Reklama
Ludzie z cienia

Marcin "Tytus" Grabski - Asfalt Records: Nie będę płakał po telewizji

Zapraszamy do rozmowy z jedną z twarzy polskiego hip-hopu.

tekst Andrzej Cała i Miłosz Karbowski
16 Marzec 2016, 10:45am

Wszystkie zdjęcia Karol Grygoruk

Muzyka, jak każda inna gałąź przemysłu, ma to do siebie, że pomysł gdzieś z tyłu głowy artysty dzieli od gotowego produktu stosunkowo długa droga. Teraz zastanów się, ile razy pomyślałeś o wszystkich osobach zaangażowanych w proces powstawania muzyki: producentach, menadżerach, bukerach. Oni wszyscy dbają o to, żebyś mógł pójść do sklepu, wziąć z półki płytę, a po jej przesłuchaniu, kiedy stwierdzisz, że z chęcią zobaczyłbyś ten zespół live - żeby koncerty trafiły tam, gdzie jest na nie potrzeba. Zbyt często się o nich zapomina, więc my postanowiliśmy z nimi porozmawiać. Oto Ludzie z cienia - niezastąpieni, choć dla wielu niewidoczni.

Marcin "Tytus" Grabski założył wytwórnię Asfalt Records osiemnaście lat temu. Od tego czasu, po części właśnie dzięki niemu, mieliśmy szansę usłyszeć o takich artystach jak Fisz, Łona, czy O.S.T.R. Obecnie pod jego pieczą do głosu dochodzi nowe pokolenie niezwykle uzdolnionych artystów: Taco Hemingway, Rasmentalism i Adi Nowak. Rozwinięciem działalności wytwórni okazał się sklep Asfalt Shop, który zaczyna żyć odrębnym, własnym życiem, oferując albumy nie tylko wydawane poza Asfaltem, ale również płyty spoza hip-hopu. Korzystając z chwili wytchnienia po intensywnej pracy związanej z premierą albumu Ostrego, postanowiliśmy porozmawiać z Tytusem o życiu, hip-hopie i recepcie na sukces.

Czytaj wywiad poniżej.

Noisey: Gorący okres chyba u ciebie - jak zwykle w lutym przychodzi płyta Ostrego i masz mnóstwo biegania. Mijają też trzy miesiące od otwarcia stacjonarnego sklepu stacjonarnego i tak naprawdę powoli zbliżamy się do 20-lecia Asfalt Records. Myślisz już o tym jakoś?
Tytus: Nie, nie myślę o tym jeszcze. Za to dziś zostały ogłoszone nominacje do Fryderyków i Asfalt pierwszy raz ma dwie nominacje z pięciu i to jest miłe i śmieszne jednocześnie. Ciekawe jest też to, jak do niedawna Fryderyki były deprecjonowane przez muzyków hiphopowych - nie uciekając daleko, nawet przez naszego Adama, słynnym tekstem. Właściwie nie tylko Adam, ale większość artystów podchodziła do nich ze sporym dystansem, a w zeszłym roku na gali Fryderyków wyczuwałem już napięcie w kategorii hip-hop, w której wygrał Adam. Zastanawiam się więc, jak w tym roku się to potoczy - mam dwa razy większe szanse na wygłoszenie przemówienia z podziękowaniem dla Akademii (śmiech).

To wszystko rozwija się na twoich oczach. Kiedy tak naprawdę powstała Enigma? To był 97?
W 1997 zacząłem się wokół tego wszystkiego kręcić, więc to mógł być właśnie ten rok. Ewentualnie 1998, chociaż pod koniec 1998 powstało już tak naprawdę Asfalt Records i wyszła płyta OMP - to było na jesieni. Powoli tracę już poczucie czasu i nie pamiętam, jaki okres upłynął od momentu, kiedy przesiadłem się z dziennikarskiego stołka na zawodowy. W każdym razie na pewno trochę czasu już upłynęło, i nie tylko ja w ostatnim czasie zorientowałem się, że polski hip-hop już nie jest ciekawostką, ani czymś nowym i już niedługo będzie miał tyle lat, co kiedyś punk rock, z którego wtedy żartowało się, że ma już 20-25 lat.

