Wywiady

Dziurawe dachy, rozbite małżeństwa. Świat obsesyjnych kolekcjonerów płyt

Witajcie w świecie, w którym ludzie gotowi są do wszelkich poświęceń tylko po to, by zaspokoić swoją miłość do muzyki.

tekst Oobah Butler
01 Marzec 2016, 9:42am

Podobnie jak wielu ludziom, muzyka towarzyszy mi od dzieciństwa. Z tą różnicą, że mój tato był kolekcjonerem winyli. Nie ograniczał się przy tym do dwóch trzech płyt w tygodniu, raczej należał do tych ludzi, którzy potrafili zajebać cały dom gramofonami (trzynaście sztuk) i to tak że nie dało się otworzyć drzwi na podwórze ani wejść po schodach.

Winyle były ciągle obecne w moim życiu - począwszy od posiłków jedzonych przy trójnożnym stoliku, podpartym stertą płyt country, przez kinderbale, na które przebierano mnie w strój z posklejanych winyli, po podszyty lękiem zachwyt na widok ojca, który tańczy z siedmiocalowym singlem w ręku, ciesząc się, że będzie miał z czego spłacić hipotekę w tym miesiącu. Wszyscy, którzy odwiedzali nasz dom byli całkowicie pogodzeni z jego obsesją i przynajmniej częściowo ją podzielali. Zawsze mnie zaskakiwało, gdy tata upierał się, że jego stosunek do płyt jest względnie normalny. Mama śmiała się z pudeł zajmujących coraz więcej miejsca w naszym salonie, twierdząc, że wygląda to jak miejsce zbrodni, a on tylko machał ręką i mówił z udręką w głosie "Gdybyś tylko widziała inne zbiory". Żadne z nas nie brało tego na poważnie i właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Do czasu, gdy całkiem niedawno usłyszałam o Brianie.

Brian jest znany we wszystkich sklepach charytatywnych w Wielkiej Brytanii; od Black Country po Warwickshire. Sama poznałam go w jednym z takich przybytków; przeglądał płyty, jak zawsze. Po krótkiej rozmowie zrozumiałam, że tak właśnie spędza każdy dzień. W końcu - po wielu telefonach, wiadomościach zostawionych na sekretarce i odwoływanych w ostatniej sekundzie spotkaniach - Brian zgodził się pokazać mi swoją kolekcję. I tak człowiek, który przez ostatnie pięć dekad pracował, oddychał i całkiem dosłownie żył dla winyli, wprowadził mnie w świat, z którego istnienia nie zdawałam sobie sprawy.


Wnikliwe reportaże i muzyka od innej strony - to znajdziesz u nas. Polub fanpage Noisey Polska, żeby być z nami na bieżąco



Aby rozwikłać tajemnicę kultury, która istniała już wtedy, gdy Steve Jobs biegał w krótkich spodniach i nikomu nie śniło się o cyfrowej rewolucji, postanowiłm odnaleźć największych winylowych zapaleńców w całym kraju. Natrafiłam przy tym na takie postacie, których nikt nie potrafiłby wymyślić - Briana, Deepindera i Paula - ludzi pełnych pasji, dysponujących encyklopedyczną wiedzą, totalnie pochłoniętych, zakochanych, a często też przytłoczonych przez muzykę. Aby powiększyć swoje zbiory są skłonni do największych poświęceń - od połamanych kości po rozbite związki. Oto ich opowieść.


BRIAN

Zatrzymuję się przed drzwiami typowego bliźniaka na brytyjskich przedmieściach. Pukam dwa razy, Brian wita mnie ostrożnie w progu. Całkowicie go rozumiem: przez ostatnie dwadzieścia lat odwiedziły go tutaj poza mną jedynie cztery osoby. Wszędzie wokół stoją stosy poukładanych płyt, sięgające ponad moją głowę. Nad naszymi głowami wisi zapadnięty pośrodku sufit.

- Pokój wyżej jest całkowicie wypełniony płytami - wyjaśnia Brian.

To tutaj normalne. Nie licząc zdradliwej ścieżki prowadzącej do łazienki, w całym domu tylko jedno pomieszczenie nadaje się do życia. Prawie - okna są zasłonięte, a w powietrzu unosi się para naszych oddechów. Słońce oraz centralne ogrzewanie są bardzo szkodliwe dla płyt. Naprzeciw dwuosobowej kanapy stoi telewizor, nadający "Antiques Roadshow" z wyciszonym dźwiękiem. Fakt, że jedno z siedzisk kanapy jest obite winylem raczej nie budzi zdziwienia. Brian proponuje mi miejsce obok siebie, ale uznaję, że wygodniej mi będzie na dywanie.

