FYI.

This story is over 5 years old.

opinie

Nigdy nie spuszczać z tonu

Na nowym albumie Deftones agresja jest jeszcze piękniejsza, brud jeszcze czystszy a mrok jeszcze jaśniejszy.

Okładka albumu "Gore"

W notce prasowej, zapowiadającej ósmą studyjną płytę kwintetu z Sacramento, wokalista Chino Moreno napisał "Out of respect for Pac, Big, Stevie, Michael, Hendrix, Gore is ONE of the greatest albums not the greatest, just one of". Ten ironiczny prztyczek w zadarty nos Kanye Westa ma w sobie ziarno prawdy. Wygląda bowiem na to, że jest to jedna z najlepszych płyt w karierze Deftones. Ale nie tylko. Zespół przeszedł z wagi ciężkiego grania do rangi… ciężkiej do przebicia. W zaskakujący sposób przekroczył swój własny rubikon emocjonalny oraz artystyczny, którego chyba nikt się nie spodziewał.

Reklama

Czytaj tekst poniżej.

Mat. prasowe Warner Music

I

Brak między tonami / Brak właściwego tonu

Staropolskie przysłowie mówi, że na złodzieju czapka gore. Przytaczam je à rebours, aby tym dobitniej podkreślić, jak oryginalnym i całkowicie nie do podrobienia zespołem jest Deftones, w epoce kiedy wszystko już [podobno] było. W oczach wielu dotarli tak daleko dzięki rozpędowi, jakiego nabrała ich kariera na grzbiecie sukcesu białego kucyka. Recepcja płyty "White Pony" ugrzęzła w płytkim nurcie nu metalu, w krzywdzącej dla nich wąskiej estetyce kradzionych i zgranych do znudzenia riffów. Niekiedy korzystają z samej tylko konwencji, ale ubieranej w zupełnie inną treść. Zbędnym trudem jest próba zdefiniowania stylu Deftones. Zgrabnie pozostają zawsze gdzieś poza, balansując pomiędzy podgatunkami. Żonglując i eksperymentując na pograniczu form udało im się zatrzeć jakiekolwiek granice wewnątrz swojego indywidualnego stylu. Ten zespół nie musi niczego nikomu udowadniać. Potrzebowali jedynie samym sobie pokazać na co ich stać. Po wielu perturbacjach, których doświadczyli w ciągu 28 lat istnienia, są znowu w szczytowej formie i ani trochę nie spuszczają z tonu. Wręcz go podnieśli na alarm.

Nie będę ukrywał, że z początku obawiałem się "Gore". Dwie wcześniejsze płyty "Diamond Eyes" (2010) i "Koi No Yokan" (2012) były znakomite, ale czegoś im brakowało. Jedną z głównych przyczyn była tragedia, której zespół doświadczył w 2008 roku. W wyniku wypadku samochodowego basista Chi Cheng zapadł w śpiączkę. Doszło do tego w trakcie sesji nagraniowej płyty, roboczo nazwanej "Eros". Prace zostały zawieszone. Z jednej strony zespół uznał, że materiał nie jest wystarczająco dopracowany, a z drugiej - czekali na powrót Chi do zdrowia. Mimo zebranych dla niego pieniędzy, w ramach akcji "Chi One Love", zorganizowanej przez rodzinę, zmarł 13 kwietnia 2013 roku, w wyniku ciężkiej infekcji. Zespół stracił nie tylko basistę, ale i najbliższego przyjaciela. Razem z nim umarła jakaś część Deftones. Jego miejsce zajął zaprzyjaźniony muzyk z Quicksand - Sergio Vega, który gra w zespole do dzisiaj.

Reklama

W tekście "Tragedia a całkowita prawda" Adolus Huxley powołuje się na tekst Homera, chcąc zdefiniować różnicę między tragedią a prawdą. Po tym jak Scylla pożarła towarzyszy Odysa, wersja tragiczna wydarzenia byłaby taka, że to lamentem reaguje się na stratę kompanów. Ale według Homera prawda leży gdzie indziej. Ci którzy przeżyli, musieli w pierwszej kolejności spożyć posiłek. "Głód jest silniejszy od rozpaczy i zaspokojenie go poprzedza nawet łzy". Tego samego doświadczyli muzycy Deftones. Mimo nieobecności Chi pozostali członkowie zespołu musieli nadal nagrywać i koncertować, aby egzystować, nakarmić swoje rodziny. Tu prawda odsłania swój najgłębszy tragizm. Dwie płyty zrobione z Sergiem stanowią integralną, solidną całość, ale wyczuwalne jest w nich zagubienie i niemoc. Przyznam, że nie słucham ich w całości. Do pewnych utworów w ogóle nie wracam. Ale dopiero teraz, po przesłuchaniu "Gore", w pełni zrozumiałem najbardziej wstrząsającą i wzruszającą kompozycję z tych dwóch albumów, o wymownym tytule - "What Happened To You?" zamykającą "Koi No Yokan". Słowa "We're alive somewhere else. Far ahead of our time. (…) Fourty years in the winds. I've played with you. For the rest of our days I'll remain…" uświadamiają, że ten etap twórczości był próbą przetrwania, pozbierania się, poszukiwania nowej drogi. Wtedy jeszcze nie pogodzili się w pełni z odejściem Chi.

II

Pożar! Pali się!

Ale wróćmy do "Gore". Moje obawy pojawiły się po przesłuchaniu dwóch, rzuconych na pierwszy ogień promocji singli: "Prayers/Triangles" i "Doomed User", które nie oddają w pełni charakteru płyty. Nawiązują do dwóch poprzednich, bliźniaczych - "Diamond…" & "Koi…". Nie znaczy jednak, że nie są udane. Jest w nich wszystko co charakterystyczne i za co kocha się ten zespół. Trafiony w punkt wydaje się być komentarz pod "Doomed User" zamieszczony na YouTube przez jednego z użytkowników: "The story of a Deftones song: 1: Your first listen, "meh" 2: Time passes with worry the new Deftones album will not be that good 3: Somehow and some point you absolutely love it". Trudno o trafniejsze spostrzeżenie. Tak czy inaczej rozpaliły moją ciekawość i wznieciły zainteresowanie. A, jak mówią, z małej iskry duży pożar. Niegdyś, kiedy wybuchał, wołało się potocznie - "gore!". I z każdym kolejnym utworem obawa o jakość płyty gaśnie, a temperatura ekscytacji rośnie. Kompozycje są tak zróżnicowane i odważne, aranżacje tak bogate, że aż daje się wyczuć płynność procesu komponowania, podczas którego wszystko się od początku układa. Nawet tarcia i konstruktywne konflikty między muzykami. Partie gitar są najciekawsze od lat, linie wokalne nabrały znacznie większej przestrzeni, stały się pełniejsze. Agresja jest jeszcze piękniejsza, brud jeszcze czystszy a mrok jeszcze jaśniejszy.

Między klasycznymi zagrywkami i refrenowym riffem w "Acid Hologram" pojawiają się wstawki przywodzące na myśl psychodeliczny jazgot Pantery z czasów "Far Beyond Driven". Zupełnie jakby nad utworami czuwał znowu producent Terry Date. Bijąca na alarm rytmika "Geometric Headdress" brzmi jak atak zespołu, który z impetem i w pełni sił wraca znowu do gry. "Hearts/Wires" zapowiada coś nowego. Ten utwór zrodził konflikt między gitarzystą Stephanem Carpenterem, początkowo nie zadowolonym z tak obranego kierunku, a obstającym przy swoim Chino. Niby dobrze znane, klimatycznie, ambientowe intro, ale pierwsze dźwięki wyłaniającej się z oddali gitary à la "Rooster" Alice In Chains wzbudziły moje podejrzenia, że to już tutaj pojawi się Cantrell. Zbyt wczesna radość utwierdziła mnie w przekonaniu, że klimat płyty odbija się echem w okolicach Seattle. Kolejne trzy utwory przesiąknięte są grungowym duchem, budzą dalekie skojarzenia z czwartą płytą "Saturday Night Wrist" i zaskakują nieoczekiwanymi motywami gitarowymi, czy to w bridge'u ("Pittura Infamante"), czy już w intrze ("Xenon"). No i jeden z moich faworytów "(L)mirl". Ten utwór można postawić w jednym szeregu z "Digital Bath" czy "Sextape". A pierwsze wersy poruszającej linii wokalu "I don't miss you / I don't care where you are now / You're a ghost to me / Left with my taste in your mouth" to jedne z najpiękniejszych tekstów napisanych przez Chino. W ogóle więcej jest na tej płycie prostych słów, otwartych uczuć, a mniej enigmatycznych metafor, z których słynie. "(L)mirl" przenosi w wyjątkowy, deftonesowy kosmos, tylko przez nich możliwy do wyczarowania. Przejście od zwrotki do refrenu stanowi kluczowy dla mnie moment na płycie. To swoisty triumf nadziei i hymn zwycięstwa. Tytuł utworu to akronim zwrotu "lets meet in real life". "L" wzięte w nawias to piękny zabieg wyrażający afirmację życia tu i teraz. Tytułowe "Gore" poraża miażdżącym riffem. Sludge'owe outro stara się oddalić zakończenie, budując nastrój niczym z filmów grozy. I w końcu wyczekiwany "Phantom Bride". Trudno wyrazić emocje, jakie wywołuje wysłuchanie gościnnej solówki (pierwszej w historii Deftones) Jerrego Cantrella, w czternastą rocznicę śmierci Layne'a Staley'a. Duch Alice In Chains jest wyczuwalny jeszcze intensywniej w końcowym, nokautującym riffie. Symboliczny tytuł klamry spajającej całą płytę, czyli "Rubicon", hipnotyzuje kolejnym gitarowym zaskoczeniem w refrenie nie pozostawiając jakichkolwiek złudzeń. Jest to dzieło kompletne.