Skąd w ogóle wziął się u ciebie pomysł na hip-hop? W okresie, kiedy Asfalt wchodził na rynek, nie był to gatunek jakoś przesadnie wyeksploatowany, więc istniało pewne ryzyko. Co zadecydowało w twoim przypadku o wejściu w tę działkę?
To nie było owocem jakiejś konkretnej decyzji, czy przemyśleń i kalkulacji, szczególnie jeśli chodzi o wytwórnię. Generalnie jeśli rozpoczyna się jakieś przedsięwzięcie, czy zakłada się przedsiębiorstwo, to jakoś stara się ocenić swoje szanse rynkowe w zależności od poniesionych nakładów. Natomiast tutaj w ogóle to nie była decyzja tego charakteru - zrobiłem po prostu to, co bardzo lubiłem. Równie dobrze mógłbym więc załapać się na falę popularności hip-hopu, jak też trafić na moment, kiedy jeszcze nikt się tym nie zajmował, a przynajmniej nie tyle osób, co teraz. Strona internetowa o hip-hopie była wówczas połączeniem moich dwóch na ten moment największych pasji. Bo miałem też na przestrzeni lat różne inne pasje. Kiedy miałem 10 lat byłem fanatykiem akwarystyki, potem zbierałem znaczki i tak dalej, aż w pewnym momencie pojawił się hip-hop. Wyjątkowo, jak na Warszawę, bez wątku sportowo - deskorolkowego. (śmiech) Bo w Warszawie większość łączyła te dwie dziedziny. Nawet DJ Volt, który nie jeździł na desce bujał się ze skejtowcami i przychodził w okolice Dworca Centralnego, bo to był pierwszy taki spot. Wszystko kręciło się wtedy wokół deski, a ja nie potrafiłem na niej jeździć. Zresztą w ogóle mam niewiele wspólnego ze sportem, ale jakoś się, jak widać, załapałem do tego hiphopowego tygla.

Przez Asfalt przewinęło się kilka ikon polskiego hip-hopu - to był Łona, Fisz, oczywiście O.S.T.R., teraz jest Taco, którego wiele osób rozpatruje w kategoriach artystów, którzy robią totalny boom na tę muzykę. Są też Rasmentalism, którzy trafili na grupę świadomych odbiorców, a to też u ciebie jest bardzo ważne. Czy da się wyuczyć nosa do wyłapywania takich osobowości?
Wiesz co, trudno mi to oceniać, bo mówimy o rzeczach, które trudno udowodnić i przeanalizować w naukowy sposób. Tak jak wiele osób, kieruję się intuicją. I nie przesadzajmy też, bo o ile w przypadku Fisza i Ostrego można traktować ich, jako artystów, których odkryłem i wypromowałem, tak w przypadku Taco Hemingwaya to była sytuacja, kiedy pojawiło się chyba sześć ofert z różnych wytwórni, także miał w czym przebierać. Natomiast faktem jest, że kiedy pierwszy raz posłuchałem tego materiału, to on nie był jeszcze tak znany...

Tak, pamiętam, jak wrzucałeś go u siebie na tablicy, kiedy miał mniej niż dwa tysiące fanów na Facebooku. Mnie ten temat szczególnie trafił, bo chwilę wcześniej widziałem plakaty reklamujące jego występ w Towarzyskiej, gdzie wchodzi przecież maksymalnie 40-50 osób...
Potem jeszcze grał w Kulturalnej i dał szalony koncert w Powiślu. Grał też w barze nad Wisłą i to był już koncert, kiedy zdobywał popularność, więc tam było od cholery ludzi, nie wszyscy się zmieścili na deskach tego lokalu, więc część stała na bulwarze, nagłośnienie żadne, bo to było nagłośnienie barowe, więc sprzętowo tam nic się nie zgadzało. Stałem na tym koncercie w pierwszym rzędzie i dobrze się bawiłem, natomiast to był taki moment, kiedy powiedziałem Filipowi, żeby więcej takich koncertów nie grał, bo już nie może sobie na to pozwolić (śmiech). To jest taki moment, kiedy jechałeś maluchem, a nagle już pędzisz pendolino - chodzi mi o to, że już w tym czasie powinien rozglądać się za koncertami i klubami, o których nie marzył jeszcze miesiąc temu. Więc od artysty, który był swego rodzaju ciekawostką i można go było zobaczyć w różnych miejscach, najczęściej za darmo, w ciągu dwóch miesięcy stał się artystą poszukiwanym przez organizatorów koncertów.


