Reklama
Ludzie z cienia

Jakub Mikołajczyk - MonotypeRec.: "Pasja stała się moją pracą"

Takich ludzi potrzeba polskiej muzyce!

tekst Miłosz Karbowski
10 Luty 2016, 8:00am

Wszystkie zdjęcia - archiwum gościa

Muzyka, jak każda inna gałąź przemysłu, ma to do siebie, że pomysł gdzieś z tyłu głowy artysty dzieli od gotowego produktu stosunkowo długa droga. Teraz zastanów się, ile razy pomyślałeś o wszystkich osobach zaangażowanych w proces powstawania muzyki: producentach, menadżerach, bukerach. Oni wszyscy dbają o to, żebyś mógł pójść do sklepu, wziąć z półki płytę, a po jej przesłuchaniu, kiedy stwierdzisz, że z chęcią zobaczyłbyś ten zespół live – żeby koncerty trafiły tam, gdzie jest na nie potrzeba. Zbyt często się o nich zapomina, więc my postanowiliśmy z nimi porozmawiać. Oto Ludzie z cienia - niezastąpieni, choć dla wielu niewidoczni.

Jakub Mikołajczyk założył MonotypeRec. w 2005 roku. Od tego czasu wytwórnia wydała niezliczoną liczbę albumów polskich i zagranicznych artystów, stając się przy tym marką cenioną nie tylko nad Wisłą. Działalność MonotypeRec. nie ogranicza się wyłącznie do tej sfery, bo z równie wielkim zapałem, konsekwentnie realizowany jest również cykl imprez muzycznych Strefa Monotype, który od dwóch edycji doczekał się formy festiwalowej. Jakby tego było mało, Jakub sam staje po drugiej stronie muzycznej barykady, tworząc projekt Komora A, a od niedawna także duet Refined Pleasures z Aleksandrą Grünholz, który dopiero niedługo ujrzy światło dzienne. Jakie jeszcze tajemnice skrywa jego muzyczna osobowość?

Czytaj wywiad poniżej

Noisey: Jesteś w stanie zliczyć, ile płyt wydałeś i ilu artystów przewinęło się przez MonotypeRec.?
Jakub Mikołajczyk: Nie, nie potrafię. Myślę, że było ich lekko licząc 150, może więcej - nie wiem. W katalogu jest już grubo ponad setka albumów, więc na samych płytach jest tych artystów już ponad stu. Do tego należy dodać artystów, których zapraszaliśmy na imprezy, które organizujemy cyklicznie w Centrum Sztuki Współczesnej, które ma w programie Strefę Monotype. Koncertów, łącznie z dwiema edycjami festiwalu, było też pewnie koło setki, więc mamy kolejnych stu artystów. Nie wiem - było ich bardzo dużo (śmiech)

A jak te projekty trafiają do Monotype? Jak wygląda ich selekcja?
To jest bardzo proste. Jesteśmy wytwórnią niezależną, to znaczy nie realizujemy jakiegoś z góry zaplanowanego, czy wyliczonego na arkuszach w Excelu biznesplanu. Kierujemy się wyłącznie własnym gustem w doborze muzyki na nasze wydawnictwa. Trafiają do nas materiały właściwie w każdy możliwy sposób. Jest to albo stream na którymś z serwisów, który oferuje taką możliwość lub są to fizyczne nośniki. Od 11 lat, od kiedy zaczynaliśmy, metoda wyboru płyt do wydania w żaden sposób się nie zmieniła, cały czas jest dokładnie tak samo.

Czy zdarza się jeszcze, że po usłyszeniu jakiegoś zespołu na koncercie albo w internecie, sam wychodzisz z inicjatywą, proponując wydanie materiału, czy obecnie działa to już tylko w drugą stronę?
Na początku, kiedy nie byliśmy jeszcze na tyle rozpoznawalni, żeby móc przebierać w demówkach, to ja wyszukiwałem i zwracałem się z propozycją wydania płyty do artystów, których lubię i cenię. Oczywiście z różnym skutkiem. Czasem ku mojej uciesze pomysł spotykał się z bardzo pozytywnym przyjęciem, a czasami było tak, że ktoś nie wyrażał zainteresowania współpracą z nami. W tej chwili staram się skupić na mniejszej ilości muzyków. Zależy mi na pogłębianiu współpracy tak, żeby wiązała się ona z większą intensywnością działań i zbudowaniem pewnej trwalszej relacji między artystami a wytwórnią.