Noisey: Jak wyglądały twoje początki?
Brian: Kiedy miałem sześć lat, starsza siostra zabrała mnie do Shirley, gdzie za zaoszczędzone kieszonkowe kupiłem pierwszą płytę. To był 1963 rok i album Joe'go Browna. Wpadłem w to po uszy, momentalnie. Taki to bakcyl, albo go masz, albo nie. Byłem żonaty przez sześć lat z kobietą, dla której muzyka nie miała najmniejszego znaczenia. Wszystko inne nam się układało, ale nigdy nie zrozumiałem, jak mogła się obywać bez muzyki. To było dziwne.

Potrafisz opisać swoje uczucia na widok albumu, na którym bardzo ci zależy?
To najważniejsze chwile w moim życiu. Od siedmiu lat jestem bez pracy, nie mam żadnych dochodów, żyję z oszczędności, które coraz mocniej się kurczą. Mieszkam sam, nie mam dzieci, mam kilku bliskich przyjaciół w świecie zbieraczy, ale żadnej rodziny poza siostrą. Nie mam komu zostawić swoich zbiorów. Ale każdego dnia mogę się wybrać na miłą przejażdżkę samochodem i posłuchać dobrej muzyki. Dlatego warto żyć. Dziś dzwonili do mnie ze sklepu w Black Country, że mają trochę płyt, między innymi Elvisa z His Masters Voice, pytali czy mogę przyjechać. Nawet teraz, choć słucham cię uważnie, nie mogę przestać myśleć o tym, że jutro zaraz z rana tam pojadę.

(Jedna z trzech szaf grających stojących w zasięgu mojej ręki.)

Zastanawiałeś się, czym może się skończyć twoje kolekcjonerstwo?
Nie wiem. Mam sześćdziesiąt lat, więc jeśli mnie przyciśnie, mogę sprzedać sporą część zbiorów. Mam pod górkę z komputerami, to mi trochę utrudnia, ale chyba mógłbym otworzyć sklep. Znasz "Wierność w stereo"?

Tak.
Chciałbym coś takiego jak tam, sklep z płytami, w którym można się nabijać z klientów, kłócić się o gusty muzyczne; to moje marzenie. Całe życie robiłem w sprzedaży, więc wiem, że to potrafię i mam z tego radochę. W latach osiemdziesiątych, zanim przemysł muzyczny zrezygnował z winyli, pracowałem w wytwórni muzycznej i w firmie dystrybuującej płyty.

W jaki sposób kolekcjonerstwo wpłynęło na twoje życie?
Kolekcjonerstwo to moje życie. Nie stało się to jednak od razu, tylko stopniowo. Już nie pamiętam dlaczego rozstałem się z żoną i innymi dziewczynami. Ale teraz wstaję z łóżka tylko dzięki mojej pasji, ma dla mnie największe znaczenie. Ciężko by mi było z tego zrezygnować. Ale raczej nie uda mi się tutaj zaprosić żadnej sympatycznej damy. Chyba, że trafi mi się taka wariatka jak ja, której nie przeszkadza brak ogrzewania, bo wie, że płyty są ważniejsze.

(Kolekcja "Rubber Souls". Kiedy się odwróciłam zobaczyłam 32 egzemplarze Białego Albumu Beatlesów."A to jeszcze nie wszystkie", wyjaśnił Brian)

Warto było się tak poświęcać?
To żadne poświęcenie; wiem, że zbieranie płyt jest moim powołaniem. Chociaż dla jakiegoś przypadkowego człowieka z ulicy faktycznie może to wyglądać, jakbym się poświęcał. Pogodziłem się z dziurą w dachu, tuż nad naszymi głowami. Ktoś powinien był się tym zająć trzy lata temu, ale z powodu płyt nie da się wejść na górę. Zaakceptowałem fakt, że mam tylko jedną kanapę do siedzenia i że muszę nosić w domu kurtkę. I pogodziłem się też z tym, że nie pojadę do Grecji, chociaż kocham Grecję. Wyjechałbym w mgnieniu oka, ale wszystkie pieniądze zainwestowałem w płyty, a po za tym ciągle się boję, że ominie mnie jakaś okazja.

Jest coś, co mogłoby cię przekonać do rozstania się z tą pasją?
Chyba tylko zdrowie. Muszę iść na operację biodra, ale ciągle to odkładam, bo nie mam nikogo, kto by się mną zaopiekował w czasie rehabilitacji. W każdej chwili może mi się przytrafić jakiś wypadek, który mnie unieruchomi, zmusi do szukania opieki, do korzystania z pomocy w kąpieli. A ja przecież trzymam płyty w wannie. Od dawna sobie powtarzam, że to jakiś absurd. Ale prawda jest taka, że od dawna żyję sam i nikt mnie nie może powstrzymać.