Właśnie, bo to jest też 20 lat, kiedy zajmujesz się swoimi artystami od strony koncertowej. Czy ten hajp, jaki teraz powstał wokół Taco możesz jakoś odnieść na przykład do historii Ostrego?
Moim zdaniem było znacznie trudniej - nie tylko Ostremu, ale też innym artystom, nawet takim artystom, którzy mieli wówczas tak mocny start jak Tede, Molesta, czy Peja. W tamtych czasach po pierwsze promować muzykę hiphopową było bardzo trudno, bo nie było internetu, a nawet jeśli był, to nie miał zbyt dużego zasięgu, nie miał charakteru masowego. Ludzie, którzy kiedyś czytali Enigmę, dziś są dziennikarzami, korespondentami różnych redakcji, natomiast nie było takiego zasięgu, jaki dziś mają portale hiphopowe, czy przed wszystkim Facebook. Promocja była utrudniona - byliśmy skazani na stacje telewizyjne i radiowe. Poza tym fanów hip-hopu było mało, więc wszyscy ci artyści, którzy wówczas próbowali coś zrobić, musieli się jakoś podzielić tą małą garstką fanów. Ta garstka oczywiście się powiększała i dzisiaj jest armią. Wiadomo, że trudniej trafić do tarczy, która ma 10 centymetrów średnicy, a łatwiej do tarczy, która ma rozmiar metra.

I ja na przykład porównuję Taco nie do Ostrego, tylko do Fisza, który miał bardzo podobny początek, jeśli chodzi o dotarcie. Ale widać teraz na przykładzie Taco i Fisza, jak zmieniły się czasy, bo Fisz z tym tak zwanym "inteligentnym", miękkim hip-hopem trochę jednak trafiał w próżnię. To nie była wrażliwość i estetyka tych typowych hiphopowców i stąd brały się wszystkie te subtelne nieprzyjemności, jakie go spotykały. Natomiast dzisiaj, po pierwsze, Taco ze swoim rapowaniem trafia w ogóle nie tylko do fanów hip-hopu. Ludzie, którzy wówczas słuchali Fisza dziś w ogóle nie są w żadnej subkulturze, tylko mają własne bary, są żołnierzami, czy pracują w biurach, ale pamiętają o hip-hopie i oni właśnie słuchają Taco, bo rap ich nie odstrasza i kojarzy im się z młodością. Wiedzą co to jest hip-hop i znają zespoły polskie i zagraniczne. W latach 90, czy 2000 tego nie było, bo znajomość tej muzyki była elitarna, to była bardzo wąska grupa ludzi. Po drugie, Taco trafia o tyle lepiej, że w ogóle pojawiła się taka klasa ludzi, którzy słuchają hip-hopu, a nie są hiphopowcami - mają bardzo dobre pojęcie o tym, co się dzieje, znają Kendricka Lamara....

Kojarzą Skinnera ze starych rzeczy...
Tak, albo słuchają grime'ów i poza tym nie mają nic wspólnego z hip-hopem - ani się tak nie ubierają, ani nie mają takich kolegów, a hip-hop nie jest dla nich żadnym tematem rozmów. Tak jak wszyscy jedzą, ale nie każdy fotografuje jedzenie i wymienia się informacjami o restauracjach, tak samo oni słuchają hip-hopu, ale nie budzi to w nich takich emocji. Taco trafia także do takich osób. Tych ludzi kiedyś nie było, bo kiedyś, jak ktoś już słuchał hip-hopu, to już był w to mocno wkręcony. Więc o tyle łatwiej jest dziś nowym artystom, bo mają znacznie większy target, więcej ludzi, do których mogą trafić, przez co ta treść muzyczna może być różna, bo jest różnorodność ludzi, którzy mają różne gusty.

Co do Taco, to zauważyłem, także po swoich znajomych, że po jego muzykę sięgają ludzie, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z hip-hopem. Myślisz, że można to traktować w kategoriach nowego otwarcia?
Nie, to trzeba traktować w kategorii czegoś, co jest dość specyficzne i jest zasługą Taco. To polega na tym, że on ma tak ciekawą treść i tak ciekawy pomysł na siebie, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy rapuje, czy śpiewa. Ta treść to naprawdę duży wkład Filipa w kulturę hiphopową . Zresztą na tym polega też jego sukces - ma jeden oręż, ale bardzo mocny. Ten pomysł na siebie, na swój styl, na treść sprawił, że zaistniał nie tylko poza hip-hopem, ale też w samym hip-hopie - przez to, że tak bardzo się różni. Dla ludzi spoza hip-hopu on w ogóle jest ciekawy, a dla ludzi z hip-hopu bardzo się odróżnia od reszty sceny. Ludzie zmęczeni nadpodażą, jaka jest w polskim hip-hopie rzucili się na kogoś, kto będąc jednocześnie tysięcznym raperem, czy wydając setną płytę w Polsce, jednocześnie jest tak bardzo oryginalny i tak bardzo ciekawy. Stąd ludzie, którzy analizują jego technikę i denerwują się, że on nie jest raperem, albo jest słabym raperem już na starcie mijają się z tematem, bo to w ogóle nie o to chodzi. Popularność muzyków w Polsce i na świecie nie opiera się o ich możliwości techniczne - nigdy tak nie było i nigdy tak nie będzie. Van Halen, gdzie grał najlepszy technicznie gitarzysta świata nie było najpopularniejszym zespołem na świecie. I tak samo jest z rapem. Jeżeli w ogóle ktoś będzie próbował oceniać raperów kryteriami sportowymi, to na pewno tak nie będą ich oceniać słuchacze, którzy po prostu idą za czymś, co jest dla nich interesujące.

