FYI.

This story is over 5 years old.

Recenzje

Ennio Morricone - The Hateful Eight O.S.T.

Nastrój tajemniczości jest tu zupełnie wszechobecny, a zatem rónież mocno przesadzony, co w kontekście całego filmu poczytać można jedynie jako zaletę.

Nie wiem, czy oglądaliście już nowego Tarantino. Ja tak. I z niekłamaną radością przyznam, że to pierwszy Tarantino od bodaj "Reservoir Dogs" i "Pulp Fiction", który zrobił na mnie wrażenie. Ba! Kompletnie mnie ten film rozwalił i był nieskończoną hecą. Kampowy jest oczywiście do granic absurdu. Podobnie sam pomysł, by do świadomie kiczowatego westernu muzykę zrobił facet, który jest muzycznym synonimem klasycznego westernu, bo wszak to nie kto inny, a Morricone właśnie odpowiada za soundtracki do takich klasyków, jak "Pewnego razu na dzikim zachodzie", "Za garść dolarów", czy "Dobry, zły i brzydki".

Reklama

Dla samego Morricone też musiała być to niemożliwa heca, bo raz: w tym roku kompozytor kończy 87 lat, dwa: soundtracku do westernu nie zrobił od bodaj czterech dekad. Nosa do klimatu jednak nie stracił i to co nakombinował do "The Hateful Eight" doskonale odpowiada samemu filmowi. Jest świadomie campowe, przerysowane, operuje w sposób doskonały wszystkimi elementami, jakich moglibyśmy się po tym soundtracku spodziewać. A więc mamy wężowe wręcz partie smyczkowe, które sugerują (grubą nicią szytą tajemnicę), czy odjazdy sekcji dętej imitującej potęgę i majestat zimowego krajobrazu. Do tego ekstensywne korzystanie z ksylofonu i oboju, co w połączeniu ze wspomnianymi smykami przywodzić może na myśł choćby klasyczne już ścieżki, jakie do "Drakuli" Coppoli napisał Wojciech Kilar, czy do "Wywiadu z wampirem" Elliot Goldenthal. Nastrój tajemniczości jest tu zupełnie wszechobecny, a zatem rónież mocno przesadzony, co w kontekście całego filmu poczytać można jedynie jako zaletę. A niesamowicie kreatywny recykling głównego motywu, tego którym Morricone otwiera całą ścieżkę, w pewnym momencie najzwyczajniej bawi po pachy. Morricone udało się też sprzedać bardzo przyzwoitą orkiestrację, jako coś, co już na pierwszy rzut ucha brzmi kompletnie retro, jest niedzisiejsze, jak cholera, a więc tym badziej zabawne i kampowe.

Nie pierwszy to raz, kiedy muzyka Morricone pojawia się w filmie Tarantino, pierwszy jednak, kiedy reżyserowi udało się nakłonić kompozytora do napisania prawie całości (przy "Django" Morricone, zajęty muzyką do filmu "Baaria" Giuseppe Tornatore, dał radę napisać tylko jeden utwór) ścieżki dźwiękowej. A "prawie", bo pojawiają się na niej również numery White Stripes, Roya Orbisona, Davida Hessa, czy tradycyjna australijska piosenka folkowa "Jim Jones at Botany Bay". Mistrzostwem świata jeśli chodzi o ten soundtrack jest z kolei to, że rzeczone numery podczas lektury filmu tylko nieznacznie wybijają się z całości, prędzej funkcjonując, jako pewnego rodzaju podkreślenie, a nie zaburzenie spójności. Poza tym, o ścieżkach dźwiękowych mówi się zazwyczaj, że dobre są, o ile oglądając film nie zwraca się na nie uwagi. Ta ścieżka, po pierwszym zachwycie na samym początku projekcji (a żeby ów się rozpłynął i odrobinę zatarł przed rozpoczęciem narracji Tarantino i Morricone dają nam czas), staje się jednak niesłyszalna. Tym większą hecę miałem słuchając jej ponownie, już w oderwaniu od obrazu.

Pozostaje życzyć, by wszyscy spece od muzyki filmowej i "klasycznej" w wieku Morricone pozostawali w tak kreatywnej formie i tak skorzy do gówniarsko wręcz hecowych zabaw. Wielki szacun!