FYI.

This story is over 5 years old.

Czytelnia

Co się zdarzyło na Zachodzie: jak Flying Lotus, Kamasi Washington i Brainfeeder przypomnieli nam o istnieniu jazzu

Niewielki label z muzyką elektroniczną karmi jazzem ludzi, którzy nie słuchają jazzu - to nieziszczalne marzenie większości wytwórni jazzowych. Jak do tego doszło?!
31.8.15

Thundercat, Kamasi Washington i Flying Lotus. Ilustracja: Lia Kantrowitz

Słuchacie płyty jazzowej. Szalona, ciut nieregularna perkusja, brzdąkanie na kontrabasie, wirtuozyjne pasaże na niewidocznym steinwayu, a wszystko to przerywane swojskim zawodzeniem saksofonu tenorowego. Melodia, świadomie różna od wyświechtanych standardów gatunku, mogłaby bez problemu uchodzić za nową kompozycję. A nie jest. To akustyczna interpretacja "Never Catch Me"”, utworu z albumu producenta muzyki elektronicznej Flying Lotusa, "You’re Dead!", wydanego w 2014, w którym słyszeliśmy Kendricka Lamara. Perkusista Kendrick Scott wybrał ten naginający gatunki utwór jako jedyny cover do swojego albumu "We Are The Drum", który już we wrześniu wyda legendarna wytwórnia jazzowa Blue Note. "To transkrypcja rapu Lamara, naśladuje jego flow i rytm", mówi Scott w komunikacie prasowym na temat albumu. "Rapowanie jest rozwinięciem tego, co robimy jako perkusiści… Rodzajem poszukiwania nowej formy".

Reklama

"Kiedy Flying Lotus zostanie uznany za artystę jazzowego?" zapytał znużony użytkownik Reddita krótko po wydaniu "You’re Dead!", które pomimo swego bardzo oczywistego zakorzenienia w jazz fusion (i zdobycia uznania krytyków), zostało niemal automatycznie zignorowane przez krytyków jazzowych, dla których Flying Lotus nieodwołalnie pozostaje twórcą muzyki elektronicznej. Dla użytkowników Reddita sprawa nie była już taka oczywista, więc omówili sprawę szczegółowo (jakżeby inaczej): czy można tworzyć muzykę jazzową nie grając na instrumencie? Czy Flying Lotus improwizuje? Na użytek zwolenników idei spontaniczności załączono listy słynnych kompozytorów jazzowych (Charlie Mingus, Duke Ellington) a dla każdego na pozór definitywnego kryterium znaleźli potężny kontrargument. Wśród ludzi myślących inaczej znalazł się niejaki billymcgee, który uznał, że "za każdym razem, gdy słucha się ‘Never Catch Me’, brzmi to mniej więcej tak samo".

"To ciekawe pytanie", mówi saksofonista Kamasi Washington, którego najnowszy album, "The Epic", został wydany przez Brainfeedera, wytwórnię Flying Lotusa. Płyta sprawiła, że Washington z filara sceny muzycznej LA szybko przeistoczył się w nową gwiazdę świata jazzu. "Jazz to tylko termin. Jak dla mnie, bardzo często niewłaściwie stosowany, zarówno zbyt szeroko, jak i zbyt wąsko. Czym jest jazz? Jeśli Jelly Roll Morton to jazz i John Coltrane to jazz, to jak można mówić, że Flying Lotus już nie?".

Entuzjaści (jak ci, których znajdziecie na r/Jazzie) cieszą się z szansy wykluczania i dodawania nowych przedstawicieli gatunku tak samo chętnie, jak muzycy naciskają, by ignorować tę etykietę, która liczy sobie już sto lat. Preferowanym określeniem dla pewnej części tego gatunku stał się termin "muzyka czarnej Ameryki", podczas gdy inne mieszczą się w zakresie "współczesnej muzyki klasycznej". A mimo to termin "jazz" nie przestaje funkcjonować, zarówno jako muzyka, jak i nazwa - prawdopodobnie dlatego że, jak to ujął Washington, "jeśli nie nazwiemy tego jazzem, to jakżeby inaczej? Żaden inny termin nie pasuje".