Z jednej strony mówisz, że teraz łatwiej jest się przebić, natomiast sam stwierdziłeś też, że ten tort co prawda jest większy, ale też chętnych do jego podziału jest na tyle dużo, że w pewnym momencie stanie się coś, co pojawiało się w amerykańskich tekstach już w latach 90. - że będzie więcej rapujących, niż słuchaczy. Nie masz wrażenia, że u nas też w pewnym momencie ta nadpodaż stała się aż dramatyczna?
Oczywiście, że jest dramatyczna, tylko powstaje proste pytanie, co możesz z tym zrobić - nic nie zrobisz. To jest tak samo, jak z internetem - wszystko ma swoje wady i zalety. I ja w ostatecznym rozrachunku wybieram te czasy. Pamiętam czasy, kiedy nie piraciło się płyt w sposób cyfrowy, tylko analogowy. Pamiętam też tamtą sprzedaż, jak się sprzedawały płyty i kasety, a mimo to nie zamieniłbym za cholerę tamtych czasów z obecnymi. Nie chcę powrotu tamtych czasów.

Może dlatego, że bilans jednak wychodzi in plus na rzecz obecnych czasów...
Raczej tak, chociaż to też zależy, bo każda wytwórnia inaczej to sobie liczy. Ja sobie to chwalę, Ostry też. Powstaje pytanie, jak sprzedawałby się O.S.T.R. gdyby nie internet. Sprzedawalibyśmy 300 tysięcy płyt? Może... A może nie, może w ogóle nie przebilibyśmy się do ludzi. Może już byśmy dawno osiwieli z Adamem, bo musielibyśmy całować klamki stacji telewizyjnych i radiowych. Może musielibyśmy iść na kompromisy, które za dużo by nas kosztowały. A tak nie musieliśmy iść na żadne kompromisy. Stworzyliśmy wszystko sami: własną wytwórnię, własny sklep, nawet mamy własne radio internetowe. Więc jeżeli ktoś zapyta, gdzie można nas usłyszeć, to w każdej chwili mogę podać adres internetowy. Tak samo jest z podażą - jest zbyt duża, ale z drugiej strony, co z tego? Słuchacz i tak wybierze jeden zespół, niezależnie czy będzie miał do wyboru dziesięć, czy sto. Można za to powiedzieć, że konkurencja obecnie jest zdrowsza, bo w tamtych czasach, co da się zauważyć jeszcze teraz, cześć zespołów była lansowana na siłę. W internecie tego nie ma.

Czy w takim razie telewizja stanowi dla ciebie jakikolwiek punkt odniesienia?
Tylko taki, że patrzę z satysfakcją, jak ginie, stopniowo odchodzi i kibicuję temu zjawisku. Chociaż jestem w tym nieobiektywny, bo kibicuje temu zjawisku z przyczyn finansowych - chodzi o rynek reklamowy w Polsce. Jestem co prawda małym trybikiem w ogromnej machinie, ale w moim interesie jest, żeby budżety reklamowe przesuwały się z telewizji do internetu, co ma miejsce na świecie i od jakiegoś czasu zaczyna się też dziać w Polsce. I czym bardziej te budżety będą przesuwały się do internetu, tym lepiej między innymi dla mnie. Ale też dla wszystkich innych wytwórni hiphopowych i w ogóle twórców kontentu w internecie - chodzi tu o cały YouTube, portale internetowe - nie tylko muzyczne, blogerów politycznych, blogi kulinarne i tak dalej. Obecnie telewizja nam to zabiera, bo im więcej jest reklam w telewizji, tym mniej jest ich w internecie. A im mniej jest reklam w internecie, tym my mniej zarabiamy. A jeśli telewizja zginie, to te pieniądze gdzieś pójdą, przede wszystkim skierują się do internetu.