Chcę, żeby płyty, które ukazywały się do niedawna w dużej częstotliwości i ilości, obecnie mogły ukazywać się rzadziej, ale jednocześnie, żeby dłużej funkcjonowały w świadomości odbiorcy. Chciałbym, aby każda premiera była swoistym wydarzeniem. Dlatego też siłą rzeczy nie szukam już tak intensywnie, czy nie wysłuchuję z wypiekami na twarzy wszystkich demówek, które do nas przychodzą. Poświęcam uwagę głównie artystom, z którymi już podjąłem współpracę, co nie znaczy, że nie pozwalam sobie na realizację swoistych fanaberii, zachciewajek.

Doskonałym przykładem jest Curse ov Dialect - hiphopowa grupy z Australii. Ich nowy album „Twisted Stangers” ukaże się w marcu.

Generalnie można powiedzieć, że opracowaliśmy już coś, co określić można cyklem wydawniczym. Wynika to z potrzeby opanowania chaosu, z drugiej strony jest to wymóg narzucony przez dystrybutorów lub ludzi, który wspierają nas w promocji. To w efekcie bardzo ułatwia pracę.

Jak polska wytwórnia jest w stanie zainteresować artystów na tyle, żeby zdecydowali się wydawać właśnie u ciebie? Za granicą dobrych wytwórni też przecież nie brakuje...
Masz absolutną rację. Dlatego staramy się, żeby fakt, że jesteśmy polską wytwórnią miał znikome lub drugoplanowe znaczenie. Narzędzia, jakimi dysponują obecnie wydawcy i muzycy są właściwie w każdym miejscu takie same. Nasi główni dystrybutorzy znajdują się w Niemczech, UK i Stanach Zjednoczonych. Nie jesteśmy także jakimś szczególnych wyjątkiem - spójrz choćby na działalność Bocian Records.

Obecnie każdy wydawca, czy muzyk z dowolnego miejsca na świecie ma równie łatwo, lub równie trudno ażeby nawiązać kontakt się z potencjalnym dystrybutorem, czy też dziennikarzem, sklepem, czy organizatorem koncertów.

Powoduje to jednocześnie, że do sieci, czy sklepów każdego dnia trafiają setki nowych wydawnictw, co skutecznie utrudnia działania promocyjne. Dla mnie zawsze bardzo istotne było to, żeby moje kontakty z wykonawcami, czy dziennikarzami, którzy dostawali od nas płyty, były tak bliskie i koleżeńskie, jak to jest możliwe. Żeby stworzyć sobie relację, która spowoduje, że każde kolejne wydawnictwo spotka się z nie mniejszym zainteresowaniem, niż wcześniejsze.

Ponadto w Polsce mamy też coraz silniejsze media, poważane festiwale (np. Unsound), czy cieszące się dużym szacunkiem wytwórnie płytowe (Bołt, Bocian, Gustaff i inne). Reasumując, fakt, że zajmujesz się wydawaniem płyt w Polsce o niczym nie przesądza, ani nie świadczy.

Jesteś często jednym z pierwszych poważnych weryfikatorów, jakich spotykają na swojej drodze młode projekty, które podsyłają ci swoje próbki. Zauważasz zmiany w podejściu młodych zespołów oraz łatwości ich wejścia w rynek na przestrzeni lat?
To jest bardzo złożona kwestia, bo tak naprawdę mówimy o ogromnej społeczności. Mówimy o dziesiątkach, albo setkach ludzi, którzy zajmują się w obecnych czasach tworzeniem muzyki. To, co obserwuję, to zmiana w podejściu do tworzenia, czy pomyśle na siebie jako twórcy. To o czym mówiłem powyżej w kontekście wytwórni, dotyczy także muzyków. Czyli brak ewentualnych kompleksów wynikających z miejsca zamieszkania. Te zmiany są absolutnie naturalne. Eksperymentalne zespoły z lat 80. zastąpili w latach 90. "laptopowcy". To była absolutnie nowa jakość, świeżość.