Reklama

Sprawa wydaje się tym bardziej interesująca, że wspomniany album Washingtona bez problemu pokonał mur oddzielający jazz od, powiedzmy, nie-jazzu, zbierając pochwały od tych samych portali i pism, które promują nowe single Future’a. Debiutanckie albumy muzyków jazzowych z reguły nie są recenzowane przez "Rolling Stone" czy "Pitchforka". Zakorzenienie Brainfeedera w undergroundowej scenie muzycznej LA oznacza, że zapewnił on sobie młodych i ciekawych odbiorców, podobnie jak zainteresowanie prasy, którą zwykli czytywać. Z większą łatwością, niż oczekiwała tego wytwórnia, byli oni w stanie użyć swych wpływów, by słuchanie jazzu znów stało się cool.

Kamasi Washington, zdjęcie Mike Park

"Naprawdę nie byliśmy na to przygotowani", mówi menedżer Brainfeedera, Adam Stover. "Mieliśmy określoną ilość płyt, a popyt okazał się nieporównywalnie większy. Trzeba było wyprodukować tysiące tysięcy nowych CD". Poza współpracą z Brainfeederem (i, rzecz jasna, swoją muzyką), Washington wyróżnia się na tle muzyków jazzowych również tym, że wystąpił na płycie Kendricka Lamara, "To Pimp A Butterfly", (zaledwie kilka miesięcy przedtem, nim wydał "The Epic"). "To zapewniło mu nieziemską reklamę", mówi Stover o tym szczęśliwym zbiegu okoliczności, który, jak twierdzi, był niezaplanowany. Mimo wszystko wciąż wydaje się bardzo mało prawdopodobne, że można stać się najgłośniejszym muzykiem jazzowym 2015 dzięki temu, że wystąpiło się na jednej z najważniejszych tegorocznych płyt hiphopowych.

Reklama

"Moim zdaniem, było to ostrzeżenie dla przemysłu muzycznego", mówi o sukcesie "The Epic" trębacz jazzowy i zdobywca Grammy, Terence Blanchard (kolejny współpracownik Blue Note). "Dużo mówi się o tej płycie, a on wydał ją w Brainfeederze, nie w żadnej z wielkich wytwórni. W tym kraju, na tym świecie zachodzi wielka zmiana paradygmatu. Myślę, że ten album stanowi dużą część tej zmiany". Podczas gdy może się wydawać, że album wziął się znikąd (Washington z rzadka grywa poza Los Angeles jako lider zespołu), w rzeczywistości jest on płodem starego środowiska muzycznego łączącego światy hip-hopu, muzyki elektronicznej i jazzu - po prostu wybrano jedyną w swoim rodzaju wytwórnię, by ludzie poznali wreszcie brzmienie tej społeczności.

///

"Następny album wyprodukowany przez Brainfeedera na pierwszy rzut oka może się wydawać zmianą kierunku w strategii wytwórni", głosiły materiały promocyjne "Endless Planets", płyty Austina Peralty z 2011, "lecz nic bardziej błędnego". Wprawdzie Peralta, wyjątkowy talent, 21-latek, który zdążył już wtedy wydać dwa albumy ze standardami jazzowymi dla Sony Music Japan, był człowiekiem odpowiedzialnym za "zapoznanie Brainfeedera z prawdziwym jazz bandem", według słów Flying Lotusa (alias Stevena Ellisona), lecz Brainfeeder kierował się w stronę świata jazzu niemal od czasu swego powstania w 2008 - i była to zmiana, którą ludzie wiedzący o pochodzeniu Flying Lotusa mogli dawno przewidywać.

