Dlaczego nie lubimy świąt Bożego Narodzenia
Ilustracja: autor tekstu
opinie

Dlaczego nie lubimy świąt Bożego Narodzenia

Kłótnie przy świątecznym stole, zremiksowane kolędy, niepotrzebne wydawanie pieniędzy, Gwiazdka w samotności – nawet śmierć Hansa Grubera nie cieszy, jak kiedyś

Święta Bożego Narodzenia to zaraz po Walentynkach najbardziej inwazyjne święto w kalendarzu – z tym że każda powierzchnia reklamowa zamiast sercami zostaje skrupulatnie pokryta gwiazdkowymi dekoracjami. Cały ten świąteczny blichtr w akompaniamencie wszechobecnych kolęd ma rozbudzić w nas poczucie wspólnoty, bezpieczeństwa, rodzinnego ciepła i bliskości, co też skrzętnie wykorzystują bombardujące nas reklamy. Przypominają, że kupowanie to też kochanie – jeśli nie osoby obdarowywanej upominkiem, to chociaż nas samych. „Bóg się rodzi długo przed nadejściem świąt, a imię jego Towar” – pisała kilka lat temu prof. Magdalena Środa, filozofka i etyczka, o „towarowej religii”. Jak podaje Business Insider (powołujący się na badania Deloitte): w tym roku średnie wydatki na święta wyniosą w polskiej rodzinie 882 zł. Najwięcej przeznaczymy na prezenty (451 zł), jedzenie (342 zł) i spotkania towarzyskie (89 zł).

Reklama

Z wiekiem jednak wszystkie te prezenty, uginający się pod lawiną jedzenia stół, czy wspólne oglądanie telewizyjnych powtórek – co dla niektórych też jest częścią świątecznej tradycji – przestają spełniać nasze oczekiwania. Nawet agonia włamywaczy w rodzinnym domu Kevina, czy śmierć Hansa Grubera nie cieszą, jak dawniej. Z zeszłorocznych badań wynika, że: „co czwarty Polak albo nie lubi świąt Bożego Narodzenia lub jest mu ono obojętne”.

Ja chyba też wpisuję się w te statystki. Na własnej skórze doświadczyłem świątecznej gorączki, kiedy jako dzieciak szukający swojego miejsca na rynku pracy trafiłem na kasę w popularnej sieci sklepów handlowych. Jądro ciemności. Nawet dzisiaj, po latach, widzę w Bożym Narodzeniu przede wszystkim hedonistyczną ucztę konsumpcji społeczeństwa, w którym kupujemy, jemy, aż nie możemy już jeść, bo bolą nas brzuchy.

Kolektywnie staramy się dbać o tradycje i rolę religii w tym wydarzeniu – wszakże w takiej wierze nas wychowano. Wszystko jednak sprowadza się do rodzinnych interakcji, które, choć bywają radosne, często niosą ze sobą też stres i sporą porcję small-talków z członkami rodziny, z którymi już dawno celowo urwaliśmy kontakt. Chyba to taka nasza cecha, że wciąż nie brakuje nam powodów do narzekania, wciąż musimy mierzyć się z oczekiwaniami innych. I nawet wesołe świąteczne „Jipikajej, maderfaker!” to już nie to, co kiedyś. Podobnie jak „magia świąt”, martwa od chwili, gdy przestałem być dzieckiem. Chcąc się dowiedzieć, czy inni mają podobnie, zapytałem młodych Polaków – żyjących w kraju i za granicą – czy i dlaczego nie lubią świąt Bożego Narodzenia.

Reklama

„Ludzie na pensjach minimalnych, którym pan menago wymyślił, że będą obsługiwać klientów w czapkach Mikołaja, ho ho ho” – Maciek z Warszawy

Maciek: Spotkania z dawno niewidzianą rodziną i przyjaciółmi, wspólne gotowanie i sprzątanie, myślenie o tym, co może komuś sprawić przyjemność – to wszystko jest miłe. Ale nie ma nic gorszego niż cała ta wymuszona „świąteczna atmosfera”. Oczojebne dekoracje z publicznej kasy, próbujące się przebić przez wizualny bardach na ulicach, wszędobylskie świąteczne szlagiery z głośników (dodatkowe punkty chujozy za wersje w remiksach) i ludzie na pensjach minimalnych, którym pan menago wymyślił, że będą obsługiwać klientów w czapkach Mikołaja, ho ho ho. No i śledziki pracownicze, bo ktoś nagle sobie przypomina, że jego pracownicy to nie żadne „zasoby ludzkie” i może chcieliby być traktowani jak prawdziwe osoby, więc raz do roku damy im wódy i się nażreć. No rzeczywiście wesoło.

