The Heliocentrics - From The Deep

Rockowe LSD umoczone w jazzowym naparze i podane w oryginalnej formule, na którą złożyły się talenty zespołu Malcolma Catto.

|
22 Marzec 2016, 2:00pm

The Heliocentrics to jeden z tych projektów, które mimo niesamowitych umiejętności i własnego stylu, wciąż nie mogą liczyć na tak szeroki poklask, jak chociażby Badbadnotgood (nie ujmując nic tym ostatnim, oczywiście). Z jednej strony to frustrujące, że muzycy tego kalibru nie mogą dotrzeć do szerokiej publiczności, z drugiej - być może lepiej dla ich oryginalności, że dryfują po obrzeżach, gdzie największym laurem jest nagroda od Gillesa Petersona. Heliocentrics kapitalnie sprawdzają się w każdej roli - jako kooperanci (Mulatu Astatke, Orlando Julius czy Melvin Van Peebles), jako band koncertowy (z Gaslamp Killerem promowali jego Experience), czy jako autorzy własnych, fenomenalnych kompozycji. Praktycznie każde ich wejście do studia skutkuje czymś pięknym - ich ostatni krążek, wydany razem z Melvinem Van Peeblesem "The Last Transmission" był jedną z moich ulubionych płyt 2014 roku. Kosmiczna metafizyka, jazz, afrobeat, funk, a nawet hip-hop - Heliocentrics szyją z tych skrawków ubrania idealne na miarę muzycznych freaków, dla których wyliczanka zaczynająca się od Sun Ra, a kończąca się na Madlibie, to codzienny pacierz. Nie mówiąc o mistyce wylewającej się z każdych dźwięków - wartości, którą bardzo cenię w muzyce.

Album "From The Deep" ukazał się nakładem Now-Again i jest godnym następcą "The Last Transmission". Heliocentrics tym razem kierują swoje kroki w stronę bardziej wyrazistego rytmu i mocnego groove’u, który można kojarzyć z hip-hopem. Poza rewelacyjnym, kipiącym od szaleństwa "The Pit" i "Outer Realms Pt. 2", większość utworów oscyluje w granicach dwóch minut - i jest to jedyna, a zarazem największa wada krążka. Chciałoby się usłyszeć po jakich meandrach krąży Malcolm Catto i jego ekipa - te dwie minuty często zostawiają niedosyt, powiększony przez kontekst "The Pit", w którym zespół rozkłada skrzydła i leci przez gwiezdną przestrzeń. Owszem, krótkie formy sprzyjają wielokrotnej radości ze słuchania płyty i pozwalają zaprezentować więcej numerów, ale w porównaniu z "The Last Transmission", na którym utwory również nie należały do najdłuższych, kompozycje z poprzedniego krążka sprawiały wrażenie pełniejszych. Być może to narracja Melvina Van Peeblesa dostarczała narracyjnej klamry, ale "From the Deep" jest dużo bardziej fragmentaryczne.

To oczywiście jedyny minus albumu, który poza tym jest bardzo udanym przelotem przez mistyczny jazz o funkowej pulsacji, z naleciałościami muzyki etiopskiej i pod solidnym patronatem rocka psychodelicznego, który odcisnął tutaj swoje piętno dużo bardziej niż na poprzednich dokonaniach zespołu. "Discovery" to podkład dla easy riderów tego świata, "Primitivos" to surowe mięso z niemal postpunkowym basem, "Telekinesis" to wieczny duch hippisiarstwa zamknięty w dwuminutowym tripie. Nowy album Helicoentrics jest bardzo różnorodny, ale jego rdzeniem pozostaje psychodelia i odrealnione uczucie, osiągane przez efekty takie jak cała gama pogłosów i taśmowych delay’ów - to przestrzenny krążek, który kreuje osobne uniwersum dla słuchacza.

"From The Deep" to spotkanie z dojrzałą formułą Heliocentrics - co prawda tym razem oferują więcej narkotycznego błądzenia po pustyni, aniżeli lot w kosmos, ale to nie wada. Dziedzictwo psychodelii, mimo tylu - mniej lub bardziej udanych i oryginalnych - kolejnych wcieleń jest wciąż żywe w muzyce i jeśli biorą się za nie tak utalentowane składy, jak Heliocentrics, to efekty są odświeżające. "From The Deep" nie brzmi archaicznie czy odtwórczo - to rockowe LSD umoczone w jazzowym naparze i podane w oryginalnej formule, na którą złożyły się talenty zespołu Malcolma Catto. Dla muzycznych podróżników to trip obowiązkowy.