DEEPINDER

Diskery to świątynia dla zbieraczy płyt z Birmingham. Działający od początku lat pięćdziesiątych sklep cieszy się zasłużoną reputacją wśród ciekawskich muzyków i pasjonatów, dla których często pełnił rolę pierwszego przystanku w świecie muzyki.

- Kiedyś krzywo patrzyliśmy na młodzież - wyjaśnia jeden z właścicieli - ale w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy, widujemy ją tu coraz częściej. Mimo tego, że nie mamy na składzie współczesnych zespołów. Wygląda na to, że zaczęła się moda na house'owe i taneczne single, które trzymamy w sklepie od lat. Jeśli ktoś odpowiada za renesans winyli, to właśnie te wytwórnie. Tylko one wydawały czarne płyty pod koniec lat osiemdziesiątych i w późniejszej dekadzie.

Umawiam się tam z miejscowym kolekcjonerem, Deepinderem. Otwiera przede mną poobijane pudełko z logiem Reader's Digest i pokazuje jego zawartość. "I" Led Zeppelin "warta jakieś trzy i pół, pięć tysięcy funtów", egzemplarz "Den of Iniquity" Normana Hainesa, "jakieś trzy tysiące funtów". Każdy z dziesięciu skarbów w tym pudełku wywołuje zachwyt kolekcjonerów i mój. A to tylko część z "siedemdziesięciu kilku" perełek, stanowiących największą ozdobę najlepszej kolekcji rocka progresywnego w całej Wielkiej Brytanii.


Wychowany w przemysłowym i słynącym z przestępczości Aston, Deepinder zainteresował się winylami w 1978 roku, kiedy kupił za dziesięć pensów płytę Arzachel. Jego pasja szybko się rozwinęła, zaczął regularnie podróżować do Londynu, gdzie kręcił się przed biurami EMI z powodów, o których za chwilę sam opowie, włamał się też do elektrowni Battersea, by zdobyć dokumenty upamiętniające powstanie okładki "Animals" Pink Floyd. Tego rodzaju drobiazgi mogą zaważyć na cenie winyla. Z czasem zaczął poszukiwać coraz rzadszych wydawnictw, zdarza mu się uganiać za prawnikami, reprezentującymi zmarłych wydawców płytowych i nękać ich pytaniami o widmowe płyty.

Noisey: Wiesz mniej więcej ile płyt liczy twoja kolekcja?
Deepinder: Licząc w 1985 roku, doliczyłem się dwóch tysięcy płyt. Raczej niewiele sprzedaję i ciągle dokupuję nowe rzeczy, więc teraz może być tego z sześć, siedem tysięcy albumów. Do tego dochodzi ponad trzy tysiące singli.

A jakie jest twoje zdanie o nowych kolekcjonerach, którzy przyszli razem z "odrodzeniem winyli", tych wszystkich dwudziestokilkulatkach ze średnimi dochodami?
Na pewno da się ich zauważyć, ale co ciekawsze, w sklepach z płytami pojawia się coraz więcej młodych kobiet. Kolekcjonerstwo zawsze było zdominowane przez facetów, dlatego większa liczba kobiet jest dobrym zjawiskiem. To może całkowicie zmienić dynamikę tego rynku. Popatrz tylko za siebie.

(We wrześniu kupiłam pierwszy gramofon w Argosie. Każdego dnia przechodzę obok Diskery idąc na uczelnię i wiem, czym to grozi. Wydaję mnóstwo pieniędzy na płyty, mam już pięćdziesiąt albumów, wszystkie z drugiej ręki.)

(Ona [po lewej] jest prawdziwą kolekcjonerką, ja przyszłam tylko po płytę Otisa Redinga, chociaż nie mam jej na czym odtworzyć. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jakoś hipstersko, ale nie chcę być taka nowoczesna jak wszyscy)

Wiem, że pochodzisz z robotniczej, emigranckiej rodziny. Miałeś kiedyś poczucie, że rodzice woleliby, żebyś zainteresował się czymś innym?
Tak, zwłaszcza matka dawała mi do zrozumienia, że pasja odciąga mnie od nauki. Kiedyś puściłem przy niej "Madcap Laughs" Syda Barretta, ale jej zdaniem to bzdury i jęki.