Telewizja ma to do siebie, że tworzy własną rzeczywistość. Telewizja nie opisuje rzeczywistości, bo jest tak silnym i kosztownym medium, że nie ma w niej miejsca na opisywanie rzeczywistości. Wszystko powstaje tu pod pomysły i pod budżety producentów. Cała telewizja obliczona jest na długofalowy zysk jej inwestorów i właścicieli. W wytwórniach muzycznych natomiast jest tak, że pieniądze są potrzebne i się obracają, ale oprócz dodatniego bilansu ważna jest też kwestia artystyczna i muzyczna, przynajmniej w wytwórniach niezależnych. W telewizji pieniądze są środkiem i celem jednocześnie. Jeżeli muzyka pojawia się w telewizji, to nie dlatego, że ktoś chce coś po prostu przedstawić, albo wypromować, ale dlatego, że to część całego planu finansowego. Wymyśla się artystów po to, żeby móc o nich robić programy, a następnie móc ich sprzedać do reklamy. Stad widać, że drogi niezależnych wytwórni muzycznych i telewizji się rozmijają. Zawsze, kiedy próbują się one skrzyżować, to dochodzi do mniejszej lub większej katastrofy. Dlatego nie będę płakał po telewizji, bo patrząc na względy estetyczne, nie mam z nią nic wspólnego, ale też myśląc subiektywnie, zależy mi na tym ze względów finansowych.

Teraz powstaje telewizja hiphopowa, które kibicuję, chociaż w tym momencie zaprzeczam temu, co mówiłem przed sekundą. Uważam jednak, że przed inwestorami tej telewizji jest bardzo duże i trudne wyzwanie. Więc kibicuję im, bo uważam, że mają przed sobą naprawdę ciężką pracę, jeśli chcą stworzyć aktywnie działający kanał telewizyjny poświęcony tylko muzyce hiphopowej.

A jak sprzedać kontent w internecie w sytuacji, kiedy większość użytkowników reaguje alergicznie na teksty dłuższe niż dwa akapity, a właściwie każdy może wykupić reklamę na Facebooku i się odpowiednio wypromować?
Właśnie okazuje się, że każdy może wykupić, ale każdy nie wykupuje. Nadal spotykam się z opiniami, że ktoś jest oburzony, że trzeba płacić za reklamę na Facebooku, tymczasem to jest normalne. W tej ogromnej nadpodaży informacji musi istnieć jakieś kryterium wyboru. Jakie? Najprostsze na świecie - pieniądz. I w ten sposób sami nadawcy decydują, jak ważne są te treści. Już nie będziesz zamęczał ludzi jakimiś pierdolętami, jeśli masz za nie zapłacić 50 złotych. A z drugiej strony, jeżeli zarabiasz na czymś, to dlaczego w to nie zainwestować? Tym bardziej, że reklama na Facebooku nie jest aż tak kosztowna. Chodzi po prostu o to, żebyś pokazał jakiś minimalny effort...

Facebook pozwala też na coś, czego nie daje telewizja, ani radio. Możesz skierować reklamę do odbiorcy, do którego chcesz ją skierować.
Oczywiście. I Facebook chce zobaczyć, że ty nie spamujesz, nie sypiesz informacjami co 15 minut i liczysz na to, że któraś załapie, tylko rzeczywiście masz coś ważnego do przekazania. I to też się zmieniło, bo na początku Facebook oceniał wartość postów na podstawie częstotliwości wrzucania. Pojawiła się więc taka polityka, żeby bardzo mało wrzucać na Facebooka, a dzięki temu będzie się miało lepsze dotarcie - nieprawda (śmiech). Tu chodzi o coś innego - znowu o pieniądz. Jeżeli zapłacisz za dotarcie, to znaczy, że to jest coś ważnego i to przekazuje. I moim zdaniem to jest okej.

Dla nas jednak internet, to nie jest tylko Facebook i YouTube, które nawzajem się uzupełniają. Przede wszystkim mamy swoją stronę asfalt.pl, która wbrew pozorom, mimo słabnącego zainteresowania stronami internetowymi, jest bardzo często odwiedzana. Staramy się wychodzić poza Facebooka, bo mamy tę świadomość, że w każdej chwili może go nie być. Za tydzień mogą go zamknąć z byle powodu, albo zmienić zasady, czy cokolwiek innego, co sprawi, że ludzie z niego odpłyną. Siła Facebooka polega na tym, że bardzo dużo ludzi na całym świecie założyło konta i codziennie tam zagląda. I tak długo jak będą na nim ludzie, tak jest sens dla wytwórni, żeby tam istnieć.

Wracając do tematu wytwórni, to żałujesz odejścia któregoś z artystów?
Tak, oczywiście, że żałuję i akurat przed Fiszem drzwi cały czas są otwarte i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do nas wróci.

