Ćwierć wieku temu weszli na szczyty. Nieznajomość ich pomnikowego "Blood Sugar Sex Magic" było jest i będzie obciachem porównywalnym tylko z zakładaniem skarpetek do sandałów. "Under The Bridge" i "Give It Away" to klasyki, po które w międzyczasie sięgali wszyscy - od świata hip-hopu poprzez soul / r&b, po niezmierzony bezkres koweracji gitarowych. Zespół od tamtego, złotego dla rocka - dodajmy - czasu, ma status mega artysty, takiego stadionowego wymiatacza, gwiazdy gwarantującej sprzedaż festiwalu rozgrywanego nad morzem.Od wspomnianego 1991 roku Red Hot Chili Peppers nie rozpieszczają fanów zbyt częstymi wydawnictwami. "The Gataway" to - od tamtego czasu - dopiero szósta płyta, a patrząc na okładki niektórych z nich fani z wściekłości chcą zawyć "ile dałbym by zapomnieć cię". Nowy krążek nie będzie też pupilkiem recenzentów i czymś, co sprawi, że wokół Red Hot Chili Peppers pojawią się zastępy młodych-gniewnych, którzy czteroczłonową nazwę wrzucą na koszulki, odpalać będą codziennie ze swych spotifajów, a co bardziej nerdowi kupią płytę lub wytatuują nazwę na karku swej narzeczonej. Ale nie oznacza to, że to płyta tak zła, jak sugerowałyby pierwsze komentarze i recenzje.
Wybieramy i opisujemy dla was najciekawsze płyty. Polub fanpage Noisey Polska i bądź z nami na bieżąco!
Po pierwsze jest zdecydowanie spokojniej - bliżej tu nastrojowi "Scar Tissue" niż mocnym gitarowym riffom. Momentami, jak przy "Dark Necessities" przypominamy sobie, jak ważną postacią w formacji jest Flea, choć partie z fortepianem każą zastanawiać się, czy aby na pewno ewolucja, podróż w poszukiwaniu nowego brzmienia jest w pełni ukończona. Czasem gdzieś zaatakują nas rozpędzone gitary, ale porównując do starszych nagrań, są to szarże kucyków przy ułańskich popisach.Są też fragmenty, które najzwyczajniej w świecie nużą. "We Turn Red" i następujący po nim "The Longest Wave". Tego typu kompozycje to Robert Janson w stanie twórczej niemocy zapewne wyrzuca do kosza jako niezdatne do pokazania światu. Nie wyobrażam sobie, jak takie nagrania mają porwać tłumy na festiwalach, bądź spowodować, że wszyscy będą bujać się z zapalonymi światełkami telefonów. To zła droga.Poza tymi przykładami "The Gateway" to zbiór piosenek, które wymagały umiejętności kompozytorskich, które zawierają pomysł na niebanalną aranżację i których, jak na przykład "Sick Love" nie zagra pierwszy lepszy ogniskowy grajek. To nie jest zła płyta, ale problem z nią taki, że w zderzeniu z poprzednimi albumami mamy przed oczami znaki zapytania. Dwa najważniejsze pytania brzmią: czy im tak wolno i co z tym zrobić. Na pierwsze odpowiedź jest prosta - tak, artyście wolno jest wszystko. Na pytanie co z tym zrobić, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ja płytę odkładam na bok i czekam, by z poszukiwań coś się wreszcie wykluło. Czternaście lat oczekiwania na ogień już mam za sobą. Poczekam jeszcze chwilę.Red Hot Chili Peppers - The Getaway, 2016, Warner Bros.
Reklama
Wybieramy i opisujemy dla was najciekawsze płyty. Polub fanpage Noisey Polska i bądź z nami na bieżąco!
Po pierwsze jest zdecydowanie spokojniej - bliżej tu nastrojowi "Scar Tissue" niż mocnym gitarowym riffom. Momentami, jak przy "Dark Necessities" przypominamy sobie, jak ważną postacią w formacji jest Flea, choć partie z fortepianem każą zastanawiać się, czy aby na pewno ewolucja, podróż w poszukiwaniu nowego brzmienia jest w pełni ukończona. Czasem gdzieś zaatakują nas rozpędzone gitary, ale porównując do starszych nagrań, są to szarże kucyków przy ułańskich popisach.Są też fragmenty, które najzwyczajniej w świecie nużą. "We Turn Red" i następujący po nim "The Longest Wave". Tego typu kompozycje to Robert Janson w stanie twórczej niemocy zapewne wyrzuca do kosza jako niezdatne do pokazania światu. Nie wyobrażam sobie, jak takie nagrania mają porwać tłumy na festiwalach, bądź spowodować, że wszyscy będą bujać się z zapalonymi światełkami telefonów. To zła droga.Poza tymi przykładami "The Gateway" to zbiór piosenek, które wymagały umiejętności kompozytorskich, które zawierają pomysł na niebanalną aranżację i których, jak na przykład "Sick Love" nie zagra pierwszy lepszy ogniskowy grajek. To nie jest zła płyta, ale problem z nią taki, że w zderzeniu z poprzednimi albumami mamy przed oczami znaki zapytania. Dwa najważniejsze pytania brzmią: czy im tak wolno i co z tym zrobić. Na pierwsze odpowiedź jest prosta - tak, artyście wolno jest wszystko. Na pytanie co z tym zrobić, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ja płytę odkładam na bok i czekam, by z poszukiwań coś się wreszcie wykluło. Czternaście lat oczekiwania na ogień już mam za sobą. Poczekam jeszcze chwilę.Red Hot Chili Peppers - The Getaway, 2016, Warner Bros.