Samotność może okazać się strasznie słaba. Jesteś podatny na najczarniejsze myśli, wokół nie ma absolutnie nikogo, z kogo można by się ponabijać poza tobą samym. I przecież co najmniej połowa satysfakcji, jaką czerpiesz z różnych rzeczy bierze się właśnie z tego, że dzielisz je z innymi ludźmi. Tu co prawda możesz puszczać bąki w leśną otchłań, ale jeśli wokół ciebie nie ma twoich przyjaciół, to czy nadal jest to śmieszne?
Inni ludzie są dla nas stałym źródłem rozczarowań, więc mnóstwo materiału powstaje w przypływach odosobnienia. Justin Vernon napisał przełomowy album Bon Iver “For Emma, Forever” w domku myśliwskim swojego ojca w lasach Wisconsin podczas najchłodniejszych miesięcy w roku. Punkowcy z The Men zaszyli się w chacie w północnej części stanu Nowy Jork, żeby napisać swój czwarty album “New Moon” (proces nagrywania zaowocował również EP o jakże trafnym tytule “Campfire Songs”). Radiohead natomiast zdecydowaną większość materiału na “OK Computer” nagrali w XVI-wiecznej rezydencji Tudorów, którą właścicielka, aktorka Jane Seymour, wynajęła zespołowi w zamian za opiekę nad kotem podczas jej nieobecności. A jeśli szukacie kolejnych przejawów kreatywnej izolacji, spójrzcie na Gucci Mane’a – faceta, który wydał więcej mikstejpów będąc w więzieniu, niż na wolności. Teoria mówi, że wielka sztuka rodzi się w bólach, a odosobnienie pozwala zebrać myśli – wszystko to przychodzi wówczas, gdy wokół ciebie jest możliwie najmniej czynników rozpraszających. A biorąc pod uwagę fakt, że ludzkość jest już tylko paręset lat od wykształcenia iPhone’ów zamiast dłoni, współczesny świat może być bardzo rozpraszający.
Videos by VICE
Ostatnio zalety teorii izolacji przetestował na własnej skórze Michael Franzino, gitarzysta post-hardcore’owego A Lot Like Birds. Artysta zaszył się w chacie gdzieś w Sierra Mountain Range w Kalifornii, by nagrać swój pierwszy solowy album jako “alone.” i rzeczywiście był tam zupełnie sam. Po zdobyciu na platformie crowdfundingowej ponad 13 tysięcy dolarów, Franzino spędził 2 miesiące w niewielkim domku w głuszy, bez internetu, gdzie jego jedynymi kompanami były niedźwiedzie, a najbliższe miasto z dostępem do telefonu było oddalone o 40 minut drogi.
Czytaj dalej poniżej…
Mimo że z A Lot Like Birds Franzino występuje od kiedy skończył 17 lat, przez długi czas nie śpiewał ani nie komponował. Wykorzystał więc czas samotności na odkrycie delikatniejszego oblicza muzyki, nieprzypadkowo wchodząc w to bez ani jednej nuty, pomysłu, czy tekstu tkwiącego w głowie, pozwalając zadziałać wyobraźni dopiero na miejscu. Michael wyjechał do Sierras zaraz po zakończeniu Warped Tour – co prawdopodobnie jest jednym z największych możliwych kontrastów. A dwa miesiące to strasznie długo na bycie sam na sam ze swoimi myślami. Jeden z utworów nosi tytuł “1 (800) 273 8255” – to numer należący do Amerykańskiej Państwowej Infolinii Zapobiegania Samobójstwom. Inny kawałek, zatytułowany “Maternity Leave (Funeral March 28th)” to dedykacja dla matki Franzino, która przedawkowała ze skutkiem śmiertelnym w wieku 18 lat. Koniec końców, album niemalże nie został wydany, bo był zbyt osobisty.
Kiedy Michael wrócił, zarejestrował w studio, pod czujnym okiem Drywa Owensa, wszystko, co napisał . Rezultatem całego zamieszania jest album “Somewhere in the Sierras” – intensywna, mocno gotycka kombinacja Circa Survive, Deafheaven i Sigur Rós, która jest jeszcze lepszą wersją tego, co powstało w głuszy. Niektóre partie są tak ważkie, że z powodzeniem mogłyby stać się ścieżką do drugiego sezonu “True Detective”, balansując między smutkiem a katharsis.
