Quantcast
Seks, przemoc i ładne rysunki - czyli wyznania fanki komiksów spod lady.

Pamiętam z cielęcych czasów, krążący list chłopca, który wyznał na łamach prasy, że podobają mu się tylko animowane dziewczyny i że mógłby się zadawać tylko z panną z komiksu. Wszyscy robili sobie z nieszczęśnika zrozumiałe jajca, ale po namyśle dochodzę do wniosku, że gdyby ktoś mi oświadczył, że zabujał się w Valentinie z komiksów Guido Crepaxa, to nie dość, że nie byłoby żadnych dowcipasków, mogłabym wręcz kiwnąć głową z aprobatą. Ta pani z grzywką i pan, który ją narysował, zawsze byli mi bliscy. Nawet chciałam być kimś w rodzaju pana Guido: spokojnym człekiem, który ma głowę pełną zbolskich obrazków i tworzy je w dużych ilościach, a do tego są tak ładne, że nawet taka zakonnica jak ja jest nimi kompletnie zachwycona. W pewnym sensie zaczęłam iść tą drogą, bo tak jak Crepax pracowałam w agencji reklamowej, ale na tym się skończyło, z prostej przyczyny – nie umiem dobrze rysować. Dałam sobie więc spokój i postanowiłam się zawodowo gapić.

Guido Crepax (1933-2003), syn wiolonczelisty, zdolniacha, miał oczywiście więcej osiągnięć w dziedzinie reklamy, niż ja, choć grafiką komercyjną zajął się raczej przy okazji. Zanim zaczął rysować piękne panie, projektował m.in. okładki magazynu medycznego (mogłabym taki prenumerować; wątroba i śledziona narysowane przez Crepaxa to na pewno najpiękniejsza wątroba i śledziona w kosmosie) oraz, co najfajniejsze, okładki płyt w bardzo dużej ilości, wszystkie narysowane charakterystyczną, z daleka rozpoznawalną kreską. W dorobku naszego ulubionego rysownika znalazły się dzieła zebrane Beethovena, niemało jazzu i trochę przebojów prosto z włoskiej estrady. Właśnie słucham sobie albumu progrockowego zespołu Garybaldi, który nie jest koniecznie najlepszy, ale wprowadzam się w nastrój; nastrój polega na tym, że okładka jest potrójnie złożona, a po rozłożeniu ukazuje się nam gigantka bez przyodziewku, po której wspinają się szympansy i nosorożce, widujecie na co dzień takie łakocie?

Ale wracając do komiksu – Crepax po latach ilustrowania winyli i wspomagania włoskiej medycyny, postanowił wrócić do swojej ulubionej rozrywki z dzieciństwa - rysowania komiksów - i znienacka przeszedł na stronę superbohaterów. Był to krok dosyć ryzykowny, bo komiks w tamtych czasach dopiero nabierał prestiżu i pozbywał się etykietki, drukowanego na najgorszym papierze, szajsu dla półgłówków. Zwłaszcza równie popularne, co niesławne były tzw. fumetti neri, czyli rysunkowa wersja złych filmów sensacyjnych typu direct to video. Mnogość trupów przypadająca na metr kwadratowy i dość bezpardonowe porno – o to, w skrócie, w tym wszystkim chodziło. Guido Crepax tymczasem rysował prawdziwe komiksowe powieści, historie na serio, które w porównaniu do reszty znajdowały się gdzieś, powiedzmy, w stratosferze.

Pierwsza stworzona przez Crepaxa postać nosiła seksowne imię Neutron, ale on się nie liczy, albo raczej: przestał się liczyć po dwóch pierwszych odcinkach. Czemu? Jego partnerka życiowa ukradła całe show; miała grzywkę i krótko ścięte włosy (to dzięki gwieździe niemego kina, Louise Brooks, którą uwielbiał Crepax), aparat fotograficzny i mocno kwasowe marzenia. Tak zaczęła się seria o Valentinie. „Wcielenie Louise Brooks, masochistka-marzycielka, wszechmocna fotografka, najpiękniejsza androgeniczna kobieta z najlepszym tyłkiem na świecie", tak mówił o niej papcio rysownik. To ostatnie potwierdza jego kolega po fachu, Georges Wolinski: „Crepax rysuje najpiękniejsze pośladki w historii komiksu. Wiem, co mówię, bo znam się na komiksie!".

Panna Valentina Rosselli jest reporterką, która przeżywa rozmaite przygody, często z wątkiem szpiegowskim, zwykle przypominające sny na jakimś nie do końca znanym mi psychodeliku. Prowadzi życie utracjuszki, w stylu, który dostaje z miejsca pieczęć aprobaty Vice – fotografuje, szwenda się po prestiżowych biesiadach i ma mocno fantazyjne życie osobiste. Nikt z nas chyba nie może się aż takim pochwalić, chociaż może się mylę?
Niezależnie od serii o Valentinie, Crepax narysował też liczne komiksowe historie na podstawie klasyki towaru spod lady, czyli np. opowieści poczciwego wujcia De Sade. Część z nich wyszła po polsku w bardzo przyzwoitej edycji, z fajnymi efektami dźwiękowymi, jak „szłips" albo „tzlak". Wszystkich czytelników na pewno ucieszy fakt, że nie brak tam wspaniale narysowanych golasów, dla koneserów nie zabrakło również wymyślnej przemocy, ale nie o to chodzi. „Rysowałem pejcze, łańcuchy i sznury różnego rodzaju, przedstawiałem w swoich rysunkach najbardziej wymyślne perwersje, ale w rzeczywistości nie znoszę przemocy i braku szacunku dla innych. Wszystkie perypetie moich biednych dziewcząt, Valentiny, Bianki, Anity, Justyny, Emmanuelle i Madame O, nie mają nic wspólnego z psychopatologią seksualną. To wszystko ćwiczenia z obrazu, deliria, pragnienia, które biorą się z mózgu", tłumaczył się ze swoich ekscesów Guido Crepax. Coś w tym jest, bo nie jestem targetem i o wiele bliżej mi do starej, nudnej pudernicy niż do fanki odjechanej erotyki, ale od lat jestem w fanklubie pana Guido. Dlaczego? Bo to diablo dobre rysunki.