W tej chwili jest podobnie - młodzi ludzie, którzy zajmują się tworzeniem muzyki, którzy teraz zaczynają swoją przygodę z muzyką mają i łatwiej, i trudniej. Łatwiej, ponieważ są bardzo osłuchani, wyedukowani. Dostęp do mediów powoduje, że ich wiedza jest wielokrotnie większa od tej, którą ja miałem zaczynając swoją przygodę z muzyką w początkach lat 90-tych. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nowe płyty, instrumenty itp. Z drugiej strony jest to problem, ponieważ ciężko w tej chwili dostrzec we współczesnej, nowej muzyce świeże zjawiska. Kiedyś Ci "mniej wyedukowani" byli w mniejszym stopniu obarczeni ową wiedzą, tym bagażem. Powodowało to większe zróżnicowanie w muzyce, większą oryginalność.

A wracając do twojego pytania - czy mają łatwiej, czy trudniej - trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Środki jakimi dysponują, pozwalające na właściwie bezkosztową promocję zdecydowanie ułatwiają, ale tylko w teorii, ponieważ w praktyce wygląda to tak, że takimi środkami dysponuje nie 20 osób, a 20 tysięcy, które chcą zajmować się muzyką. To też powoduje, że mimo iż sporo osób temu zaprzecza, pewnym weryfikatorem, który pozwala na zafunkcjonowanie w świadomości odbiorcy (jestem tego najlepszym przykładem) jest w dalszym ciągu fizyczne udokumentowanie swojej pracy czy to w postaci kasety, kompaktu, czy winyla.

Cofnijmy się teraz na chwilę w czasie. Jak zrodził się pomysł na MonotypeRec.? Oficjalnie to już 11 lat temu, a praktycznie zapewne dużo wcześniej. Jak widzisz to z perspektywy roku 2016?
W maju 2005 roku ukazały się dwa pierwsze tytuły, czyli siłą rzeczy pomysł na wytwórnię, i prace nad nią zaczęły się dużo wcześniej. Były to lata 2003-2004. Pomysł wziął się z potrzeby udokumentowania na fizycznym nośniku kolejnej płyty muzyka, którego bardzo ceniłem, bardzo podziwiałem, czyli Dominika Kowalczyka - Wolframa. To były też czasy, kiedy chyliła się powoli ku upadkowi scena CDR-owa. A jako, że nigdy nie byłem fanem tego nośnika z powodu jego nietrwałości od razu założyłem, że będziemy wydawać płyty w formacie CD. Przekonałem więc Dominika, żebyśmy spróbowali wydać to w nowo powstałej wytwórni trochę na zasadzie "zobaczymy, co się wydarzy". I tak to się to zaczęło.

Dosyć szybko zbudowała się stała ekipa, która od lat zajmuje się wytwórnią. Aktualnie MonotypeRec to nie tylko ja, ale również Wolfram, Tomek Mirt, Ola Grünholz (aka We Will Fail), Krzysiek Wasik i Andrzej Załęski (którzy zajmują się Strefą Monotype).

Kiedy Monotype stał się pracą na pełen etat?
Przez prawie dziesięć lat MonotypeRec. stanowiło zajęcie "po godzinach" mojej ówczesnej regularnej pracy. Różne czynniki wpłynęły na to, że mogłem zakończyć wieloletnią pracę w korporacji i skupić się wyłącznie na muzyce.

Nie była to łatwa decyzja, ponieważ wiadomo, że zajmujemy się na dobrą sprawę działalnością, powiedzmy, "luksusową". Stwierdziłem, że trzeba się w życiu kierować czymś więcej, niż tylko bezwzględną kalkulacją, trzeba pozwolić sobie na robienie tego, co się lubi, warto podjąć ryzyko.

Od dwóch lat zajmuję się wyłącznie pracą w MonotypeRec. Jest to zarówno zajmowanie się wytwórnią, jak i współpracą z wieloma innymi wytwórniami, dla których świadczymy rozmaite usługi. To jest więc w tej chwili całe moje życie zawodowe, czyli pasja stała się moją pracą, a praca w dalszym ciągu jest moją pasją.