Spotkaliśmy się z Michaelem, by porozmawiać o albumie, pobycie w Sierras i zmianie trybu życia z “gardłowych krzyków i basu nieustannie bijącego przez 10 godzin dziennie” do sytuacji, w której musiał jechać 40 minut, by zadzwonić do rodziny, żeby dać znać, że nadal żyje.

Foto Daniel Dare.
Noisey: Cześć Michael! Jak się masz?
Michael: Wspaniale! Zeszłej nocy złożyłem pierwsze elementy demo do kolejnego albumu z moim głównym zespołem – A Lot Like Birds i cały czas zachodzę w głowę, jak to się stało.
A na potrzeby twojego solowego projektu spakowałeś się i zaszyłeś w leśnej chatce, celowo izolując się, by stworzyć swój debiutancki album. Dlaczego?
Myślę, że nie jest tajemnicą, że rozproszenie i komfort są największymi wrogami sztuki. Od czasu, kiedy pojawiły się smartfony, jesteśmy pierwszym pokoleniem, które może zdecydować, czy chce znosić samotność i jakiekolwiek inne odczucia. Ludzie nie chcą być nieszczęśliwi i z góry skazani na bóle egzystencji. A teraz bardzo często zupełnie nic ich przed tym nie chroni. Nie mogę powiedzieć, że jestem pierwszym, który oddał się romantycznej idei usunięcia się na pewien czas ze społeczeństwa, ale tak samo, jak wszyscy moi poprzednicy chciałem zyskać szansę na oczyszczenie i autorefleksję. Musiałem wczuć się w rolę, by stworzyć ten projekt.
Jak odnalazłeś się, przenosząc się z Warped Tour wprost do chatki, w której żyłeś zupełnie sam?
Osiągnąłem największy kontrast, jaki tylko można sobie wyobrazić. Warped to w zasadzie gigantyczny cyrk obwoźny z setkami muzyków i ludzi z branży, którzy chcą balować każdej nocy. To było bardzo ciekawe doświadczenie (ale też ogrom pracy) i myślę, że przez cały ten czas nie spędziłem samotnie nawet godziny – to był totalny obłęd. Wyhamowanie z piskiem opon, by znaleźć się w zupełnej głuszy gdzieś w górach było początkowo strasznie drażniące. Pierwsze dwa tygodnie zniosłem bardzo ciężko, próbując zaadaptować się do nowego otoczenia. Ale możliwość zrobienia czegoś na spokojnie była czymś wspaniałym po gardłowych krzykach i basie bijącym przez 10 godzin dziennie.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Michaela.
Co widziałeś wyglądając przez okno? Odtwórz dla mnie obraz życia w leśnej chacie.
Dokładnie to, czego można się spodziewać po górach, naprawdę. Długa, polna droga, dużo sosen, jakieś dzikie kwiaty i paskudna sójka, która budziła mnie każdego ranka. Po krótkiej przejażdżce rowerem trafiałem nad Feather River, gdzie w przerwach w pisaniu łowiłem ryby i byłem zjadany przez komary. Kawałek dalej znajdowało się jezioro Long Lake, w którym często pływałem. Najbliższe miasto oddalone było o 40 minut.
W nocy to wszystko musiało wyglądać jak sceneria niezłego horroru. Czy przez ten czas wydarzyło się coś przerażającego?
Spędziłem parę nocy pisząc, mniej więcej do 4. I pewnego razu, mimo że miałem nałożone słuchawki, usłyszałem bardzo głośny szelest przed moimi drzwiami. Stwierdziłem, że to może być jakieś zwierzę, więc spędziłem następne 20 minut (bez najmniejszej przerwy na fajkę!) tupiąc i krzycząc jak idiota, próbując je wystraszyć. Nazajutrz wyszedłem przed domek i zobaczyłem porozrzucane śmieci i odchody niedźwiedzia. Od tego czasu bardziej uważałem na śmieci.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Michaela.
Wyobrażam sobie, że w czasach, w których żyjemy, naprawdę trudno jest zmienić przyzwyczajenia, przebywając z dala od cywilizacji. Jak wyglądał twój zwykły dzień?
To zabawne. Chciałem słuchać dużo różnej muzyki w sposób bardzo krytyczny, by wyciągnąć z niej wnioski. To zdarzyło się tylko raz w trakcie całego pobytu. Bardzo bałem się melancholijnej muzyki i filmów, które zazwyczaj uwielbiam, bo obawiałem się, że zabrnę w tym za daleko, a potem nie będę miał się do kogo odezwać. Skończyło się więc na słuchaniu muzyki w trakcie przygotowywania śniadań – zazwyczaj było to coś skocznego i przyjemnego (Kimbra, Bombay Bicycle Club, Active Child). A w dni, kiedy pisałem, wstawałem i po prostu to robiłem. Potem godzinna przerwa na książkę i znowu pisanie, które zazwyczaj zajmowało mi 8 – 10 godzin dziennie. Dwa razy wybrałem się też do miasta, żeby dać znać rodzinie i bliskim, że żyję i mam się dobrze.
Czy to czego doświadczyłeś już na miejscu miało wpływ na tworzoną przez ciebie muzykę, czy przyjechałeś do Sierras z gotowym pomysłem na płytę?
Przyjeżdżając tam kompletnie nie miałem pojęcia, jak będzie wyglądał album. Byłem za to pewny, że to będzie zupełnie inne. Celowo zdecydowałem się na wejście w proces tworzenia bez ani jednej nuty, pomysłu, tekstu w głowie, bo bardzo chciałem zainspirować się tym, czego doświadczę. Jednocześnie byłem ekstremalnie zaniepokojony. Przez to, że fani powierzyli mi w dobrej wierze i z nadzieją, że skomponuję coś naprawdę dobrego ponad 13 tysięcy dolarów, wrzucenie się w sytuację, w której mój organizm i moja psychika mogły zareagować na setki różnych sposobów (nie mam pojęcia, gdzie znajdował się najbliższy szpital), wiedząc że muszę nagrać każdą partię zupełnie sam, następnie skleić to wszystko w całość i wydać jako DIY – wszystko to było dość przytłaczające, kiedy usiadłem do tworzenia muzyki. Presja była piekielnie duża, ale nakręcało mnie to. Świadomość, że nie możesz pozwolić sobie na najmniejszy błąd sprawia, że osiągasz cel jeszcze szybciej.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Michaela.
Myślisz, że to doświadczenie cię zmieniło?
Ostrożnie stwierdzę, że tak. Jestem zupełnym ekstrawertykiem, więc musiałem nauczyć się, jak odnaleźć się w sytuacji sam na sam z samym sobą, bez interakcji z innymi ludźmi. To była dla mnie świetna lekcja. Projekt rządził się zasadą “zrób to albo zgiń”. Dzięki temu udowodniłem sobie, że kiedy stawka jest wysoka, nadal mogę dać radę. Przekucie swoich demonów w utwory pomogło mi uwolnić się spod ich kontroli. Zwyczaje, które wykształciłem pracując bez najmniejszych zakłóceń pozwalają mi nadal pozostać zmotywowanym. Świadomość, że jestem niezależny i mogę przewidzieć każdy najmniejszy element nagrania dała mi, jako muzykowi, dużo pewności siebie. Myślę, że artyści tworzą, nieustannie czegoś szukają, by się rozwijać, stawać się lepszymi. I z tego powodu uznaję ten album za ogromny sukces. Chatka okazała się skuteczniejszym sposobem na osiągnięcie katharsis, niż mogłem przypuszczać.
Dzięki Michael!
“Somewhere In The Sierras” jest dostępne cyfrowo i na nośniku.
Emma na Twitterze.
Tłumaczenie Miłosz Karbowski
More
From VICE
-

Dog eating up at an automatic pet feeder -

Screenshot: Pokemon GO -

Screenshot: Epic Games
