FYI.

This story is over 5 years old.

opinie

Nowe-stare Radiohead z albumem "A Moon Shaped Pool"

Zespół wciąż ma coś do powiedzenia, chwyta za serce, czy bardziej namawia do sprzedania duszy. Choć są i znaki zapytania, o to co i jak robi.

Obserwując popremierowe reakcje, wydaje się że część osób bardzo chciałaby zaglądać do norki z napisem Radiohead, przekonując się, że im bardziej tam zaglądają, tym bardziej Radiohead w niej ma. No ale jak nie ma, jak są.

Narzekanie na wielkich zawsze było w modzie. W szczególności na takich, co to zrobili rewolucję, a potem "nie potrafią już nic z siebie wydobyć", "odcinają kupony od własnej sławy" itd. Znacie to aż za dobrze. Na początek oddajmy głos malkontentom. Prawdą jest, że płyta zawiera tylko trzy nagrania premierowe, a są tu i takie, które mają niemal dwadzieścia lat - a to czas który dzieli nas od wydania kamienia milowego i zwrotnego zarazem, czyli krążka "OK Computer". Faktem jest, że porządek płyty to oksymoron. Nagrania są ułożone w kolejności alfabetycznej, a każdy kto wciśnie w odtwarzaczu płyt funkcję random otrzyma bardziej logiczny porządek utworów.

Reklama

Płyta trafiła do płatnej dystrybucji - w najtańszym przypadku trzeba mieć aktywne konto w iTunes albo Tidalu. O ironio - za dostęp do ostatniego z tych serwisów (z milionami utworów) zapłacimy mniej niż za fizyczny nośnik z muzyka z "A Moon Shaped Pool". O ironio podwójna: do poniedziałkowego poranka, żeby dobić się do albumu w Tidalu, trzeba było z palca wpisać cały tytuł - krążka nie było widać nawet na liście oficjalnych płyt wydanych przez Radiohaed. Jak na serwis, który chce serwować wszystko natychmiast zachowanie mocno niezrozumiałe.

Faktem jest też, że zawsze od wielkich oczekujemy rzeczy największych. A jeśli wielkość mierzymy wspomnianym krążkiem sprzed niemal dwóch dekad, "Kid A" czy choćby "Hail To The Thief", to basen w kształcie księżyca nie pozwoli na takie sczochranie jaźni. Ale też trzeba powiedzieć sobie jasno, że droga prowadząca do oceny "A Moon Shaped Pool" poprzez porównania do poprzednich płyt nie jest zbyt rozumna.

Są na tym albumie fragmenty przywodzące na myśl stare poczynania. Na "Identikid" gitara Greenwooda gra tak, jakby sobie życzyli wszyscy zakochani w piosenkowych, zamkniętych formach. "The Numbers" przywołuje echa z jednej strony "House of Cards", z drugiej "Street Spirit". Skojarzeń każdy może mieć tu zresztą bez liku, bo w gąszczu muzycznych znaczeń łatwo natknąć się tu na echa tego, co w muzyce Radiohead gdzieś już było.

Dwa najważniejsze nurty na płycie to - mimo wszystko - powrót do krótszych, piosenkowych struktur. Nie chcę być zrozumiany źle - kompozycji tak genialnych, że kochanych przez znawców i zrozumiałych dla mas, takich jak "Karma Police" czy "Creep" za dużo nie ma, ale i pewnie już nigdy nie będzie. Byłby to regres. A czemu? Ano temu, że…

Reklama

Druga droga to podążanie za fascynacjami Jonnego Greenwooda. Słuchając orkiestracji do "Burn The Witch" nie sposób nie popatrzeć w stronę największych dzieł muzycznego minimalizmu XX wieku, w stronę Steve’a Reicha i jego muzyki dla 18 muzyków. Gdybyśmy mogli wsłuchać się z kolei w "Daydreaming", słyszelibyśmy echa innego wielkiego tego nurtu - Philipa Glassa.

Zespół chce na siebie zwrócić uwagę. Z pomocą Chrisa Hopwella, wybitnego twórcy animacji poklatkowej, sprawdzonego bojem już ponad dekadę temu przy okazji genialnego teledysku do "There There", stworzył gorąco komentowane, wtapiające się w atmosferę politycznych sporów wokół zżerających świat radykalizmów, wideo do "Burn The Witch". Nagrody za teledysk roku posypią się zewsząd, a dzieła tego nie znać, to tak jakby mówić ze znawstwem o piłce, a nie oglądać nigdy meczu Barcelony.

O co chodzi z tym Radiohead? Najgorszy z możliwych scenariuszy brzmi tak, że zespół sprzedaje muzykę w tradycyjny - jak na 2016 rok - sposób, by powrócić na szczyty zestawień. By zaistnieć w świadomości młodszych, przypomnieć o sobie starszym i mieć otwarte furtki, na bale i festiwale, by żyło się wspaniale. Bo jakkolwiek Jonny Greenwood jest muzykiem spełnionym, który zaskoczy jeszcze nie raz bez względu na to, czy będzie się podpierał szyldem Radiohead czy też nie, to reszta muzyków tak siebie, bez wchodzenia w hipokryzję, określić nie może. O ostatnim dziele Thoma Yorke’a zapomnieliśmy po jednym, no może dwóch przesłuchaniach, a i on, i starszy brat i reszta bandu, jak mawiał polski muzyk przeca żreć coś musi. I dlatego zespół Radiohead trwa i trwa mać.

Jenak "True Love Waits" czy "Burn The Witch" pokazują, że zespół ma coś do powiedzenia, chwyta za serce, czy bardziej namawia do sprzedania duszy. Powraca do otwierania nam horyzontów muzycznych, a to chyba najlepszy komplement, jaki twórcy - nie tylko muzycznemu można przekazać. Z drugiej strony - najsłabsze ogniwa "A Moon Shaped Pool" to - mym skromnym zdaniem - te trzy premierowe, których świat w żadnej formie wcześniej nie poznał. A to boli i każe pisać na kratce z notatkami liczne znaki zapytania.

Czy to powrót do drogi na szczyty artystycznej formy, czy - jak sugeruje nieśmiało "NME" - łabędzi śpiew zespołu z Oxfordu, przekonamy się bardzo szybko. A że w podobnym tonie kończyły się recenzje trzech płyt wydanych na początku millenium - coś mówi mi, że to dopiero początek nowej drogi.