
Wszystkie zdjęcia autorki. Kolaż: Alex Cook.
Wiedziałam, że ostatnią rzeczą, którą muszę zrobić zanim skończę moją powieść, jest zobaczenie tych wzgórz, o których pisałam, a których nigdy nie widziałam na własne oczy. Miałam pewne wyobrażenie o ukształtowaniu terenu dzięki informacjom z drugiej ręki, ale nijak nie mogłam tchnąć życia w opisy tych miejsc, zanim nie doświadczyłam ich w rzeczywistości. Wróciłam zatem do Bangladeszu w marcu zeszłego roku – po raz pierwszy od siedmiu lat. Właśnie zaczynało się suche lato – jedyna pora wolna od monsunowych deszczów. W ostatniej chwili dołączyła do mnie siostra – właśnie kończyła uniwersytet i mogła nie mieć kolejnej szansy, aby odwiedzić ten kraj. „Lepsze to niż siedzieć na kanapie i się obżerać” – skwitowała. Miałyśmy we dwójkę przemierzać kraj autobusem, wraz z moim wujkiem – spełniającym rolę przewodnika i męskiego opiekuna zarazem.
„Nie mówcie po angielsku. Wszyscy wtedy poznają, że nie jesteście Bengalkami” – przestrzegał wujek, aktywista, który przeobraził się w przystojnie siwiejącego biurokratę z ONZ.
Videos by VICE
„Ludzie są tu religijni, więc lepiej zakrywajcie ramiona” – poradził nam, gdy usadowiłyśmy się w autobusie, który ruszył w stronę plemiennych krain Rangamati. Jego ton był burkliwy, jak zawsze, a w jego głosie wyczułam, że rola naszego przewodnika zaczynała mu już doskwierać.
„Gdzie kobiety mogą się czuć bezpiecznie?” – zapytałam.
„Nigdzie. Nawet w środku” – zażartowała moja siostra.
Okazało się, że to wcale nie był żart. Bo owo „w środku”, to między innymi Rana Plaza, gdzie miał miejsce najgroźniejszy w historii wypadek w fabryce. A także dom, stanowiący niejednokrotnie miejsce pracy kobiety, na cały etat, za grosze. „Tu nie jest bezpiecznie” – było wszechobecną przestrogą, mantrą dla samotnych kobiet. Wewnątrz, na zewnątrz, w domu, w biurze, na farmie, w autobusie – wszędzie może się tobie stać krzywda.
„Po prostu się zakryjcie i nic się wam nie stanie” – odpowiedział wuj.
Kierowca autobusu zatrąbił głośno, próbując przedrzeć się przez nocny ruch uliczny.
„Nie znoszę tych głupich autobusów w tym głupim kraju” – wymamrotałam.
„Nie mów tak” – powiedział wujek, nie podnosząc wzroku znad telefonu. „Nie nazywaj tego kraju głupim”.
Miałyśmy z siostrą dość posępne miny na myśl o spędzeniu nocy w autobusie pełnym mężczyzn. Zwłaszcza na wspomnienie wydarzenia z New Delhi, gdzie w grudniu 2012 kilkoro mężczyzn przez wiele godzin gwałciło kobietę w jadącym nocnym autobusie. Dawno temu mieszkałam w tym gorzkim mieście. Jeszcze dawniej, pewnego zimowego popołudnia, gdy byłam jeszcze w liceum, sama zostałam zgwałcona. 16 grudnia – uderzyło mnie to, że data gwałtu w New Dehli pokrywała się z rocznicą zwycięstwa Bangladeszu w wojnie o niepodległość z 1971 r. Nadużycia seksualne nie przeszły jeszcze do historii i nie są rzadkością czy to w New Delhi, czy w Nowym Jorku. Zdarzają się wszędzie, ich ofiarą padają nieznajomi, kochankowie, rodzina. Czarne scenariusze wkradły się w moje sny tamtej nocy. Autobus to śmiertelna pułapka, kierowca trąbi coraz bardziej zajadle, zmienia na oślep pasy, pasażerowie są na wpółdrzemiący. Dom niczym naczynie przepełnione bólem.
