś coś zobaczyć". W ręku trzymał kopię strony z książki Diabelscy Psychopaci: Niebezpieczni i Niestabilni (Evil Psychopaths: Dangerous and Deranged). Patrzyłem na zdjęcie Dave'a, które podpisano słowami „Psychopata". Podejrzewana liczba ofiar: 11. Preferowana metoda: uduszenie i atak nożem. Jak się okazało, był prawdziwym katem – zabijał ludzi siekierą. Przyszpilił też nożem 84-letnią wdowę do podłogi oraz obuchem siekiery zmiażdżył głowę księdzu. W więzieniu tkwił od 1975 roku.

Teraz widziałem go na własne oczy; stał zaledwie kilka metrów ode mnie, nucił pod nosem i kończył pogodny obraz przedstawiający tancerzy podskakujących w rytm muzyki. Nie mogłem uwierzyć, że te same dłonie, które teraz tak delikatnie nakładały na płótno niebieską, akrylową farbę, kiedyś wyduszały życie z bezbronnych staruszek.

Przez następne tygodnie próbowałem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Czemu zabijał tych ludzi? Jak się z tym czuł? Co strasznego go spotkało, że posunął się do czegoś takiego?

Nigdy mi się to nie udało. Pozostał tak samo skryty, jak zawsze. Do tego wokół nas leżało tyle par nożyczek i dłut, że nierozsądnym wydawało mi się dalsze naciskanie. Jak widać, cztery dekady za kratkami uczą cię przynajmniej tego, jak się w nich dobrze ukryć.

„Więzienia to mroczne i niebezpieczne miejsca, które potrafią zmienić zagubione dzieciaki w mroczne i niebezpieczne osoby"

Od tamtego czasu zadziwiająco wiele razy o nim myślałem. Kiedy zostałem wypuszczony, poczytałem o jego sprawie. Dowiedziałem się o jego ojcu-alkoholiku, przemocy domowej, ptaszkach, które żywcem przybijał do ziemi, podpaleniu domowego żółwia, pobycie w poprawczaku, wielu próbach samobójczych. Poznałem również przerażające detale jego zbrodni.

I nagle, nie tak dawno temu, ujrzałem jego dzieło w galerii. Wystawa składała się z obrazów namalowanych przez więźniów, a jedna z prac – portret Sherlocka Holmesa z nieprzeniknionym wyrazem twarzy – niewątpliwie była jego autorstwa. Czy miało to oznaczać, że niektóre z jego zbrodni nie zostały odkryte? A może namalował to mężczyzna, który chciał schwytać istniejącego w sobie mordercę? Możliwe, że niepotrzebnie szukałem drugiego dna. Dostałem jakąś wskazówkę, ale jednocześnie wszystko się jeszcze bardziej poplątało.

Wątpię, żeby kiedykolwiek został wypuszczony. Jeżeli ktokolwiek naprawdę zasługiwał na to, żeby znaleźć się za kratami, z pewnością był to on. A mimo to nie potrafiłem do końca uwierzyć, że to ten sam potwór, o którym tyle czytałem. W więzieniu rozmawiałem z nim o audycjach radiowych i dzieliłem się herbatnikami. Być może gdyby społeczeństwo w porę zareagowało na jego sytuację rodzinną i pomogło przerażonemu, maltretowanemu chłopcu, właśnie taką osobą stałby się w przyszłości. Jednak zamiast tego trafił do zakładu karnego, gdzie stwardniał i stał się mordercą.

Warto pamiętać o tej historii. Więzienia to mroczne i niebezpieczne miejsca, które potrafią zamienić zagubione dzieciaki w mroczne i niebezpieczne osoby.

Tylko raz ujrzałem jego straszną stronę. Pewnego razu zaszedł mnie od tyłu, kiedy kompletnie pochłonięty własnymi myślami tworzyłem kopię makabrycznego malowidła Otto Dixa. Obraz przedstawiał przede wszystkim porozrzucane kończyny i krew tryskającą z porozrywanych tętnic. Kładłem właśnie grubą warstwę czerwonej farby, gdy nagle usłyszałem jego szept: „Krew bywa zaskakująco różowa, wiesz?".


Więcej na VICE: