FYI.

This story is over 5 years old.

Wywiady

Hiatus Kaiyote - zespół zespołów w świecie pełnym zwyczajności

Grupa wirtuozów z Melbourne gra unikatowy rodzaj funku i soulu dla wypełnionych po brzegi sal w Nowym Jorku. W listopadzie po raz drugi zobaczymy ich w Warszawie. Poznajcie najfajniejszy soulowy band z Antypodów.

Nai Palm z Hiatus Kaiyote / Foto Pat Shahabian

Zostali nominowani do Grammy za występ z Q-Tipem w utworze "Nakamarra" z zupełną łatwością przyszło mi napisanie o Hiatus Kaiyote, kiedy usłyszałem o nich pierwszy raz w zeszłym roku. Sami określają siebie jako wielowymiarowe, polirytmiczne, gangsterskie gówno - Hiatus Kaiyote to zdecydowanie zespół zespołów. I to wszystko bez najmniejszego cienia pretensji, który mógłby powstrzymać potencjalnego słuchacza.

Reklama

Najnowszy album "Choose Your Weapon" ze swoją postrzępioną, nieuporządkowaną elektroniką w klimacie R&B zdecydowanie rządzi i przenosi nas do starych dobrych czasów neo-soulu. 18- ścieżkowy materiał spajają krótkie wstawki (przywodzące na myśl J Dilla), które wypracowane zostały luźnym, nieusystematyzowanym jamowaniem w studio. Stoją one w opozycji do bardzo starannie zaaranżowanych kompozycji, stanowiących trzon nowego albumu.

Pomimo całego mojego początkowego sceptycyzmu, kiedy zobaczyłem Hiatus Kaiyote na tegorocznym Roots Picnic, szczęka opadła mi do ziemi. Szybko znalazłem kolejny koncert zespołu na Brooklynie w tym samym tygodniu - był to jednocześnie ostatni punkt na trasie zespołu po Ameryce Północnej oraz trzeci kolejny wyprzedany występ w Nowym Jorku. Ponownie zostałem totalnie zmieciony. Może to przez masywny tłum, który cierpliwie czekał w kolejce, która raczej nie dawała nadziei na wejście do środka, z uwagi na fakt, że koncert został wyprzedany. Może to przez nabuzowaną publiczność, która chóralnie śpiewała najbardziej złożone schematy jakie kiedykolwiek słyszałem poza klubem jazzowym. Zdecydowanie zapragnąłem dowiedzieć się, jak ta paradoksalna jednostka mogła w ogóle zaistnieć.

Jak to się stało, że czterej wirtuozi z Melbourne skończyli grając tak unikatowy rodzaj funku i soulu dla wypełnionych po brzegi sal w Nowym Jorku, kolebce neo-soulu? Postanowiłem spotkać się wokalistką zespołu, Nai Palm, zanim wróciła do Australii i zapytać ją o to wszystko.

Reklama

Czytajcie poniżej…

Noisey: Kiedy myślę o Australii, raczej nie wiążę jej z wielką sceną soulową. Dużo zespołów gra tu soul, funk i R&B? Czy czerpiecie stąd jakieś inspiracje?
Nai Palm: Więc, tu jest dość eklektycznie… Właściwie zostałam wychowana na Stevie Wonderze, Arethcie Franklin i wielu innych soulowych nagraniach, które pokazała mi mama. I właśnie dlatego potrafię śpiewać. Mama była choreografką, więc przynosiła do domu mnóstwo szeroko rozumianej world music. Dorastałam słuchając nie radia, tylko nagrań, które mama przyniosła do domu. To, jak dziś podchodzę do muzyki zrodziło się naturalnie. Nigdy nie pomyślałam: "O! Założę soulowy zespół!". Jesteś produktem ubocznym środowiska, w jakim przebywasz, więc naturalnym rozszerzeniem mojej kreatywności był pierwiastek soulu, bo na nim przecież się wychowałam.

Myślisz, że ludzie widzą was jako "ten zespół z Australii", czy raczej słuchając was myślą "ci goście mają zajebisty soulowy outfit" a może łączą was z jeszcze innymi gatunkami?
Skojarzenie z Australią jest stałym elementem. To miłe. "Nakamarra" - nasza piosenka, za którą otrzymaliśmy nominację do Grammy to także lokalne, plemienne przezwisko mojej dziewczyny. Jesteśmy, jak już wspominałam, produktem ubocznym środowiska, w którym przebywamy, i nawet jeśli nasza muzyka nie jest typowo australijska, to pojawiają się w niej lokalne elementy. Na przykład sowa na naszym albumie jest australijska. W piosence "The Lung" odnoszę się do naprawdę starej australijskiej piosenki folkowej i różnych australijskich roślin. Myślę, że to przyjemne być dumnym z tego, skąd pochodzisz, ale to nie zwykłe, prostolinijne uczucie w stylu Aussie Aussie Aussie, bo teraz każdy chciałby być z Ameryki.

Reklama

Naprawdę?
Nie wiem, czy zauważyłeś, ale obecnie trwa masywna globalizacja amerykańskiej kultury na całym świecie. I z wielu względów to jest piękne, bo powstają szalone hybrydy kulturowe, jak na przykład mongolski hip-hop, wiesz…

Czy tak rzeczywiście się dzieje?
Zdecydowanie.