Reklama

Ellison, wnuk cioteczny Alice Coltrane - tak, właśnie, drugiej żony Johna Coltrane’a, która sama też była nowatorskim muzykiem - mówi, że od dzieciństwa miał "kontakt z tymi rzeczami, starymi i nowymi. Zawsze miałem szacunek dla tego brzmienia". Jego rodzina sponsorowała Festiwal Jazzowy im. Johna Coltrane’a w LA, na którym, jak wspomina, "Thundercat [alias Stephen Bruner], Ronald [Bruner, brat Stephena] i Kamasi grali, kiedy byli jeszcze nastolatkami. Jeszcze się wtedy nie znaliśmy". (To było w 1999, kiedy ich zespół, znany jako Kamasi Washington and the Young Jazz Giants, wygrał konkurs.)

Trzeci album studyjny Ellisona, "Cosmogramma", ukazał się w 2010 - a krótko przedtem on i Bruner w końcu się poznali. "Wtedy zaczęły być widoczne związki FlyLo z jazzem", mówi Stover o płycie, na której zagrali, między innymi, Thundercat, Ravi Coltrane (kuzyn Ellisona) i Thom Yorke.

"Kiedy zacząłem przebywać z takimi ludźmi jak Thundercat i Kamasi, poczułem, że mam w sobie więcej przekonania, żeby zacząć zajmować się jazzem", mówi Ellison. Mimo swoich genealogicznych powiązań ze sceną jazzową LA, producent był zrazu zaskoczony widokiem tej starej społeczności. "Zastanawiałem się: jak to możliwe? Ci ludzie są tacy młodzi i niesamowici", mówi, "a nikt o nich nie wie, wszyscy narzekają, że jazz jest beznadziejny. Potem widzisz tych gości, jak w każdą środę grają w Piano Bar, małym barze w środku LA, i myślisz: ‘Jak, do diabła, mogłem o tym nie słyszeć?".

Reklama

Nie był jedynym, który nie dostrzegał małej acz pełnej zaangażowania grupy muzyków. „Mój związek z większą sceną jazzową był anonimowy – na swój sposób nie mieli pojęcia, czym się zajmujemy na własną rękę,” mówi Washington.

Thundercat

"W LA nie ma aż takiej wielkiej sceny, choć na przestrzeni lat mieliśmy oczywiście kilka wielkich nazwisk, które stąd wyszły", dodaje Stover, nawiązując do takich ikon jazzu jak Dexter Gordon, Charlie Mingus, Roy Ayers czy Billy Higgins. "Na ogół mieli totalną swobodę, żeby robić to, co chcą, i to jest właśnie nasz etos, jeśli chodzi o wytwórnię. Panuje wolność i nikt nie oczekuje, że musisz dorównywać tym wielkim postaciom z przeszłości. Możesz po prostu zebrać w sali dziesięcioro przyjaciół, którzy potrafią naprawdę dobrze grać i stworzyć jaką nową rzecz".

The West Coast Get Down, jak nazywają się dawni rezydenci Piano Bar, grają ze sobą od czasów liceum - choć wtedy robili to pod dużo bardziej praktycznym szyldem: Reggie Andrews' Multi-School Jazz Band. W jazz bandzie Andrewsa (który był ponadprogramowym projektem dla ówczesnych licealistów) spotkali się Washington, bracia Bruner, basista Miles Mosley, perkusista Tony Austin, grający na instrumentach klawiszowych Brandon Coleman, pianista Cameron Graves i puzonista Ryan Porter, kontynuując relacje, które nawiązali, gdy wielu z nich dorastało w LA i jego okolicach.

"Miałem szczęście, że dorastałem, słuchając dużo jazzu", mówi Stephen. "Nie mam na myśli ckliwych, tanich rzeczy, kiedy ktoś ci mówi: Co ty możesz o tym wiedzieć, gnojku! To jest Roy Ayers!'. Co roku z Reggiem Andrewsem uczyliśmy się czterech czy pięciu utworów Geralda Wilsona, żeby zagrać to na Playboy Jazz Festival - byliśmy częścią tego wszystkiego. To było takie prawdziwe. Czuję się bardzo wyróżniony i rozpuszczony, mogąc powiedzieć, że taki jest mój rodowód".

