wywiad

Jakub Żulczyk: Nie pytaj go o pieniądze

Rozmawiamy o kondycji polskiego serialu, o tym, jaka muzyka pomaga przy pisaniu i o jego zawieszonym projekcie disco-polo

tekst Andrzej Cała; zdjęcia: Mikolaj Maluchnik
02 Październik 2017, 2:00am

W kontekście sukcesu powieści Wzgórze psów, drugiego sezonu Belfra, planów realizacji serialowej adaptacji Ślepnąć od świateł postanowiliśmy spotkać się z Kubą, żeby pogadać m.in. o popkulturze, procesie tworzenia, demonach przeszłości i tym, jak teraz mu się żyje.

VICE: Jaka jest kondycja polskiego serialu na wrzesień 2017 roku?
Jakub Żulczyk: W bardzo dobrej, z trzech powodów. Po pierwsze, jesteśmy w momencie dużej zmiany, bo mamy na rynku dwie duże telewizje premium, plus Showmax, który zaraz zacznie robić swoje produkcje, plus spodziewane wejście Netflixa. Czyli jest konkurencja, a konkurencja jest dobra, bo podbija poprzeczkę. Polska zaczęła odrabiać lekcję z tego, że kultura masowa, telewizja, musi ciekawie, zajmująco, artystycznie opowiadać i jest na to widz.

Po drugie, w Polsce jest komu robić dobrą telewizję. Mamy świetnych filmowców, aktorów, reżyserów, operatorów. A po trzecie, mamy się do czego odwoływać, może dzisiaj o tym zapominamy, gdy wszyscy zapatrujemy się na Zachód, w tę eksplozję serialową ostatnich dwóch dekad, ale w Polsce naprawdę jest wielka tradycja serialowa, jest coś takiego jak polska szkoła filmu telewizyjnego. Dom, Dekalog, Jan Serce, Boża podszewka – to są wszystko wspaniałe filmy, arcydzieła telewizji; jeśli będziemy patrzeć też na nie, a nie tylko na Zachód, będziemy umieli z tego umiejętnie czerpać, to przed nami naprawdę jest kolejny złoty okres polskiego serialu.

Ostatnio równie głośno o tobie w kontekście seriali, chociażby za sprawą współtworzenia scenariusza do Belfra, który zaraz powraca z drugą serią. A na jakim etapie są prace nad ekranizacją Ślepnąc od świateł?
To są informacje o nuklearnym stopniu tajności. Są na etapie znakomitym, tak mogę powiedzieć.

Jest szansa, że masowej publiczności polski serial przestanie się kojarzyć z telenowelami?
Ale moim zdaniem nie do końca się kojarzy. Telenowele są w każdym kraju. Moda na sukces to serial amerykański, tak samo jak Wire i True Detective. W latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych była w Polsce jakaś tam zapaść na rynku filmowym i telewizyjnym, powstawało dużo szmiry, był niejasny system produkcji i finansowania, poza tym to był jeszcze pierwszy etap agresywnego kapitalizmu, wszyscy chcieli się nachapać jak najmniejszym kosztem. Ale nawet wtedy powstały Pitbull, właśnie Boża podszewka, Dług Krauzego, i tak dalej, i tak dalej. Mówię celowo i filmach i serialach, bo przecież to nie są jakieś odseparowane od siebie światy, filmy fabularne i seriale to jest dzisiaj po prostu kino. Ale to przez telewizję, mam przeczucie nadzieję, w przeciągu następnych paru lat, będzie się odbywać ekspansja Polski na rynki zagraniczne.

To przewaga kina nad muzyką wokalną, śpiewaniem po polsku. Nie ma bariery językowej.
Dokładnie tak jest, dobre kino opowiada i operuje uniwersalnymi historiami i emocjami. Jeśli one będą zgrabnie napisane to zostaną zrozumiane pod każdą szerokością geograficzną. Nie mamy się czego obawiać. Polski film dostał w 2015 roku Oscara! [Ida w reżyserii Pawła Pawlikowskiego – od red.] Pomyślałbyś kiedyś o tym, że to możliwe?

Raczej myślałem, że świat nam uciekł nieodwracalnie. Tymczasem dziś i książki polskich autorów są tłumaczone na wiele innych języków. Chyba jest nieźle?
Tutaj tak naprawdę nie wiem. Wiem, że niektórzy autorzy są tłumaczeni, i się cieszę, i bardzo im kibicuję. Mogę powiedzieć tylko to, że cieszy mnie bardzo, iż taki książkowy pop – literatura gatunkowa – przestała być pogardzana przez krytyków. Ona weszła w mariaż z taką „literaturą literaturą" i powstało coś na skraju książkowego mainstreamu, gdzie mamy książki przystępne, dobrze się sprzedające, ale zarazem zgrabnie napisane, z jakością językową. Zrobiła się taka literatura środka, z braku lepszego słowa, i bardzo dobrze.

Czy wśród książek, po które sięgasz, znajduje się też miejsce na pozycje mniej ambitne? Przeczytasz, dla przykładu, biografię Zenka Martyniuka?
Temat o niczym nie świadczy, o Zenku Martyniuku albo o jego alter ego też teoretycznie można napisać wybitną powieść, która dostanie Nike. Literatura jest gdzieś indziej. No ale wyobrażam sobie, jaka to będzie książka, pewnie będzie taką sklejoną hagiografią, coś jak biografie piłkarzy. Przyznam się też, że jestem wkurzony na ten tytuł, bo ja kiedyś chciałem napisać książkę non-fiction o disco polo, i miała nazywać się właśnie tak – „Życie to są chwile, chwile", z tym że wyraz „chwile" miał być powtórzony dwa razy, po przecinku.