Czy w takim razie globalizacja amerykańskiej kultury jest również odczuwalna w Australii?
Zdecydowanie. Zawsze była. Nawet bardziej niż obecnie. W radio większość kawałków to amerykański pop. Hendrix na przykład musiał przeprowadzić się do Londynu, odwalić tam całą robotę, by powracając mieć w sobie pierwiastek egzotyczności. Myślę, że to, że jesteśmy z Australii, pomimo że współcześnie istnieje wiele świetnych kapel soulowych, czyni naszą historię wyjątkową i przyciąga uwagę innych. To coś w stylu "dlaczego ich brzmienie jest tak głęboko osadzone w soulu, skoro to czwórka białych ludzi z Australii?". Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, gdzie kultura nieustannie wchodzi w interakcje i tworzy różne hybrydy – i jest w tym coś pięknego. Naprawdę to lubię, kocham łączyć wiele różnych stylów, ale miło jest też mieć u podstaw cząstkę własnej tożsamości, wynikającą z tego, skąd pochodzisz. I tak na przykład Björk tworzy wokół siebie swój własny muzyczny wszechświat, ale ma w sobie również silną islandzką manierę, co jest naprawdę cool.

Czego, poza Björk najczęściej ostatnio słuchacie? Wszyscy jesteście fanami soulu?
To moje clue - być kategoryzowanym jako soul i R&B, kiedy wiele z twoich inspiracji wykracza poza te gatunki. Właściwie to, czego słucham to muzyka z Sahary - to coś naprawdę pierwotnego, ale jednocześnie bardzo inteligentnego w swojej surowości. Jest taka wokalistka Mariem Hassam. Jest nomadem, więc nie wiem dokładnie, skąd pochodzi, ale na pewno mieści się w obrębie Sahary. Dużo ludzi na Saharze prowadzi właśnie taki tryb życia. A ona jest bardziej surowa, niż jakikolwiek, nawet najwcześniejszy blues - Son House i inne. Lubię też bardzo dużo innej muzyki, ale Sahara ma w sobie to coś - surową ekspresję ludzkiej duszy. Bez żadnych trików. Bez dymów i luster. Jest bezpośrednia i piekielnie inteligentna. I płynąca prosto z duszy.

Reklama

Byłaś tam kiedyś?
Nie byłam, chociaż od zawsze chciałam. Nawet jako mała dziewczynka, byłam zafascynowana muzyką z Mali. Czuję, że to miejsce, z którego pochodzi cała muzyka tego świata. To jest to. Naprawdę nie słucham najnowszych rzeczy.

Jaka jest twoja wymarzona kolaboracja?
Nie wiem, chociaż bardzo chciałabym pracować z Toumani Diabaté, który jest chyba 71. pokoleniem Malijczyków grających na korze…

A dla tych, którzy nie wiedzą, co to kora…
Kora to afrykańska harfa. I pra, pra, pra, pra pra pradziadek Toumaniego setki lat temu grał na tym instrumencie, a melodie, które ułożył były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Syn Toumaniego jest 72. pokoleniem. To właśnie to, co najbardziej porusza mnie, jako człowieka, jako artystę - ta nienaruszona nić łącząca nas z praprzodkami, możliwość łączenia jej z muzyką bliższą współczesności. Mulatu Astatke to kompozytor jazzowy z Etiopii, który napisał utwór do Broken Flowers z Billem Murrayem. I za to pamięta go zachodni świat. Jest pionierem grania muzyki tradycjonalnej w nietradycjonalny sposób, a ja uwielbiam, kiedy te dwa światy się ze sobą łączą. Wtedy czujesz energię czegoś ponadczasowego i potężnego w zupełnie nowej otoczce.

Pracujecie nad czymś nowym?
Zrobiliśmy remix Milesa Davisa (film biograficzny Miles Ahead), który niedługo się ukaże. Masa genialnych artystów przygotowała też swoje, naprawdę świetne remixy Milesa.

Którego utworu?
Naprawdę nie mogę ci powiedzieć. Nad całością czuwał Robert Glasper. To niesamowity projekt. Ojciec partnera mojej cioci, która studiowała klasyczny taniec indyjski, ma 73 lata i od wielu lat gra na tradycyjnym indyjskim flecie. Jego muzyka pojawia się we wszystkich starszych filmach z Bollywood. To starszy człowiek, który teraz nie robi już kompletnie nic. Kiedy pracowaliśmy nad remixem wybrał się akurat z Indii w nasze rejony. I zadzwoniła do mnie ciocia: "On się nudzi i bardzo chciałby poznać jakichś muzyków. Czy mógłby się z wami pobujać przez jeden dzień?". Więc porwałam go do studia. I w efekcie, w pracach nad remixem Milesa Davisa pomógł nam 73-latek grający na klasycznym indyjskim flecie. To piękne - tworzy etos zespołu - zamiast próbować odtworzyć coś, co znajduje się zaraz obok, zwróciliśmy się do samych źródeł.

Pat Shahabian to najbardziej szalony członek ekipy VICE News. Nie ma Twittera.

Tłumaczenie Miłosz Karbowski