The West Coast Get Down, foto Mike Park

Wielu członków West Coast Get Down zarabiało na życie pracując w wielkich studiach wytwórni w LA, lecz pozostali wierni swoim spotkaniom w Piano Bar, które stały się znane jako jeden z najważniejszych eventów muzycznych w mieście. "Zawsze graliśmy dla publiczności, która nie uważała się za fanów jazzu", mówi Washington o Piano Bar. "Czasem nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że gramy jazz. Po prostu im się podobało. Potrafili podejść i zapytać: Co to za gatunek muzyki? Macie kontrabas – to jest jazz?".

Reklama

Krótko po tym, jak się poznali, Ellison zaproponował Kamasiemu nagranie płyty w Brainfeederze. "Nigdy wcześniej nie próbowałem rozmawiać z nikim o nagraniu płyty dla wytwórni", mówi Washington. "Gdy po raz pierwszy zadali mi pytanie, czy chciałbym nagrać płytę dla Brainfeedera, zapytałem Ellisona: 'Jakiej płyty ode mnie oczekujesz?'. Nie podał mi jednak żadnych parametrów, to było coś w rodzaju: 'Cokolwiek chcesz'".

"Powiedziałem Kamasiemu", opowiada Ellison, "idź na całość. Zrób swój manifest, coś, co tylko ty mógłbyś nagrać. Cokolwiek chcesz". Kamasi powiedział Stoverowi, że może im to zająć trochę czasu. Był 2010.

Mniej więcej w tym samym okresie dzięki artyście audiowizualnemu Strangeloopowi (odpowiedzialnemu za hipnotyczną oprawę koncertów FlyLo) Ellison poznał Peraltę. "Przyprowadziłem go tutaj, znał już Thundercata", opowiada Ellison. "Pomyśleliśmy, że to ma sens. Każdy z nas ma swoją historię".

"[Austin] zaprezentował nam tę płytę, to była klasyczna muzyka jazzowa, i powiedział, że chce to wydać", wspomina Stover. "Steve [Ellison] powiedział: 'Podoba mi się, wchodzimy w to'. Jako ktoś, kto zajmował się głównie muzyką elektroniczną, uważałem: 'I co my z tym zrobimy?', byłem trochę skonsternowany, to był zupełnie inny gatunek muzyki". Ten głęboki, działający na wyobraźnię album uwidaczniał wirtuozerię Peralty ale nie to było w nim najważniejsze. "Myślę, że właśnie tego potrzebuje jazz", powiedział Peralta w wywiadzie dla LA Record w 2011. "Potrafi być tak zaskorupiały a jego słuchacze tak pompatyczni, że potrzebujemy takiego rodzaju przyjęcia, takich słuchaczy, takiej energii. Kto powiedział, że punk rock jest bardziej hardkorowy niż jazz? To nieprawda".

Reklama

Peralta szybko stał się częścią kolektywu Brainfeeder, brał udział w nagraniu "The Golden Age of Apocalypse", debiutanckiego albumu Thundercata, i "Until the Quiet Comes", płyty Flying Lotusa z 2012. Jeśli ktokolwiek z ekipy Brainfeedera miał co do jazzu wątpliwości, to wirtuozeria i sukces Peralty zrobiły swoje. "Jestem muzykiem jazzowym", powiedział Bruner w wywiadzie dla "Passion of the Weiss" krótko po wydaniu swego albumu. "Korzenie mojej muzyki to improwizacja". "To jest krok w kierunku, który chciałbym, żeby obrał Brainfeeder" tak wtedy powiedział Ellison o współpracy Peralty z wytwórnią. Pianista zmarł niespodziewanie w 2012 - miał wtedy zaledwie 22 lata.