Disco-polo zasługuje więc na pozycję napisaną z socjologicznym zacięciem, z wyjaśnieniem tego fenomenu od każdej strony?
Nie, socjologów z Bożej łaski mamy wystarczająco, mi chodziło raczej o ostro podlaną ciepłą gorząłą gawędę w stylu Hells Angels Huntera Thompsona. Niestety, jakoś odpuściłem ten projekt, ale mówię o nim czasami w wywiadach tak asekurancko, żeby nikt mi go nie gwizdnął.

Nie jest chyba dla ciebie zdziwieniem, że to disco-polo i hip-hop są w Polsce najpopularniejsze i zdecydowanie zdominowały rynek?
Ja się z tym nie zgadzam. Jest jeszcze cała muzyka środka, ona wciąż ma ogromne zasięgi i popularność. Mówię to ludziach pokroju Dawida Podsiadło, Korteza, Natalia Przybysz, ale i starsi twórcy pokroju HEY. Ja ich wszystkich wsadzam do tego niezwykle pojemnego zbioru. To najczęściej ambitny, bardzo dobrze wyprodukowany pop. Dlatego też podane przez ciebie w pytaniu zawężenie wydaję mi się nie na miejscu. Natomiast wydaję mi się, że wiem do czego zmierzałeś. Polska muzyka, ba, kultura w szerszym znaczeniu, przez lata była naznaczona buntem, takim postjarocińskim podziałem na dobrych i złych. Wszystko co komercyjne to jest złe, a teraz to obróciło się chyba o 180 stopni, bo kultura młodzieżowa jest naznaczona konsumpcjonizmem, hedonizmem. Praktycznie zniknęły teksty, że ktoś „się sprzedał". Mainstream musi mieć dzisiaj jakąś jakość artystyczną, w muzyce też to widać.

Muzyka zawsze była ci chyba równie bliska, co literatura? Czy podczas pisania sięgasz po nią, czy też jednak przeszkadza w skupieniu?
Przy pisaniu jest to raczej muzyka intstrumentalna, mocno repetytywna. Gdy jest wokal, to mam wrażenie, że ktoś siedzi w tym samym pomieszczeniu, mówi do mnie, przez co nie potrafię się skupić na pracy. Natomiast rzeczy minimalistyczne, dzieła Reicha na przykład – o tak, to towarzyszy mi niezwykle często. Mnóstwo jakichś mniej znanych wydawnictw ambientowych, które wprowadzają mnie w pewien trans. Często w nich tak naprawdę pozornie niewiele się dzieje, ale ich konstrukcja zdecydowanie sprzyja koncentracji. Natomiast gdy słucham tak po prostu, nie w tle do pracy, to jest to ogrom rzeczy. Muzyka fascynuje mnie na wielu polach, kiedyś nawet zdarzało mi się o niej pisać. Natomiast to strasznie trudna robota. Pisanie o muzyce jest naprawdę ogromnie wymagające.


Jesteśmy też na Facebooku. Polub nasz fanpage VICE Polska


No i nie przynosi takich dochodów jak samo granie muzyki, czy też pisanie książek (śmiech).
No ale to zupełnie inne punkty odniesienia. Ja generalnie nie do końca lubię gadać o pieniądzach w literaturze. To szalenie złożony temat, pełen dysproporcji, dziwnych zależności. O ile jeszcze w przypadku scenopisarstwa te stawki są dosyć stałe, to znaczy, trochę inne stawki ma ktoś początkujący, trochę inne ktoś już wyrobiony, ale to jest raczej jakiś jednorodny garnitur pieniędzy, to w literaturze dysproporcja zarobków jest ogromna, bo zależy, najzwyczajniej w świecie, od sprzedanych egzemplarzy. Raz na jakiś czas w mediach ktoś puści takiego bąka „ile właściwie zarabia ten pisarz?", "„ile oni zarabiają?" i wtedy padają jakieś dziwne sumy. A tak naprawdę są tacy, dla których jest to działalność niemalże hobbystyczna i są tacy, którzy zarabiają naprawdę nieźle.

Na ile twoja wzmożona aktywność łączy się z tym, co miało miejsce kilka lat temu, czyli wytrzeźwieniem?
No bez wątpienia ogromnie. Jest to naturalna konsekwencja czystej głowy i znacznie większej ilości czasu do wykorzystania.

A jak jest z, że tak powiem – życiem towarzyskim? Ograniczyła się liczba znajomych przez to, że pewne sytuacje są już ci obce?
Może nie liczba znajomych, ale pewne znajomości musiały się przeformułować. Ale nie ma w tym nic strasznego. Może mi jest co prawda łatwiej, bo mam rodzinę, mieszkam z partnerką, razem wychowujemy jej córkę, więc mam jakąś tam życiową dyscyplinę i jest mi łatwiej.

Myślisz czasem o powrocie w rodzinne strony, o spokojnym życiu na Mazurach, z dala od tego warszawskiego tempa, biegu?
Pamiętaj, że nostalgia to najbardziej zdradliwe uczucie i pułapka, która do niczego nie prowadzi (śmiech). Łatwo jest się w niej zapaść i nakręcać sobie różne doły, które są emocjonalnie ślepą uliczką. Ja staram się wystrzegać nostalgii, ale może Wzgórze psów, moja ostatnia książka, jest jakąś formą rozliczenia się z Mazurami, może nie moim miejscem rodzinnym, ale moimi własnymi uczuciami, wspomnieniami, et cetera. Ale lepiej nie mitologizować pewnych sytuacji, dokładać jakichś romantycznych filtrów do swoich wspomnień. Życie jest tu i teraz, ciastka, które zjadłeś wczoraj, zwyczajnie już nie ma.