„Chcę wrócić do domu” – przeszło mi przez głowę i zdałam sobie sprawę, że to uczucie nie jest mi obce. Zawsze pojawiało się podczas moich powrotów „do ojczyzny”. Poczucie izolacji i klaustrofobii otaczało mnie wtedy niczym ciasny płaszcz. Często mówiłam tak, gdy byłam dzieckiem. Melancholia kogoś wyobcowanego, przeszyta pragnieniem, by gdzieś przynależeć. Dorastając w Alabamie, Teksasie, Missouri i na przedmieściach Nowego Jorku, czułam się jak wieczny outsider. Te miejsca nie miały nic wspólnego z rodziną, z przyjaciółmi, z religią, ze schronieniem. Tęskniłam za tym „gdzieś”, które mogłabym nazwać swoim własnym. Pamiętam, gdy jako dziecko wracałam autobusem ze szkoły do domu w St. Louis, a syn dyrektora szkoły obrzucił mnie antymuzułmańskimi epitetami, funkcjonującymi wówczas przy okazji wojny w Zatoce Perskiej. Pamiętam, że siedziałam wtedy bez ruchu i bez słowa, marząc tylko o tym, żeby teleportować się do domu. Lecz gdy nareszcie wysiadłam z autobusu, mogłam wrócić jedynie do mieszkania pełnego karaluchów, gdzie nawet nie miałam swojego pokoju. Desperacko starałam się uciec i czasami mi się udawało – skrywałam się w bibliotece, z serią książek „Dzieciństwa Znanych Pisarzy”, z Laurą Ingalls Wilder, Stephenem Kingiem i V. C. Andrews. Pisałam krótkie opowiadania pełne werwy, mniej posępne od tych, które kochałam czytać.
Kiedy zrzuciłam dziecięcą wylinkę, w postaci grubych plastikowych okularów, aparatu na zęby, owłosionych nóg i meszku pod nosem – odkryłam nową jakość alienacji czasu pokwitania. Przemieniłam się w młodą dorosłą – istotę wrażliwą i seksualną. Chciałam doświadczyć wszystkiego, a moja przekora wstrząsała fundamentami mojego muzułmańsko-bangladeskiego wychowania. Wymykałam się z domu, lubowałam się w miniówkach, pepperoni, alkoholu, randkach – wszystko to smakowało mi wspaniale. Im więcej słyszałam, że czegoś nie powinnam, tym chętniej to robiłam. Miałam gdzieś rady moich kochających, ostrożnych rodziców, o tym, że łamanie zasad w końcu przyniesie przykre konsekwencje: „Nie przetrwasz. Nikt cię nie pokocha. Skończysz samotnie. Pójdziesz do diabła”.
Przetrwałam.
W ciągu dekady po skończeniu studiów raz na jakiś czas czułam się kochana, ale najczęściej jednak samotna. A piekło seksualnej napaści pozostawiło blizny, długo obecne w mojej dorosłości.
By dawać sobie radę, zainteresowałam się indiańskimi, New Age’owymi metodami leczenia – kryształami, hipnozą, dietami oczyszczającymi; uczyłam się ich i wdrażałam je w życie z zapałem godnym podziwu. Podróże po świecie miały mi pomóc kanalizować gniew, a sposobem na ucieczkę było życie na granicy różnych światów. Byłam wolontariuszką, aktywistką, studiowałam za granicą i wracałam do Bangladeszu, zawsze tropiąc punkty zaczepienia dla moich opowieści. Trafiałam do miejsc, które odzwierciedlały mój lotny stan umysłu: do Nairobi, New Delhi czy Dhaki. I do – niezupełnie mojej ojczyzny – Bangladeszu, gdzie 160 mln ludzi tworzy chaotyczny, niedoświadczony, wspaniały, brudny i duszny świat, kłębiąc się na przestrzeni mniejszej niż Wisconsin. Kochałam ją i nienawidziłam. Brak sposobności, by jeść, ubierać się i poruszać tak, jak to miałam w zwyczaju przynosił niepokój, ale też stymulował wyobraźnię.
Moja twarz odbija się w milionach twarzy, które widzę. Ale Bangladesz nie jest, i nigdy nie będzie, moim domem.