///

"Uważam to za płytę jazzową", powiedział Ellison o "You’re Dead!" - albumie, który wyróżniał się tym, że niemal wszyscy recenzenci opisując go, używali słowa "jazz", a jednak nie przypisywano go do tego gatunku.

Ze strony Ellisona był to świadomy wybór: reakcja na konserwatyzm świata jazzu. "Większość obecnie nagrywanej muzyki", mówi Ellison, "brzmi fajnie, ale nawet nie wiem, czyja jest. W jej brzmieniu nie ma zbyt dużo indywidualności czy różnorodności. Jest świetna. Każdy zrobił 50 tysięcy prób, by wybrać to, co zabrzmi doskonale".

"Wygląda to tak, jakby jazz się wyizolował", dodaje Bruner, którego muzyka również często przekracza granicę między jazzem i popem. "Wielu moich znajomych nazwało mnie zwolennikiem elitaryzmu, pytali, po co ja tego słucham".

Reklama

"To tak, jakby istniał jakiś rozdźwięk, podział", podsumowuje.

Flying Lotus

Na pierwszy rzut oka cała ta ogólna niechęć, by uznać Flying Lotusa za artystę jazzowego, ma jakiś sens. W końcu niewiele z jego publicznego wizerunku (prócz koneksji rodzinnych) kojarzy się z muzyką jazzową. Podczas gdy jazz tradycyjnie wiąże się z instrumentami akustycznymi w przytulnych klubach oraz, coraz częściej, wielkimi salami w światowych instytucjach muzycznych (jak Jazz at Lincoln Center), muzyka Lotusa zdaje się najczęściej inspirować dzikie imprezy taneczne (bez steinwaya w polu widzenia). A jednak, przynajmniej jeśli chodzi o ducha, ta przesuwająca granice gatunku muzyka jest dla jazzu solidnym zastrzykiem świeżej energii. Herbie Hancock, ikona jazzowego dziedzictwa, jakoś nie był zaniepokojony wyborem miejsca koncertów dokonywanym przez Flying Lotusa (ani subwooferami). Do niezliczonych zasług tego pianisty i kompozytora zalicza się między innymi jego udział w Second Great Quintet Milesa Davisa i skomponowanie wielu uwielbianych standardów jazzowych. Ellison był wielokrotnie razy polecany Hancockowi (według słów samego giganta jazzu) jako jeden z "młodych ludzi, z którymi warto pracować", takoż i jazzman zaprosił Ellisona i Brunera do swego studia. Współpraca zaowocowała dwoma utworami z "You’re Dead!": "Tesla", który Ellison określił jako "iskierkę tego albumu", oraz "Moment of Hesitation". Ponoć Hancock powiedział później do swych nowych współpracowników: "Gdyby Miles tu dzisiaj był, spodobałoby mu się wasze towarzystwo".

Reklama

Tymczasem w studiu innego tytana muzyki powstał całkiem inny album z akcentami jazzowymi: "To Pimp A Butterfly". Uderzający jest skład muzyków, którzy pracowali nad tymi dwiema płytami - oprócz Flying Lotusa, Thundercata i Kamasiego są to Snoop Dogg i Kendrick Lamar.

"Pracowałem nad albumami Kendricka i Lotusa niemal w tym samym czasie", powiedział Bruner Billboardowi. "Thunder [Bruner] pracował nad 'To Pimp A Butterfly' prawie dwa lata", dodaje Stover. "Miałem na swoim komputerze dema, które były źródłem tych utworów, nim jeszcze stały się tym, czym się stały, bo pochodziły ze starszych dem nagranych przez Thundera". Kuzyn Brunera, Terrace Martin, również zaangażował się w nagrywanie tej płyty. Ten wytrawny muzyk jazzowy, który grał z ekipą West Coast Get Down, stał się sławny jako producent muzyki hiphopowej - pracował dla takich artystów jak Wiz Khalifa i Snoop Dogg (i jest też producentem najnowszego singla YG, będącego hołdem dla gangsta funku). Martin miał swój wkład w niemal wszystkie utwory na "To Pimp A Butterfly".