Nie zmusiło cię to do porzucenia do porzucenia kolekcjonerstwa?
Nie. Nigdy nie znalazłem się w takiej sytuacji, żebym musiał wybierać, czy ważniejsza jest dla mnie rodzina, którą trzeba się zaopiekować, czy zbiory. Zbierałem płyty jak zawsze, coraz mocniej się w to angażując. Kupiłem kilka ważnych rzeczy, wydałem dwa tysiące funtów na jeden album.

Jaki?
"An Apple a Day" grupy Apple (brytyjska psychodelia) wydany przez Page One Records w 1969 roku. Udało mi się go kupić pięć lat temu od wdowy po producencie z wytwórni. Ale w końcu go sprzedałem za cztery tysiące funtów, czego do teraz żałuję. Nie da się znaleźć tego wydawnictwa w tak dobrze zachowanej wersji.

Jak bardzo kolekcjonowanie płyt wpłynęło na twoje życie?
Szukanie płyt to najpiękniejsze uczucie na świecie, więc w końcu zaczyna odgrywać dominującą rolę. Pochłania cię całkowicie, więc trudno to porównywać z jakimiś innymi aspektami codzienności. Nigdzie nie wyjeżdżam, bo boję się, że coś mnie ominie.

(Oryginalne wydanie "I" Lez Zeppelin z kolekcji Deepindera, warte od 3500 do 5000 funtów)

Co miałoby cię omijać?
Szansa na wzbogacenie kolekcji. Okazje pojawiają się coraz rzadziej, trzeba działać błyskawicznie. Kolekcjonerstwo nauczyło mnie żeby żyć chwilą. Pamiętam, że jakieś dwadzieścia lat temu siostra pokazała mi artykuł z "Guardiana" o litewskim fanklubie Franka Zappy, który postanowił postawić mu pomnik. Pomyślałem wtedy "O, kurde!", pożyczyłem trochę kasy od znajomego, powiedziałem matce, że jadę na parę dni do Leicester i poleciałem na Litwę, żeby to zobaczyć. Do dziś doskonale pamiętam ten wypad.

Opowiesz nam o najdziwniejszej rzeczy jaką zrobiłeś, żeby zdobyć płytę?
Staram się ustalić w których domach aukcyjnych i na jakich prywatnych licytacjach mogą się pojawić interesujące mnie rzeczy, żeby zawczasu mieć przewagę, ale to chyba nic dziwnego. Jeździłem do Londynu, żeby grzebać w śmieciach przy siedzibie EMI. Mam dzięki temu sporo dokumentów związanych z Pink Floyd i kopię aktu urodzenia Kate Bush, który jej rodzice musieli dostarczyć wydawcy.

("The Mighty Baby to mój ulubiony zespół. Album jest podpisany, ale popatrz tylko na to (wskazuje na niebieską taśmę). Tragedia! A mógłby pójść za sześćset, siedemset funtów".)

Co musiałby się stać, żebyś się rozstał ze swoimi zbiorami?
Nigdy do tego nie dopuszczę, sama myśl o tym wzbudza we mnie lęk. Ale przekroczywszy pięćdziesiątkę, coraz częściej zastanawiam się nad inną sprawą. Nie chciałbym, żeby po mojej śmierci te wszystkie płyty wylądowały na wyprzedaży. Jeśli sam się nie pozbędę tej kolekcji, to chcę mieć pewność, że ktoś się nią zaopiekuje.

Skąd się bierze taka pasja?
W moim przypadku to lekarstwo na nerwicę natręctw. Zamieniłem ją w coś pożytecznego.


PAUL

Przedzierając się przez sześć szklarni i dwie rozpadające się szopy, wypełnione po brzegi płytami, docieram w końcu do Paula, człowieka, który przez całe życie utrzymuje się z kupowania i sprzedawania winyli. W czasie moich odwiedzin przegląda okładki i pakuje rzeczy do wysyłki, a na gramofonie kręci się "Crime of the Century" Supertramp. Paul okazuje się bardzo bezpośrednim rozmówcą, więc wciągam go w dyskusję o współczesnym rynku czarnych krążków.

Domyślam się, że możesz nam zaoferować wyjątkowe spojrzenie na "odrodzenie winyli". Często widujesz dwudziestokilkuletnich, zakochanych w kraftowych piwach brodaczy, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat odkryli w sobie winylową pasję?
Całkiem niedawno miałem okazję obserwować takich ludzi w sklepie, gdzie dawali sobie wciskać jakieś kompletne badziewie. Sprzedawcy wiedzą, jak wymasować im ego, potrafią sprawić, że taki klient poczuje się dowartościowany, a potem kasują od nich kupę forsy za jakieś gówno.