Czyli jesteś już mniej apodyktyczny i lepiej się dogadacie w niektórych sprawach?
Fisz powiedział w wywiadzie, że moja apodyktyczność była walorem (śmiech). Może to nie tyle apodyktyczność, co kategoryczność. Nie chciałbym być w wytwórni, której szef nie ma zdania, albo nie potrafi go jednoznacznie wyrazić.

Nie uważasz, że to właśnie jest największym atutem Asfalt Records - rozpoznawalność po brzmieniu? Bo zdaje się, że jest wielu artystów, których zapewne nie wpuściłbyś do Asfaltu, bo nie pasują do linii, którą obrałeś. W odróżnieniu od na przykład Stoprocent, czy Wielkiego Joł, które są bardziej koleżeńskie, Prosto, które w pewnym momencie wyszło poza swój krąg koleżeński, to u ciebie jest to chyba kwestia czysto gustu, a nie podejścia, czy coś może się lepiej lub gorzej sprzedać?
Oczywiście, jak najbardziej, tak jest od zawsze. To nie jest jednak takie proste. To nie jest kwestia mojej decyzji, że zrobiłem taką właśnie ideę fix. Asfalt Records ma swój profil, tak samo jak swój profil ma Prosto i nie jest dobrym pomysłem, żeby poza ten profil wychodzić. Nawet gdyby teraz nagle mi się odmieniło, gdyby pręt przebił mi głowę, przeżyłbym, ale zmieniłaby mi się osobowość i zainteresował się inną muzyką, to pogrążyłbym Asfalt Records. Chodzi tu o przyzwyczajenia odbiorcy. Są odbiorcy przyzwyczajeni do wytwórni i to jest siła, a z drugiej strony też poniekąd ograniczenie tej wytwórni. Każdy ma swoją grupę odbiorców i ma swój profil. Tak jest w Polsce, bo na świecie ta tolerancja jest nieco większa. To jest tak, jak z polityką - jest albo prawica, albo lewica, albo jesteś katotalibem, albo niemieckim szpiegiem - nie ma odcieni szarości. Tak samo jest w muzyce. Jak ktoś sobie wbił, że słucha ambitnego hip-hopu, to dla niego Pharrell Williams jest już nie do zaakceptowania. A moja kwestia gustu ma też przełożenie rynkowe.


Myślisz w takim razie, że wychowałeś sobie jakąś grupę odbiorców, którzy odwiedzają teraz Asfalt Shop?
Myślę, że Asfalt Shop zyskuje przede wszystkim przez swoją ofertę płytową. Promocji sklepu mogło rzeczywiście pomóc to, że ludzie kojarzyli tę nazwę też z wytwórnią. Ale gdyby tam nie było fajnej oferty, to nie udałoby nam się funkcjonować na dłuższą metę tylko na skojarzeniu z wytwórnią. Zaczynałem co prawda Asfalt Shop, jako sklep zakładowy, który miał w ofercie płyty tylko Asfalt Records. Natomiast importy, które kiedyś były tylko dodatkiem, potem połową, a teraz są zdecydowaną większością oferty, budował już sam Pytek. Rzeczywiście, gdybyśmy stworzyli gdzieś taki sklep i nazwali go sklepzplytami.pl, to ten start byłby inny, niż kiedy oparliśmy to o wytwórnię. Ale też ludzie kupują w sklepie po prostu ze względu na szeroki wybór płyt. I tych ludzi, którzy przychodzą do Asfalt Shopu nie wiedząc w ogóle co to jest Asfalt Records jest coraz więcej, chociażby dlatego, że mamy też klientów z zagranicy, którzy kupują płyty przez internet. Świat stał się mały. Teraz możemy kupować płyty gdziekolwiek chcemy, co kiedyś było utrudnione zarówno prawnie, finansowo, jak i logistycznie. Więc można powiedzieć, że Asfalt Shop powoli odrywa się od wytwórni i staje się niezależną samopromującą się jednostką.