Decyzja Lamara, by zaprosić muzyków jazzowych do nagrywania tego albumu (a pojawiają się na nim również tacy bohaterowie sceny jazzowej jak Robert Glasper i Ambrose Akinmusire) sprawiła, że znalazł się on w czołówce maleńkiej grupy jazzowo-hiphopowej. Nie upłynął miesiąc od ukazania się tej płyty, jak Tyler, the Creator (inny raper z LA) wydał "Cherry Bomb", album, przy którym współpracował Roy Ayers. "Wysłałem Ayersowi utwór, w którym chciałem go mieć", powiedział Tyler Tavisowi Smileyowi, a on zareagował: 'Tyler, to jest świetne, człowieku!'. Usłyszeć, że ktoś, kto zajmuje się tym od zawsze, docenia kogoś takiego jak ja… To było niesamowite". Legenda rapu Ghostface Killah postanowił dołączyć do młodego tria jazzowego z Toronto, BadBadNotGood, nagrywając z nimi ich ostatni album, pobrzmiewający hip-hopem "Sour Soul". Na odmianę Chance’a the Rappera skusiła współpraca z kolektywem Donnie Trumpet & the Social Experiment - nagrał z nimi album studyjny "Surf", projekt, który może nie brzmi równie jazzowo jak solówki Herbiego Hancocka, lecz z pewnością nie można mu odmówić cech tego gatunku.

Reklama

To nic nowego, rzecz jasna. Hip-hop korzystał z dokonań jazzu niemal od zawsze, a od czasu Run-D.M.C. również współpraca na żywo z muzykami jazzowymi nie była czymś wyjątkowym. Zarówno Washington, jak i Martin i Bruner grali ze Snoopem podczas jego tras koncertowych (Bruner wspomniał kiedyś, jak raper zapytał go na scenie: "Człowieku, naprawdę musisz grać wszystkie te nuty?"). Warto też wspomnieć, że "Doo-Bop", ostatni album Milesa Davisa, z muzyką określaną jako jazzowy rap, został wyprodukowany przez Easy Mo Bee, tego samego faceta, który miał swój udział w powstaniu "Party and Bullshit".

Foto Mike Park

Jednakże "The Epic" Kamasiego Washingtona to nie jest ani hip-hop, ani jazzowy rap. To jazz - porywający, bezkompromisowy jazz w tradycji takich wielkich muzyków jak Sun-Ra. Tytuł nie jest przypadkowy, projekt jest prawdziwie epicki: album składa się z trzech płyt i trwa ni mniej, ni więcej jak 173 minuty. "Korzystając z pierwszej okazji, jaka mu się przydarzyła, nagrał aż tyle muzyki", mówi Terence Blanchard. "Wiem, że niektórzy próbowali go od tego odwieść". Sam Washington stwierdził, że gdyby nie chodziło o Brainfeedera, nie sądziłby, że to zostanie wydane: "Choćby ze względu na swoją długość i powody, dla których chciałem to wydać".

W pewnym sensie niechęć wytwórni, by wydawać trzypłytowy album artysty praktycznie nieznanego poza LA - artysty jazzowego - byłaby całkowicie zrozumiała (jak niegdyś powiedział Robert Glasper, "za każdym razem, gdy znajdę się na liście przebojów, muszę rywalizować z Louisem Armstrongiem"), tymczasem okazało się, że Brainfeeder wygrał los na loterii, ignorując zdrowy rozsądek.

Reklama

"Tworzysz muzykę, bo uważasz, że jest fajna - każdy, kto twierdzi, że wie, jak zostanie przyjęta, kłamie", mówi Washington. "Uważałem, że jest fajna ale nie mógłbym wam powiedzieć, że wiedziałem, że zostanie przyjęta w taki sposób".

