impreza

Fetysz i rave: byliśmy w Łodzi na zamkniętej imprezie dla fetyszystów

Muzyka techno, parkiet do tańca, kino porno, bar, dwa dark roomy, pink room, palarnia, pudło prezerwatyw. Organizatorzy zadbali, by nikomu niczego nie zabrakło

tekst Paweł Mączewski
16 Maj 2019, 1:40pm

Patrzę za zegarek, za pół godziny trzeba zacząć wpuszczać gości, a jeszcze trwają przygotowania. Po podłodze walają się narzędzia, którymi ustawiano rurę do późniejszych występów. Jeden z zaproszonych artystów wciąż ćwiczy swój występ. Zaczynam się martwić, czy organizatorzy imprezy wyrobią się na czas. Zaraz potem sprawdzane są światła; jesteśmy w klubie pod ziemią, cała sala zaczyna pulsować na czerwono. Nie wiem, co to za czary, ale chwilę później wszystko jest już gotowe. Można zapraszać pierwszych gości. Ci są punktualnie. Zaczynamy.

Jestem w Łodzi, dostałem zaproszenie na XII edycję Lust Supper. To zamknięta impreza żeniąca ze sobą rave i fetysz. Jej organizatorami są Maria i Herman. „Zajmuję się art directingiem imprezy, dobieram zespół, wymyślam i realizuję materiały promocyjne takie jak teaser imprezy czy sesje. Dodatkowo zapraszam do współpracy performerów i wspólnie pracujemy nad tym, aby ich występy dobrze wpasowały się w klimat imprezy – nasza publika jest specyficzna. Z zawodu jestem stylistką, pracuję także przy imprezach techno, na których ubieram tancerki. Jeśli jest taka potrzeba, w całości ubieram artystów, którzy u nas występują" – tłumaczy mi Maria.

Stroje są obowiązkowe, ścisły dress code, dominuje skóra, lateks, więcej się odkrywa niż zakrywa. Im dziwniej, tym lepiej. Ja ze swoim jednoczęściowym czarnym kombinezonem, który wygrzebałem spod pajęczyn w szafie, czuję się jak lamus przy przebraniach, które założyli na siebie inni uczestnicy imprezy. Topię smutki w piwie.

impreza bdsm

Herman na imprezie jest DJ-em, ale przed nią też nie narzeka na brak zajęć. „Przed imprezą ogarniam wszystkie social media (publikuję zdjęcia i posty oraz jestem adminem czatu, gdzie rozmawiają nasi klubowicze), przyznaję też karty klubowe. Na imprezie gram jako SEXISDEATH, a potem się bawię" – mówi mi Herman. Najwyraźniej robi dobrą robotę z promocją, bo tego wieczora spodziewana jest ponad setka osób; wszyscy są posiadaczami kart klubowych. Pomyśleć, że pierwsza edycja była zwykłą domówką (no może nie do końca zwykłą). Później para zdecydowała się zrobić swoją imprezę w klubie swingersów, ale szybko się okazało, że stali bywalce – starsze osoby lubiące drinki z palemkami – nie do końca kumają lateksowy klimat techno-BDSM.

Jednak nie każdy może przyjść na tę imprezę. Początkowo odnoszę nawet wrażenie, że nie jest łatwo się tu dostać. Herman uspokaja, że nie jest tak trudno, jak mi się wydaje i tłumaczy mi, co trzeba zrobić, żeby móc bawić się na Lust Supper. „Mamy stronę internetową, na której znajduje się formularz zgłoszeniowy. Trzeba w nim podać swoje imię, inicjał nazwiska, adres mailowy oraz link do swojego profilu społecznościowego. W ten sposób weryfikujemy, czy według nas ktoś nadaje się na Lust Supper. Przy decyzji kierujemy się tym, czy dana osoba jest »w klimacie« albo przynajmniej czy ma potencjał – patrzymy na stylówkę, zainteresowania i staramy się wybadać jej osobowość. Jeśli ktoś na swoim profilu na Facebooku ma tylko zdjęcia, z których tych rzeczy nie można wywnioskować – małe szanse, że przejdzie przez nasze sito" – mówi mi Herman.

Kobiety tańczące przy rurze.

Zazwyczaj nie jestem fanem typów, którzy na bramce do klubu mówią mi, że nie mogę wejść, bo źle się ubrałem albo mam niefajną fryzurę, ale w tym wypadku selekcja wydaje mi się nie tylko oczywista, ale wręcz potrzebna. Pytam się Marii, dla kogo jest ta impreza.

„Na pewno dla hedonistów i osób poszukujących miejsca, gdzie będą mogły pokazać swoje fetyszowe alter ego; dla tych, którzy lubią eksperymentować ze swoim wyglądem, bez obawy o ostracyzm społeczny; dla lubiących muzykę elektroniczną. Mile widziane są osoby ze środowiska LGBT. Na naszej imprezie można przyjść bardzo skąpo ubranym i nikt nie ma prawa klepnąć po tyłku, jeśli wcześniej nie uzyska na to zgody. Naszą społeczność wyróżnia wyczucie i kultura osobista – traktujemy się z szacunkiem, świetnie się przy tym bawiąc” – tłumaczy mi Maria.