Reklama

III

Kim/Chi

Różnica między Kanye a Deftones jest dokładnie taka, jak między Kim Kardashian a Chi Chengiem. To doskonała, choć abstrakcyjna, ilustracja różnicy między celebrytami a artystami. I nie bez powodu z połączenia tych dwóch imion nawiązuję do koreańskiej potrawy. Ale tylko i wyłącznie z uwagi na jej składniki, a nie rezultat ich połączenia. Z jednej strony sfermentowana pustka, przy czym z drugiej - kwitnące i odżywcze wartości. Kanye zrobił wokół swojej ostatniej płyty wiele hałasu…, ale o nic. Można to przemilczeć, zapominając o jej istnieniu. Premiera "Gore" zbliżała się niczym burza - w ciszy i spokoju, budząc ciekawość. Deftones nie zwykło robić wokół siebie szumu. Ich muzyka zawsze zyskuje szlachetny rozgłos i uznanie. A echo po niej nie milknie.

Kiedy miałem przyjemność przeprowadzić z Deftones wywiad, podczas jedynego koncertu w Polsce w 2011 roku, przytoczyłem swoją interpretację nazwy zespołu (znając rzecz jasna oryginalną). Nawiązując do słowa głuchy (deaf), jak i skrajnych amplitud, między którymi rozpostarta jest ich twórczość, uznałem to jako wyrażenie próby przebicia się przez ciszę do hałasu. Zaskoczony tym Chino powiedział, że nigdy czegoś takiego nie słyszał, ale bardzo mu się podoba i będzie to wykorzystywał. "Gore" jest egzemplifikacją mojej teorii. To istna afirmacja sprzeczności. Tak jak cała twórczość Deftones. Ale tutaj osiągnięte zostało apogeum. Dobitnie pokazują to wywiady, w których pojawiają się stwierdzenia, że płyta jest jednocześnie wesoła i agresywna. "Prayers/Triangles" mówi o dwoistości świata, o harmonii ying i yang. Ale słychać to na całej płycie, która poza wszystkim jest także niezwykle nowoczesna, ale i bardzo tradycyjna. Jacques Attalie Bruits w "Essai sur l'économie politique de la musique" napisał: "Muzyka (…) jest sposobem postrzegania świata. Narzędziem rozumienia". Za sprawą emocji zawartych na "Gore" poczułem bijącą z niej radość przezwyciężenia bólu po stracie Chi, ale i agresję długo rodzącego się procesu wyrzucania go z siebie. To najszczerszy obraz śmierci, która musi zostać pokonana, aby się wyzwolić i iść dalej.

Reklama

Śmierć jest w jeszcze jeden sposób obecna na płycie. Muzycy Deftones będąc na trasie, podczas pobytu w Paryżu, wybrali się na koncert Eagles Of Death Metal do Bataclan. Wyszli na chwilę przed tragicznym zamachem terrorystycznym 13 listopada zeszłego roku.

IV

Rubikon

Jak wynika z wywiadów "Eros" pozostaje w swego rodzaju śpiączce. Być może, poza kilkoma ujawnionymi już fragmentami oraz utworem "Smile", całość ujrzy kiedyś światło dzienne? Być może teraz właśnie zbliża się ten moment kiedy bolesna przeszłość powinna zrzucić żałobne szaty i odżyć na nowo? Tak jak we mnie ożywają wspomnienia z 1995 roku, kiedy to zobaczyłem w MTV Headbangers Ball światową premierę teledysku "7 words", z debiutanckiej płyty Deftones "Adrenaline" (którą debiutowała również wytwórnia Madonny - Maverick). Nie mogłem się wtedy spodziewać, że nagrają coś, co będzie w stanie tak całkowicie emocjonalnie mnie zaskoczyć i poruszyć. A więc ironia Chino odnośnie "Gore" prawdą się stała… Rubikon został przekroczony.