"Byłem bardzo zaskoczony tym, jak płyta Kamasiego została przyjęta i jak wciąż jest przyjmowana", dodaje Ellison. "Nie wiedziałem, czy się spodoba". Status Brainfeedera jako wytwórni wyznaczającej trendy z pewnością ogromnie przyczynił się do nieprawdopodobnego sukcesu płyty. "Myślę, że moi fani oczekiwali ode mnie czegoś w tym rodzaju", mówi Kamasi.

Brainfeeder karmi jazzem ludzi, którzy nie słuchają jazzu - to nieziszczalne marzenie większości wytwórni jazzowych. "Słuchają tego ludzie, którzy nawet nie rzuciliby na to okiem, gdyby nie cały kontekst i szum wokół tego", mówi Stover. Jazz jest gatunkiem, który ugina się pod ciężarem swej imponującej historii, wielkich nazwisk i atmosfery powagi - a wszystko to może onieśmielać nowicjuszy. Tacy artyści jak Thundercat, Flying Lotus i Kamasi Washington swoim bezpretensjonalnym podejściem zmieniają ten kontekst, uwalniając jazz z jego wieży z kości słoniowej i zwiększając zasięg tej muzyki.

"Grając muzykę, wypełniłem pieczątkami dwa paszporty", opowiada Kamasi, który wkrótce wyrusza w swoją pierwszą trasę koncertową jako lider zespołu. "Lecz w pewien sposób moja własna muzyka nigdy nie opuściła rodzinnego miasta". A jednak wszystko się zmienia.

"Teraz ten facet, zamiast jeździć po świecie grając cudzą muzykę, będzie jeździł grając własną", mówi Ellison o Kamasim. "To jest dla mnie powodem, dlaczego prowadzę tę wytwórnię. Dlatego chcę to robić - żeby widzieć, jak dzieją się takie rzeczy". A będzie się działo jeszcze więcej. "Ci goście grają ze sobą od jakichś 15 lat - teraz mają dom", mówi Ellison o przyszłości Brainfeedera, jeśli chodzi o jazz.

"Chciałbym, żeby i innym płytom, które mamy w planach, przydarzyło się to, co albumowi Kamasiego", mówi Stover, "żeby nasi fani dobrze to przyjęli i pokochali. Oni chcą, żebyśmy wydawali płyty tego kalibru i w takim klimacie". Jaka będzie kolejna płyta jazzowa tej wytwórni? To jeszcze nic pewnego ale Ellison zapowiada (w typowy dla siebie, nonszalancki sposób), że jednym z pomysłów jest "kompilacja jazzowa wymyślona przez Kamasiego, z udziałem wszystkich tych ziomków".

Nieustraszony optymizm Brainfeedera i muzyków, którzy krążą po jego orbicie, wywołał ferment na Zachodnim Wybrzeżu - jest dla tej długo niedocenianej muzyki tym, czym TDE, niezależny label Kendricka Lamara, dla hip-hopu. Jak inaczej ta zżyta społeczność, z której większość nie pobierała nauk w konserwatorium i wyrzekła się tradycyjnych sposobów osiągania sukcesu w tej branży, mogłaby się dorobić jazzowych i hiphopowych albumów, o których mówi się w tym roku najwięcej (przynajmniej dotychczas)?

"Tak właśnie funkcjonujemy", podsumowuje Kamasi. "Idzie się do World Stage, tam jest jam session z muzykami gospel i producentami hip-hopu. Bywa, że jedyny utwór, jaki znają, to 'Blue Bossa'. No i dobrze - będziemy grali 'Blue Bossa'. Trzy razy. Zabrzmi jak 'Gin and Juice'".

Natalie Weiner jest autorką z Nowego Jorku. Śledź ją na Twitterze.

Tłumaczenie: Ewa Szymczyk