Wierzysz w ogóle w ten "renesans"?
Trochę. Widzę coraz więcej sklepów prowadzonych przez gości, którzy dobiegają do końca wieku produkcyjnego. Nie wiem ile to jeszcze potrwa, a na targach płytowych raczej trudno spotkać nowe, młode twarze. Dookoła raczej morze siwizny. Trudno też mówić o jakimś ożywieniu na rynku używanych płyt. Spodziewałem się, że tam również nastąpi rozkwit, ale okazało się, że prościej zrobić reedycję, niż znaleźć oryginalne winyle w dobrym stanie.

Co ze zjawiskiem lepszej sprzedaży wznowień niż premierowych albumów?
A jak nowe zespoły miałyby się znaleźć na tym rynku? Prościej trzymać w sklepie zapas starych albumów Jamesa Browna niż zaryzykować inwestycję w płyty, którymi zainteresuje się jedna osoba. Nowe sklepy są obliczone na starszych ludzi, szukających albumów Hendrixa, a nie na tych, którzy chcieliby kupić najnowsze nagranie ukochanych Shitting Toadstools.

Myślisz, że to zainteresowanie winylem przetrwa?
Wydaje mi się, że zostanie na tym poziomie, na jakim jest teraz. Nowa oferta jest niezbyt zróżnicowana, więc czeka nas stagnacja. Wytwórni płytowych nie stać na nowe inwestycje. Raczej nie ma szans, by ta trajektoria się zmieniła.

A jakie jest twoje zdanie na temat Record Store Day?
Smuci mnie to, że małe sklepy nie zarabiają przy tej okazji pieniędzy. To interesująca, fajna inicjatywa, ale raczej się nie sprawdza jako model biznesowy.

Tesco sprzedające winyle też cię nie przekonuje?
Często sobie żartowałem ze znajomych mówiących o odrodzeniu winyli, twierdząc, że uwierzę w to zjawisko dopiero wtedy, gdy zobaczę płyty w Tesco. W końcu tak się stało i zaczeęi sprzedawać najnowszą płytę Iron Maiden. Dziurawiąc okładki zabezpieczeniami przeciw kradzieży. Przecież nikt czegoś takiego nie kupi.

(wnętrze jednej z szop Paula)

Pamiętasz jakieś krańcowe sytuacje związane z twoją miłością do winyli?
Zawsze byłem pracocholikiem, więc kiedy musiałem zarobić na rodzinę, podjąłem się naprawdę okropnej pracy.

Jakiej?
Zostałem księgowym w wytwórni Virgin. Właściwie to zacząłem jako biurowe popychadło, ale zapracowałem sobie na awans. Wciąż zajmowałem się płytami, ale miałem na utrzymaniu sześcioro dzieci, więc musiałem zarobić dodatkowe pieniądze. O szóstej rano wsiadałem w auto i jechałem do Londynu, pracowałem od dziewiątej do osiemnastej, potem zajmowałem się sprzedażą płyt i odbieraniem telefonów, wreszcie wracałem do domu po dwudziestej drugiej, jadłem i kładłem się spać, żeby wstać następnego dnia o wpół do szóstej i zacząć wszystko od nowa .W weekendy jeździłem na targi płyt. Kiedyś, wracając po takim dniu, zasnąłem za kółkiem i tylko cudem nie rozwaliłem się o barierki na autostradzie. Kompletny idiotyzm, serio. Ale zajmowanie się płytami nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, cieszę się, że mogę to robić. Moja kolekcja jest dla mnie tak samo ważna, jak moje ręce.

W jaki sposób kolekcjonowanie płyt wpłynęło na twoje życie?
Na pewno jakoś wpływa na moich bliskich. To, co robię, może się wydawać samolubne, ale nie kierują mną samolubne pobudki. Znam pięciu najpoważniejszych kolekcjonerów w tym kraju i różnię się od nich tym, że oni żyją samotnie, a ja mam rodzinę.

Wymagało to od ciebie jakichś kompromisów?
Cóż, nigdy nie mogłem zatrzymać najbardziej wartościowych płyt. Miałem oryginalne demówki Beatlesów, testowe nagrania Sex Pistols, rzeczy warte tysiące funtów, ale musiałem się skupiać na szybkim zysku i błyskawicznie się ich pozbyć. Będąc ojcem szóstki dzieci nie miałem innego wyjścia, ale dzięki temu nie popadłem w samotność, uzależnienie i nie traktuję moich zbiorów, jak wyznacznika mojej pozycji na świecie, co przydarza się wielu kolekcjonerom.

Możecie śledzić Oobah na Twitterze.