„Nerwowa atmosfera podczas przygotowań, niepotrzebnie wydane pieniądze i bracia Golec śpiewający pastorałki” – Aleksandra z Poznania

Aleksandra: Moja rodzina nie jest wylewna w okazywaniu uczuć, więc święta zawsze były po prostu poprawne. Nerwowa atmosfera podczas przygotowań, niepotrzebnie wydane pieniądze, na stole ryby, do których nikt i nic mnie nie przekona i bracia Golec śpiewający pastorałki. Ktoś coś zawsze wymamrotał pod nosem podczas dzielenia się opłatkiem, dzieci czekały tylko na prezenty, a starsi członkowie rodziny zachwalali jedzenie, licytując się, kto taniej kupił karpia. Myślę, że z biegiem lat nie zmieniło się nic. Dlatego w tym roku zostajemy z mężem w swoim mieszkanku, będziemy gotować niezdrowe jedzenie, zrobimy maraton filmów Marvela i po prostu odpoczniemy. Nie jestem chrześcijanką, nie ochrzciliśmy naszego syna, a nasze rodziny musiały to uszanować. Myślę, że chrześcijaństwo to religia pełna absurdu, niedomówień i niepotrzebnej agresji, ale będziemy mieć choinkę. Drzewo samo w sobie jest symbolem życia, jednak u nas ozdabianie choinek ma korzenie pogańskie.

Reklama

„Przy stole jakieś tęgie ciotki, których ani wcześniej, ani później nie widziałam na oczy, debatowały o tym, czy przytyją jeszcze bardziej od grzybowej oraz, czy »Żydki zanadto nie panoszą się w Polsce«” – *Zula z Wrocławia

*Zula: Święta od zawsze są dla mnie źródłem głębokiego cierpienia wynikającego z flagowej cechy mojego charakteru – ogromnych oczekiwań, których następstwem zwykle jest równie wielkie rozczarowanie. To jedyny czas, kiedy nie jestem w tym odosobniona, o czym świadczy chociażby najbardziej traumatyczna Wigilia mojego życia. Miałam wtedy czternaście lat. Moja rodzina zawsze była kłótliwa i w pokraczny sposób starała się łączyć tradycję z nowoczesnością. Ja marzyłam o ciszy, spokoju, braku awantury, siedzeniu w przyjaznym gronie, w domu oświetlonym świeczkami. Takie tam, płoche nadzieje nastolatki. Udaliśmy się jednak do mojej babci.

U szczytu stołu gość honorowy – telewizor nachalnie wyświetlający świąteczne wydanie Milionerów z udziałem gwiazd. W przeciwległym rogu, spod gigantycznej paproci o dopełnienie kakofonii starał się zawadiacki głos Krzysztofa Krawczyka nucącego kolędy. Przy stole jakieś tęgie ciotki, których ani wcześniej, ani później nie widziałam na oczy, debatowały o tym, czy przytyją jeszcze bardziej od grzybowej, a także czy „Żydki zanadto nie panoszą się w Polsce”.

Poszłam sobie popłakać do sąsiedniego pokoju i zatelefonowałam po pokrzepienie do przyjaciółki. Dowiedziałam się, że u niej panuje atmosfera przygody. Wysiadł tam prąd, więc siedzą przy świeczkach, jej dziadek otrzymał pod choinkę hulajnogę i od razu się na niej wywalił, a mama chce mi zagrać do słuchawki życzenia na bongosach, które chwilę wcześniej dostała od św. Mikołaja. Tej nocy przez pustą i zaśnieżoną Warszawę pierwszy raz uciekłam z domu. Może to jest właśnie magia świąt, że nie możemy się niczego spodziewać, dojrzeć do tego lub przywyknąć. Jedyne co pewne to to, że będzie chujowo.

Reklama

„Dokonałam aktu apostazji już parę ładnych lat temu, co wciąż jest drażliwym tematem dla moich dziadków” – Joanna, mieszka w Sheffield

Joanna: Moja rodzina uwielbia ze sobą konkurować podczas świąt. Kto kupi lepsze prezenty? Kto przywiezie droższy alkohol? Komu się w tym roku dostał podwyżkę, a kto już wysłał dziecko na studia. Nie chcę brać udziału w tym cyrku, być porównywana do moich kuzynek, mających już dwójkę dzieci i męża, chociaż są ode mnie młodsze.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze aspekt religijny. Dokonałam aktu apostazji już parę ładnych lat temu, co wciąż jest drażliwym tematem dla moich dziadków. To nie tak, że nie cierpię swojej rodziny – to nieprawda. Po prostu wszyscy wtedy są tak bardzo zestresowani, że nie ma sensu, bym się w to pakowała. Wolę odwiedzić moją rodzinę już po świętach, gdy całe to napięcie opadnie.

Creative Commons

Od prawie 5 lat mieszkam w Wielkiej Brytanii i tutaj święta mają zupełnie inny wymiar. Brytyjczycy (przynajmniej ci, których znam) nie są wybitnie religijnym narodem i obchodzą je na większym luzie. Mieszkałam w Londynie przez ponad 3 lata i chociaż to miasto potrafi być bardzo samotne, zawsze znalazła grupka znajomych, która zostawała na święta w UK i udawało się nam coś wspólnie zorganizować; jakieś gotowanie lub wyjście do pubu.