W jakim stopniu artyści uważani za filary, ikony Asfaltu, jak Łona i O.S.T.R. definiują to, czym jest wytwórnia?
Nie jest tak, że tylko Ostry i Łona definiują Asfalt, bo na pewno należy tu wymienić Fisza, który bardzo długo jako jedyny definiował Asfalt Records. Z całym szacunkiem dla Łony i Webera, byli to wówczas artyści mniej popularni od Fisza. A Fisz w pewnym momencie, szczególnie w Warszawie i szczególnie wśród osób, które dziś nazywa się trendsetterami był bardzo popularny i to on definiował Asfalt Records. Do pewnego momentu popularność Ostrego i Fisza szła łeb w łeb. Ostry też był artystą trafiającym kiedyś do trochę innego słuchacza. Płytami "Masz to jak w banku" i "Tabasko" trafiał do "przeciętnych" słuchaczy hip-hopu, natomiast Fisz trafiał do tak zwanych "studenciaków". Po pewnym czasie to się zmieniło, szczególnie po płytach jazzowych, jak "Jazzurekcja", czy "Jazz w wolnych chwilach" i potem po płytach dojrzałych, skierowanych do wymagającego słuchacza ("Tylko dla dorosłych") aż do ostatnich dwóch albumów. Przy czym to Adam sam zaczął adresować swoją muzykę do tych właśnie grup, nadal zatrzymując fanów z lat początkowych. Natomiast Fisz na początku działalności wytwórni był naszym znakiem towarowym.

A w jaki sposób działa to w drugą stronę? Na ile twoja wizja wpływa lub wpłynęła na to, jakimi oni są artystami?
Myślę, że to jest pewien rodzaj synergii. Ja szukam tych artystów, a kiedy ich znajduję, to oni robią resztę, dopełniając portret wytwórni swoją twórczością. Fajnie jeśli oni potem kotłują się między sobą, jak Emade z płyty "POE", co jest hiper asfaltowe - producent Fisza i Ostry na mikrofonie - to mega definiuje Asfalt. Teraz podobnie jest w przypadku Adi Nowaka, bo okazało się, że jest fanem Meek Oh Why'a, który ma chyba 500 osób na Facebooku, więc póki co nie ma mowy o sporej popularności, a już jest jego fan, który w dodatku podpisał kontrakt z Asfalt Records. Okazuje się więc, że ten wspólny gust cały czas się przewija. Obaj startują niemal jednocześnie, są z różnych miast, nie znają siebie nawzajem, a okazuje się, że może dochodzić między nimi do synergii.

Z wieloma artystami łączą cię przecież relacje dość przyjacielskie...
W ogóle moje relacje z artystami są osobiste. Ostatnio tak naprawdę do mnie dotarło, że wielu artystów wydaje w Asfalt Records nie tylko dla Asfalt Records, ale też ze względu na moją osobę. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało. Mam na myśli, że nie chodzi tu tylko o pieniądze, jakie jest w stanie zapewnić im Asfalt Records, czy kwestię promocji, ale też o relację ze mną. Wszystkie główne sprawy wytwórni załatwiane są ze mną i mam wrażenie, że ci artyści, z którymi podpisaliśmy kontrakt, od Ostrego począwszy, na Adim Nowaku skończywszy, przez Taco i Rasmentalism, podjęli decyzję, że jeśli mają komuś oddać de facto swoje muzyczne losy, to zaufali mnie. Bo udana płyta zepsuta przez wytwórnię, to stracona szansa życiowa,. Wiadomo, że z jednymi się przyjaźnię, tak jak z Ostrym, z innymi te relacje są rzadsze, ale zawsze musi być jakaś nić interpersonalna. Nie wiem, jak wygląda to w innych wytwórniach, ale zawsze polega to też na wspólnym piciu, zakolegowywaniu się. Wiadomo, w majorsach to tak nie wygląda, bo tam kontaktujesz się z wieloma różnymi ludźmi, którzy dla nich pracują i najczęściej wychodzą z pracy o 17. Natomiast w wytwórniach niezależnych, szczególnie hiphopowych musi istnieć osobista relacja.

Nie da się ukryć, że część biznesu w hip-hopie stanowią od jakiegoś czasu ciuchy, czyli szeroko pojęta branża tekstylna. Myślisz, że nadejdzie dzień, w którym zdecyduje się na to również Asfalt Records?
Absolutnie nie mam nic przeciwko ubraniom i nie twierdzę, że branża tekstylna jest gorsza od branży muzycznej, tylko po prostu jest inna. Wbrew pozorom to tak zwane "sprzedawanie ciuchów" to nie jest prosta sprawa. To nie jest tak, że firma, która sprzedaje dużo ubrań, a nie sprzedaje płyt poszła na łatwiznę, bo nie jest łatwo sprzedawać ubrania. Trzeba się na tym znać tak samo, jak na sprzedawaniu płyt. Więc jeżeli ktoś sprzedaje więcej ciuchów niż płyt, to gratuluję. Może zmienił trochę branżę, ale robi nadal to, co lubi i zarabia pieniądze. Jeżeli te pieniądze potem wkłada w płyty, to w ogóle rewelacja. Natomiast ja nie powiem, że myślimy, bo to od razu sugeruje, że zaraz startujemy z jakimś projektem, ale nie wykluczamy tego. Jednak na pewno jeśli będziemy myśleli o marce odzieżowej, to na zasadzie zupełnie odrębnego interesu i naprawdę dużej skali, a nie żeby podpiąć coś pod płyty, bo to jest bez sensu.

