FYI.

This story is over 5 years old.

Recenzje

Asia i Koty - Sing

Stojąca za projektem Asia i Koty Joanna Bielawska powraca po czterech latach. Bogatsza o żywą perkusję i klawisze, a także mnóstwo życiowych doświadczeń.

Cztery lata to czas, w którym wiele może się wydarzyć. Można nagrać kilka płyt, wystąpić na wszystkich znaczących festiwalach, można udzielać się gościnnie na innych wydawnictwach. Można też zmienić stan cywilny, wpaść w depresję, a potem wykorzystać swoją chorobę jako natchnienie do przygotowania nowego albumu. Joanna, niegdyś Kuźma, dziś już Bielawska, swojego ostatniego długograja - "Miserable Miaow" - wydała w 2012 roku, teraz, po czterech latach przerwy właśnie, wypuściła Sing. Drugą płytę trójmiejska artystka oparła na doświadczeniach związanych ze stanem głębokiej melancholii, stąd jest to bardzo, bardzo osobista pozycja. Zarówno u Asi i Kotów, jak i w całym katalogu Nasiono Records.

Reklama

Zmian u Bielawskiej pewnie było więcej, ale taką ważną informacją będzie z pewnością fakt, że z solowego projektu Asia i Koty stało się triem z żywą perkusją i klawiszami. Piosenki, jak przyznała Joanna, o tematyce nostalgiczno-życiowej, z bardzo delikatnymi melodiami.

Otwierające płytę "Just Never Stop" wita słuchaczy harmonijnymi riffami i spokojnym śpiewem Bielawskiej w takt wygrywanej, smutnej i bardzo skromnej melodii. To nagranie z miejsca odsłania charakter całego wydawnictwa - Bielawska przygotowała płytę stonowaną, na pewno też brzmieniowo wycofaną. Jakby skrytą i intymną w swoim muzycznym ubarwieniu. Gitarowe wejście "In the Morning" przypomina kompozycje Mariki Hackman, to samo postawienie na subtelną grę na gitarze elektrycznej i eteryczny wokal roztaczające aurę przygnębienia, z których słynie młoda Angielka. "Miracle I Hate" to także mocna pozycja, o ile nie jedna z najmocniejszych na całym Sing. Łamliwy dwugłos, drążąca łzy w oczach muzykai lekko patetyczne, ale jednocześnie bardzo ładne pianino, które pojawia się w drugiej części utworu, budują smętną atmosferę. Nawet wokalnie i tekstowo gorsza "Wiosna", przez delikatny fingerpicking Bielawskiej, wychodzi na prostą po kilku odsłuchach. Kościelne, niemal purytańskie "Safe in Their Alabaster Chambers", oparte głównie na barwie głosu Joanny, rekompensuje natomiast aż nazbyt popowe, kipiące od przepychu singlowe "I’m Gonna Use My Claws", które jawi się jako najsłabsza kompozycja na "Sing". To samo można powiedzieć o "Till the Rivers Flow".

Joanna Bielawska lepiej odnajduje się w skromnych aranżacjach, opartych tylko na jej głosie i brzmieniu gitary. Pobłyskujące wiosennym światłem klawisze czy chórki, lekkie momentalne pogłosy - to też jej środowisko. Chamberowa wizja folku Asi i Kotów, wizja bardzo minimalistyczna, niekiedy wchodząca niemal w kapliczne schematy, urzeka i ujmuje prostotą i pewnym siebie śpiewem Bielawskiej.

Debiutancka epka była dobra, "Miserable Miaow" miało słabsze chwile, przez ten poziom albumu mocno się wahał, ale "Sing" świadczy o dojrzałości artystycznej Asi i Kotów. Wiadomo, bywa gorzej, bywa też ciekawiej, jak zresztą na każdej płycie, ale przy "Sing" nie ma się tak naprawdę do czego przyczepić.