Teraz mieszkam w Sheffield i chociaż mieszka tu pół miliona ludzi, każdy każdego zna i wszystko kreci się wokół tej społeczności. Większość moich znajomych tutaj to lokalsi, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto cię zaprosi. Na stół wjedzie curry, prezenty tylko symboliczne, rozmowy o polityce zabronione. Takie święta to ja rozumiem.

Reklama

„Udawanie, że wszystkim tak naprawdę zależy na bliźnich i dostawia się talerz dla wędrowca, no proszę cię” – Inny Maciek, też z Warszawy

Maciek: Nienawidzę. Nienawidzę okresu końca roku, zimy, a święta są po prostu ukoronowaniem tego całego syfu. Umówmy się: kiedyś można było to jakoś przecierpieć, bo wiadomo – prezenty, ale odkąd myślę samodzielnie, gardzę tym całym cyrkiem. Udawanie, że wszystkim tak naprawdę zależy na bliźnich i dostawia się talerz dla wędrowca, no proszę cię. I na poziomie naszego społeczeństwa czy w ogóle jakiejś europejskiej tradycji – święta już od dawna są tylko pretekstem do wciskania ludziom rzeczy. Tworzenie atmosfery wybaczania, miłości w momencie, kiedy świat już tak jakby trochę stoi na krawędzi to lekka hipokryzja. Niestety zawsze odbierałem to też na poziomie mojej rodziny. MUSISZ być szczęśliwy, bo są ŚWIĘTA. To nic, że przed chwilą cała rodzina na siebie krzyczała i trzaskała drzwiami – teraz usiądziemy, zjemy sałatkę i poudajemy, że wszystko jest super.


Nie boimy się pytać, mówimy jak jest. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


W moim rodzinnym domu zawsze był totalny, świąteczny rozpierdol; robienie wszystkiego na ostatnią chwilę, łącznie z kupowaniem choinki o 19 w Wigilię i tradycyjnym spóźnianiem się do dziadków, (nie wspominając o kłótniach, u których dziadków będzie Wigilia, bo oni się oczywiście nie lubili i jakoś magia świąt nigdy nie pomogła, by się pogodzić). Święta kojarzą mi się tylko ze stresem, kłótniami i automatycznymi wyrzutami sumienia no bo jak to tak w ŚWIĘTA? Niestety jestem z tradycyjnej polskiej katolickiej rodziny, w której była do tego wszystkiego jeszcze jazda religijno-tradycyjna z siankiem pod obrusem i wymuszonym łamaniem się opłatkiem. No i ja się tym wszystkim po prostu nie jaram.

Reklama

Nie chodzę do kościoła, więc nie wiem, dlaczego miałbym obchodzić święta religii, z którą nie mam nic wspólnego? Chociaż teraz jak o tym myślę, to u mnie w domu nigdy nie było w ten czas niczego dobrego do jedzenia, więc może ja po prostu jestem obrażony, że całe życie wciskano mi sałatkę ze zbyt małą ilością majonezu? W te święta jestem wstępnie umówiony z kolegami, możliwe, że będziemy pić alkohol.

„Niby nie jestem wcale sama, a jednak coroczny dylemat czy zostać w domu, uciec czy pójść do przyjaciół raczej mnie przygnębia” – *Matylda z Krakowa

*Matylda: Pochodzę z ateistycznego domu, w którym święta obchodziliśmy tylko w okresie mojego dzieciństwa. Odwiedzaliśmy wtedy dziadka, który był bardzo wierzącym człowiekiem. Czasem gdzieś wyjeżdżaliśmy w okresie Nowego Roku, ale ponieważ ogólnie słabo się z rodzicami dogadywaliśmy, to również się skończyło i od 20 lat w święta nic jako rodzina wspólnie nie robimy. Ja zresztą nie mam na to ochoty. I teoretycznie byłoby to ok – wiele osób zazdrości mi bycia wolną od zakupowych trosk, sprzątania i mitycznych sprzeczek przy świątecznych stole. Ja jednak tych kilka dni w roku spędzam na myśleniu o tym, jak bardzo fajnie byłoby jednak mieć rodzinę, z którą można spędzać wspólnie czas. I nie chodzi o religię, tylko o tradycję wspólnego wieczoru, czy śniadania.

Dwa lata temu kupiliśmy z moim byłym chłopakiem choinkę, bo zrobiło mi się już tak smutno, że go poprosiłam. Wspólnie ją dekorowaliśmy i było fajnie. A w tym roku zadzwonili do mnie przyjaciele, informując, że nie ma opcji, bym siedziała sama 24. grudnia i mam z nimi pojechać do ich rodzinnego domu. Więc niby nie jestem wcale „sama”, a jednak coroczny dylemat czy zostać w domu, uciec czy pójść do przyjaciół raczej mnie przygnębia. A wisząca w powietrzu świąteczna atmosfera – rozmowy znajomych w pracy, reklamy, zapach pomarańczy i nieśmiertelny George Michael – nie ułatwiają nie myślenia o tym.

*Dane zmienione na życzenie bohaterek, znane redakcji. Możesz śledzić autora na jego profilu na Facebooku.