Bardzo trudno jest wypromować markę i ją dobrze sprzedawać. To widać po Prosto. Wielkość tego przedsięwzięcia pod względem finansowym i logistycznym to jest olbrzym - to kosztowało bardzo dużo pracy, nerwów, doświadczenia, wymagało dużego nakładu pieniędzy i trochę szczęścia, jak wszystko w życiu. To nie jest takie proste. Nie wiem nawet, czy nie trudniejsze od sprzedaży płyt. Bo rolą wytwórni, co często powtarzam, jest niezmarnowanie szansy, jaką daje artyście dobry materiał. Szef wytwórni, czy menadżer nie stworzy sukcesu sam z siebie. On musi mieć materiał, który ludzie polubią. Natomiast on powinien umożliwić i ułatwić ten sukces. Więc à rebours może też spowodować, że ta okazja zostanie zmarnowana, może ją zaprzepaścić. W branży tekstylnej oczekuje się znacznie więcej kreatywności od kadry zarządzającej Na ludziach tworzących markę odzieżową ciąży znacznie większa odpowiedzialność, bo to oni muszą stworzyć własny produkt. Nikt do nich nie przyjdzie z kolekcją, a oni tylko muszą zapewnić dystrybucję i promocję. Oni muszą to wszystko wymyślić i zapewnić dobrą sprzedaż, żeby marka istniała.

I tytułem końca, masz jeszcze czas na słuchanie muzyki dla przyjemności?
W domu mało słucham płyt dla przyjemności, ale to wynika nie tyle z braku czasu, ile z tego, że mam rodzinę, dzieci i dopóki dzieci nie położą się spać, to cały dom jest w ich rękach. Natomiast staram się to połączyć i słuchać na przykład muzyki, której mogą też słuchać moje dzieci. Na przykład płytę Snoop Dogga i Pharrella Williamsa. Dzieciom mogę puścić też na przykład Daft Punk. Cały czas czekam na czasy, kiedy będę mógł puścić im Ostrego. A na ostatniej płycie chyba tylko dwa utwory są niecenzuralne. Natomiast teraz, kiedy rozpocznie się sezon wiosenno - letni, to wsiadam na rower i w drodze do i z pracy słucham non stop muzyki. No i oczywiście słucham na potęgę muzyki w pracy. Do tego stopnia, że żartujemy sobie czasem, że wyrabiamy umiejętność słuchania dwóch utworów naraz (śmiech).

A co do słuchania dla przyjemności, to też jest tak, że ta poprzeczka stale mi się podnosi, bo raz, że naprawdę wiele muzyki w życiu wysłuchałem, więc są płyty, które są bardzo dobre, ale już ich nie mogę słuchać. Są też rzeczy, których słucham, ale nie jestem w stanie się nimi zajarać tak, jak dwudziestolatek - tak jest na przykład z Kendrickiem Lamarem, J. Colem, czy Drakiem. Doceniam tych artystów i oni są fajni, tylko dla mnie to już nie jest nic nowego. Nawet nie chodzi mi o tajniki produkcji, czy brzmienia, ale o estetykę, w którą uderzają ci artyści. Te emocje, które jest w stanie wywołać u mnie teraz J Cole, czy Drake, wywoływali już wcześniej inni artyści. Nie jest tak, że to, co robi Kendrick Lamar jest dla mnie wyjebane, bo wcześniej bardzo podobnie grał Outkast - inaczej, ale w podobnej stylistyce. Podobnie było z drum'n'bassami i jazzem. Wiele osób jarało się liquidami, a nie znali jazzu. Bo gdyby znali klasykę jazzu, to podchodziliby do tego z dystansem. Też by się to im podobało, ale nie uważaliby, że to jest takie objawienie, bo znaliby źródło. Tak samo jest ze mną. Żebym ja naprawdę wkręcił się w jakąś płytę, zajarał się nią i ją katował, to musi być naprawdę arcydzieło.

Tagged:
Music
Hip-Hop
Noisey
Rap
wywiad
rozmowa
rasmentalism
Łona
o.s.t.r.
asfalt
polski hip hop
asfalt records
tytus
fisz
Marcin
Marcin Grabski
Taco Hemingway
Artykuły