Przy okazji, Crepax twierdził też, że wcale nie lubił rysować komiksów, tylko samo wyszło. Pff!

Część 2: panie biją panów

Eric Stanton z kolei nie był nigdy moim ulubieńcem, może to dlatego, że „jestem dobry, wprost brzydzę się przemocą, doglądam karmników ze słoninką dla sikorek". Śliniąca się fanbojka była w części pierwszej, teraz coś dla zwolenników trochę innego komiksu, wszak musi być sprawiedliwie.

Rysunki Stantona słyną przede wszystkim z bardzo konkretnej tematyki: damy piękne i bezlitosne. Mają urodę pin-up girls, wydatne biusty, wąskie talie i długaśne nogi, ale żadne z nich słodkie dzierlatki. Te kobiety w opiętych sweterkach (och, to był krzyk mody) i lateksowych kombinezonach nie tracą czasu na ceregiele i każdy, kto im podpadnie, powinien liczyć się z poważnym kuku.

Mistrz rysunkowego fetyszyzmu urodził się w roku 1926 i miał za młodu przygody, jakie dzisiaj nie zdarzają się już nikomu. Służył w marynarce wojennej i tam zaczął rysować, oczywiście, rozebrane panienki na chusteczkach do nosa, które sprzedawał kolegom. Po II wojnie światowej zarabiał jako grabarz i gość rzucający nożami do striptizerek, aż wreszcie trafił do redakcji prowadzonej przez legendarnego Irvinga Klawa, króla pin-up i odkrywcy Bettie Page. Stanton zaanonsował się w sposób dość bezczelny, bowiem napisał w liście, że rysuje lepiej niż patałachy z redakcji Klawa. Oczywiście przyjęto go bez większego zastanowienia i tak nasz dzielny rysownik rozpoczął swoją karierę specjalisty od tematu „domina". Na jego koncie pojawiły się takie tytuły, jak „Madame Dyscyplina" czy „Klub Skórzanych Kozaków". W ciągu kolejnych lat zaczął tworzyć również rysunki dla biblii fetyszystów, magazynu „Exotique", którego redaktor naczelny sam był żywcem wyjęty z komiksu – fizyk atomowy zafascynowany niszową erotyką (wyobrażam sobie redakcję: rednacz siedzi w fotelu odwrócony do rozmówcy plecami, głaszcze kota, wydaje z siebie demoniczny śmiech). Przez długi czas, zgodnie z ówczesnymi trendami, Stanton rysował dziewczęta w opałach (w tym najsłynniejsza „The Sweeter Gwen") i damskie bójki, od czasu do czasu, dodając mile widziane historie z wątkiem crossdressingowym.

Jednak prawdziwie dobre czasy miały dopiero nadejść. Liczni czytelnicy pisali do swojego ulubionego rysownika z prośbą o zilustrowanie ich marzeń erotycznych i tak Eric Stanton stał się pewnego rodzaju fetyszystycznym odpowiednikiem „Napisz do Basi". Niektóre z tych historii zostały opublikowane w większych nakładach: „Wiem, że jeśli ktoś przyznaje się do jakiejś fantazji, mogą podzielać ją tysiące innych osób", opowiadał Stanton o swoich doświadczeniach jako rysownik – psychoanalityk. "Stałem się kimś w rodzaju terapeuty albo księdza". Tak powstała na przykład seria „Princkazons" o przygodach wysokich, postawnych Amazonek, które posiadają penisy i nie zawahają się ich użyć wobec jakiegokolwiek mężczyzny, który im podpadnie. Oprócz realizacji marzeń 20 tysięcy wiernych czytelników, rysownik poświęcał się pracy nad potężnym cyklem Stantoons, w którym scenariusze stanowiły jego własne pomysły, wcale nie mniej odjechane od marzeń jego korespondentów.

Wkrótce rewolucja seksualna sprawiła, że erotyka, w tym ta nietypowa, wyszła poza szemrane półświatkowe kręgi. Dzięki temu Stanton stał się modny poza niszą, a w sprzedaży pojawiły się zasłony i tapety zadrukowane w jego rysunki. Pod koniec życia doczekał się autorskiej wystawy i serii albumów wydanych przez Taschen.

„Jako młody chłopak byłem niski i dość nieśmiały", opowiadał Stanton o swoich własnych fascynacjach. „Marzyłem o silnej i władczej kobiecie, która pokaże mi, gdzie jest moje miejsce". To marzenie nieoczekiwanie się spełniło w drugim małżeństwie rysownika (pierwsza żona, raczej religijna, nie pochwalała sposobu, w jaki małżonek zarabiał na chleb) – Norweżka Britt przewyższała go wzrostem i idealnie nadawała się na potencjalną bohaterkę stantonowskiego komiksu. Tak oczywiście się stało i życie zawodowe znakomicie połączyło się z prywatnym.

Tak to właśnie bywa, drodzy Czytelnicy: zbolskie pasje chętnie i sumiennie realizują porządni obywatele, ojcowie i ludzie łagodnej natury. Tymczasem idę spać, a sny zapowiadają się na bardzo przewidywalne.

Tekst: Olga Drenda

Credits:
Fondazione Franco Fossati
Taschen