Organizatorzy kładą duży nacisk na komfort swoich gości, ci jednak są zobligowani do przestrzegania regulaminu. Nie można robić zdjęć oraz No Means No. Szanuję to podejście – zwłaszcza drugi punkt, który warto by wdrożyć także w zwykłych klubach i imprezach, by żaden pojeb nie klepał bez zgody innych osób. Tutaj za coś takiego można wylecieć. I bardzo dobrze.

szpagat

W głośnikach leci techniawka, parkiet stopniowo zaczyna gęstnięć. Podobnie kolejka do baru. Pijąc piwo poznaję parę, która jest tu po raz pierwszy. Zdradzają mi, że od 6 lat produkują fetyszową bieliznę, a wszystko zaczęło się od przypadkowego prezentu męża dla żony. Wyglądają na szczęśliwych. Później zobaczę ich dobrze bawiących się w jednym z dark roomów. Poznaję też parę odzianą od stóp do głów w lateks, opowiadają mi, jak uwielbiają jego dotyk i zapach. Na co dzień są księgowymi.

ludzie w lateksie

Spaceruję między wydzielonymi strefami. Od parkietu do tańca, po kino z artystycznym porno (ostatecznie nie wiem, czy coś puszczano, nie zwróciłem uwagi), po bar i dark roomy. W jednym z nich trwa seks grupowy. Ludzie pieprzą się ze sobą, gdy do pomieszczenia wchodzi mężczyzna ubrany w strój stylizowany na mundur SS-mana. W dłoni trzyma szpicrutę, przechadza się z uśmiechem na twarzy między wijącymi się, spoconymi ciałami imprezowiczów i macha szpicrutą w aprobacie tego, co widzi. Chwilę później znika za zasłoną, a ja zmierzam do baru. Ten obrazek zostanie ze mną do śmierci.

kobieta w stroju BDSM

„Naszą pierwszą inspiracją była chyba największa impreza fetish w Europie – londyńskie Torture Garden. Swego czasu jeździliśmy tam 2 razy w roku, a gdybyśmy mogli, jeździlibyśmy częściej” - zdradza mi Herman.

Maria wspomina, że to było coś pięknego: „Wchodzisz do przestrzeni, gdzie jest kilkaset przebranych osób, każdy strój jest na bardzo wysokim poziomie. Wszyscy są szczęśliwi, że mogą tam być. Naszym celem było przeniesienie tej atmosfery na nasze podwórko. Z innych miejscówek – cenimy także Klub Verboten i berliński KitKat”.

DJ-ka

Robię kolejne kółeczko po imprezie: w „sali tortur” ktoś kogoś leje pejczem po pośladkach, w dark roomie dalej seks, palarnia jak zawsze – bez tlenu, tylko dym. Wszędzie panuje bardzo miła atmosfera, która niesie mnie na parkiet, gdzie gibam się nieskładnie do puszczanej muzyczki. Po chwili podchodzi do mnie jakaś półnaga dziewczyna i mnie chwali: „Wiesz, to naprawdę fajne, że chociaż jesteś tu sam, to tańczysz i starasz się bawić. Tak trzymać!". Dziękuję jej, chociaż przez jej słowa czuję się trochę żałośnie.

ludzie w skąpych ubraniach BDSM

To nie pierwsza impreza fetish-BDM, z której robię relację. Kilka lat temu miałem okazję napisać tekst o podobnym wydarzeniu w Warszawie. Dlatego jestem ciekaw, czym zaskoczy mnie Łódź.

„Szkieletem imprezy są sety DJ-ów i szaleństwo na dancefloorze. To nas odróżnia od sceny fetish w Polsce, gdzie dominują pokazy i znika atmosfera zabawy. Od typowych klubów techno różnimy się jednak dużo większą swobodą, jeśli chodzi o nagość i seks" – mówi mi Herman. Oczywiście są też pokazy: występ na rurze i zabawa z ogniem. Na chwilę goście imprezy zamieniają się w publiczność obserwującą performance zaproszonych artystów.

zabawy z ogniem
Występ z ogniem: Cirque Himerus

Dzięki aurze tajemniczości (informacje o tym, gdzie odbędzie się impreza, uczestnicy dostają w dniu wydarzenia) oraz elitarności, wymagającej przestrzegania regulaminu, organizatorom udało się stworzyć mikro-społeczność, która naprawdę docenia możliwość uczestnictwa w Lust Supper.

Pytam się Marii i Hermana, czy ich bliscy, rodzina wiedzą, że są organizatorami tej imprezy. „Ja pochodzę z turbo katolickiej rodziny, więc przy rodzicach nie poruszam takich tematów – łagodniejsze rzeczy były dla nich szokiem, tego by mogli nie wytrzymać. Jeżeli natomiast pytasz o znajomych, to sam ich sobie dobieram, więc nie ma z tym problemu" – mówi mi Herman.

„Nie wszyscy z mojego otoczenia wiedzą, ale też nie mam takiej potrzeby. Tego typu imprezy w takiej postaci w Polsce to wciąż mało popularny temat, nie każdy rozumie ich specyfikę" – dodaje Maria. Zgadzam się z jej słowami.

dwoje ludzi na imprezie
Autor tekstu i Maria, współorganizatorka Lust Supper

Wychodzę z imprezy w połowie, by zdążyć na pociąg do Warszawy. Później się dowiem, że zabawa potrwała do 6 rano, a do południa był after. Trochę żałuję, że się na niego nie załapałem, ale pociesza mnie fakt, że podobno mam dostać klubową kartę.

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Smiley Artist.

Możesz śledzić Lust Supper na Facebooku i Instagramie.

Możesz też śledzić autora tekstu na jego profilu na Facebooku.