Jak wspomniałeś, zajmujesz się również tłoczeniem nośników. W czasach, gdy wiele projektów powstaje metodą DIY, tłoczenie CD ma jeszcze rację bytu? Wiele wydań ukazuje się w mocno limitowanych nakładach. Czy to się jeszcze opłaca, czy to bardziej sztuka dla sztuki?
Tak, absolutnie! Wiele wytwórni, z którymi współpracujemy prowadzonych jest przez ludzi, którzy mają bardzo podobne podejście do naszego. Czyli ich gusta i pomysł na wytwórnię powstawał w oparciu o te same wartości, o ten sam etos, co nasz. Najlepszym chyba dowodem na to, że ma to sens jest to, że zajmujemy się tym cały czas, nieustannie. Tak jak wytwórnie zajmujące się wyłącznie wydawaniem kaset, czy winyli w żaden sposób nie przekładają się na zmniejszenie się ilości wytwórni zajmujących się wydawaniem kompaktów. To jest naturalny rozkład, który wynika z prostej statystyki (śmiech). Coraz więcej osób bierze się za robienie muzyki i odpowiednio dużo osób zakłada własne labele. Spójrz chociażby na sytuację w Polsce - nie pamiętam aby kiedykolwiek wcześniej było tak dużo wytwórni płytowych.

Jak w takim razie widzisz najbliższe lata jeśli chodzi o sprzedaż poszczególnych nośników? Myślisz, że winyle osiągnęły na nowo swoje apogeum, czy jeszcze pójdą w górę?
Trudno mi to przewidzieć. Wiele osób pochowało już kasety magnetofonowe czy płyty winylowe. Okazuje się, że te nośniki maja się całkiem dobrze.

Rzecz jasna twarde dane rynkowe są bezlitosne. Płyty (niezależnie od nośnika) ukazują się w niewielkich nakładach. Wynika to w dużej mierze z często nomadycznego trybu życia obecnych słuchaczy. Wygodniej jest trzymać swoją "kolekcję" na karcie pamięci niż na fizycznych nośnikach.

Winyl faktycznie przeżywa swój renesans - mimo że wiele osób twierdzi, że pod względem jakości i brzmienia obecne płyty pozostawiają wiele do życzenia. Niemniej jednak kolejki w tłoczniach wskazują jednoznacznie na to, że aktualnie zapotrzebowanie na ten nośnik jest ogromne. Jest to niesamowite, zważywszy na fakt, że do niedawna wyglądało to zgoła inaczej. Pewnie przez czas jakiś ta tendencja, zainteresowanie winylem będzie jeszcze rosło. Tak działają mody. Ale jak będzie za 3 lata? Zobaczymy.

Są ludzie, którzy twierdzą, że nośniki fizyczne w sposób naturalny znikną, ewentualnie ich nakłady spadną do absolutnego minimum, które będzie opłacalne z punktu widzenia produkcji. Już dawno wydawnictwa płytowe nie osiągają nakładów kilkutysięcznych, co było zupełnie normalne w latach 80 i 90. W tej chwili regularne wydawnictwa w wytwórniach podobnych do MonotypeRec. ukazują się w nakładach 300 - 500 egzemplarzy.

Tajemnicą nie jest, że stajesz również po drugiej stronie muzycznej barykady, grając w projekcie Komora A. Znajdujesz jeszcze na to czas?
Tak, oczywiście! Od kilku miesięcy niemal codziennie gram próby. Jest to dla mnie bardzo ważny element mojego życia. Zanim w ogóle przyszło mi do głowy, że mógłbym wydawać płyty, chciałem grać muzykę. Pamiętam, że na papierze moje pierwsze zespoły powstawały w końcówce lat 80., kiedy wymyślałem różne ich nazwy, składy, zastanawiałem się nad muzyką, rysowałem okładki. Ale pierwsze moje przygody z instrumentami, pierwsze próby, to jest połowa lat 90., czyli dużo wcześniej, niż podjąłem się prowadzenia labelu.

Komora A powstawała w tym samym czasie co MonotypeRec. Pierwsze próby, jakie odbyliśmy w tym samym składzie, w którym gramy od prawie dwunastu lat, czyli Dominik Kowalczyk, Karol Koszniec i ja, odbyły się w 2004 roku. Zagraliśmy pierwszy koncert dokładnie tego samego dnia, kiedy pojawiły się pierwsze płyty MonotypeRec. Więc Komora A i MonotypeRec. są rówieśnikami. Niedługo, właściwie na dniach (po 12 latach wspólnego grania) ukaże się nasza debiutancka płyta "Crystal Dwarf".

Ale to nie jest jedyny projekt, nad którym pracuję i nie jest to jedyny zespół, w którym gram. Obecnie pracujemy usilnie nad wspólnym materiałem z Olą Grünholz (We Will Fail). Projekt nazywa się Refined Pleasures i niedługo zaprezentujemy pierwsze fragmenty naszej muzyki.

Podsumowując, mam na to czas, mam na to chęć i silną potrzebę, żeby to robić.

Na koncertach nie tylko grasz sam, ale też je organizujesz. Strefa Monotype, organizowana we współpracy z Centrum Sztuki Współczesnej już na stałe wpisała się w koncertową mapę Warszawy. Jaka idea przyświeca ci w organizowaniu koncertów?
Nad Strefą Monotype pracujemy podobnie, jak nad naszym katalogiem. Zapraszamy muzyków, których muzykę sami chcielibyśmy usłyszeć na żywo. Nad koncertami pracujemy w innym gronie, niż w wytwórni. Strefa Monotype od początku nierozerwalnie jest związana z Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie. Przede wszystkim ze strony CSW jest to Andrzej Załęski. Jest też Krzysiek Wasik, który jest prawdziwą kopalnią pomysłów. To osoba, która nieustannie wyszukuje ciekawe zjawiska muzyczne i często podrzuca bardzo nieoczywiste pomysły. W tej chwili pracujemy już nad kolejną edycją festiwalową - to będzie trzecia odsłona i odbędzie się w czerwcu. Myślę natomiast, że wszelkie szczegóły, daty, zespoły, ujawnimy najwcześniej w drugiej połowie lutego.

Konfrontacja i kontakt z muzyką podczas koncertu stanowi dla nas ważny aspekt naszej działalności. Jest to jedyny w swoim rodzaju sposób odbierania muzyki, zwłaszcza gdy mówimy o muzyce eksperymentalnej, gdzie poza tym elementem jakim jest sam dźwięk, bardzo istotna jest też oprawa wizualna, czy to, w jaki sposób muzyk te dźwięki generuje na żywo. Mam nadzieję, że utrzymamy ten cykl i w dalszym ciągu będziemy mogli go realizować.

Co obecnie w polskiej scenie muzycznej budzi twoją największą ciekawość?
Bardzo ciekawym zjawiskiem, któremu przyglądam się z ogromnym zainteresowaniem jest to, o czym wspominałem wcześniej, czyli rosnąca grupa ludzi zajmujących się graniem i wydawaniem muzyki. I chociaż staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się na polskim rynku, to mam niestety świadomość tego, że wiele rzeczy mi po prostu umyka. Bardzo podobają mi się i kibicuje absolutnie wszelkim inicjatywom wydawniczym, które chociaż w najmniejszym stopniu utrzymują pewien etos wytwórni niezależnych - czy są to wytwórnie kasetowe, CDR-owe, czy winylowe. Nie wiem, czy jest jakiś określony nurt muzyczny, który w tej chwili mnie pociąga. Wszystko stało się tak wymieszane i tak chłonne, że trudno, nawet osobom, których gusta muzyczne kształtowały się znacznie wcześniej, skupić się na jednym, określonym gatunku muzycznym. Obecnie nie funkcjonują już subkultury, muzykę zdominowała otwartość i eklektyczność.

Z zaciekawieniem też obserwuję coraz częstsze powroty zespołów aktywnych w latach dziewięćdziesiątych, np. Księżyc, Kinsky.

Myślisz, że jest jeszcze w muzyce pole, którego nie wyeksplorowałeś, a w które chciałbyś uderzyć?
Mam nadzieję, że tak i że jest takie miejsce. Wierzę i mam szczerą nadzieję, że jest jeszcze szalenie dużo do zrobienia, wiele do odkrycia, wyeksplorowania i będziemy jeszcze nieraz zaskakiwani. Naprawdę na to liczę.