Droga pełna zakrętów do Rangamati zawiodła nas w okolice Chiittagong Hill, zamkniętej części miasta. By się tam dostać, obcokrajowcy musieli pokazać specjalne przepustki, zatem mój wujek próbował je dla nas zorganizować. Nikogo nie dziwiło, że to mężczyzna coś załatwia. Byłyśmy w przebraniach, siliłyśmy się na autentyczność. Smutną konsekwencją zbyt wielu lat studiów zagranicą był nasz nietutejszy akcent.
Jezioro Kaptai – prawdziwy cud na kompletnym odludziu, było główną atrakcją miasta. Wynajęliśmy łódkę tuż przy moście, który łączył miasto z puszczą.
„Powinnaś zobaczyć te wzgórza po deszczu” – odezwał się wuj. „Teraz są suche jak wiór i martwe”.
Zapamiętywałam szczegóły tej spalonej słońcem, marcowej wersji „fantastycznej podróży”: wysuszone lasy damarzykowe, strużkę wodospadu, wodne hiacynty otaczające taflę jeziora. Zanotowałam w głowie wszystkie nazwy znanych mi drzew, rejestrowałam twarze ludzi, którzy przybyli tu ze wszystkich zakątków Bangladeszu.
„Za to jezioro jest przepiękne” – powiedziałam.
„Nazywają je łzami ludu Pahari,” – odpowiedział wujek. „Jezioro jest piękne, ale ma bardzo ciemną historię. Kiedy rząd wybudował tamę Kaptai, powstało to jezioro i przegoniło stąd lud Chakma”. Chakma to tybetańsko-birmańska społeczność regionu Rangamati, której ślady znaleźć można w XV-wiecznym stanie Arakan, części obecnej Birmy. Słowo pahari oznacza w języku Bangla „wzgórza”.
Jaskrawe materiały powiewały na wietrze na szczycie wzgórza, poprosiłam naszego przewoźnika, żeby zacumował. Wdrapaliśmy się po schodach wykutych w zboczu i wkroczyliśmy do wioski. Usłyszeliśmy, że ktoś nas woła.
„Wejdźcie, bracia i siostry” – powiedziała kobieta Chakma. Była pomarszczona i chuda jak patyk, z kącika ust zwisał jej papieros. Stała w drzwiach niebieskiej chatki z liści palmowych. Na sznurach suszyły się świeżo pofarbowane chusty. Podążyliśmy za nią do środka. Jeszcze więcej stert zawiniętych chust. Rzadko rozmieszczone, kolorowe detale ozdabiały jej dom – buddyjski ołtarz z kwiatów i świec, maleńki telewizor, mapa świata.
„Napijcie się herbaty” – zaprosiła nas, podając tacę z ciasteczkami i papierosami. Mówiła z nienaturalnym akcentem, językiem Bangla, który nie był jej ojczystą mową – przypominał mi mój własny sposób wyrażania się. Powiedziała, że ma na imię Puspumaya.
„Mieszkałaś tu przez całe życie?” – zapytałam.
„Nie, mieszkaliśmy tam, gdzie jest teraz jezioro, aż skończyłam 5 lat” – powiedziała Puspumaya, wydmuchując kółko z dymu. Kółko uniosło się do sufitu o zielonkawym kolorze, który gasił wyraźny błękit ścian. „Żyły tu tygrysy, mnóstwo różnych zwierząt” – potrząsnęła głową z zadumą. „Dziś są tu tylko ludzie”.
Pusumaya i jej lud należą w tym kraju do mniejszości narodowej. My należałyśmy do muzułmańskiej większości Bengalczyków, którzy odwiedzali jej ziemie niczym turystyczną atrakcję. Byłyśmy częścią ludu, który uciskał jej lud przez pokolenia. Mimo tego jej ciepło zdawało się pokazywać, że nie nosiła w sobie żalu. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie myślała, że jesteśmy innym sortem Bengalczyków od tych, których znała całe życie. Szczerze wierzyłam, że widziała w nas kogoś innego.
Tu, w jej małym niebieskim domku, pełnym dymu z papierosów i kadzidełka, Puspumaya sprzedała nam, dwóm siostrom chusty, które zrobiła ze swoją siostrą. Zarówno my, jak i one przeżyłyśmy całe życie jako outsiderki.
Tego wieczoru przeglądałam notatki, zamierzałam napisać o tym złowieszczym nurcie etnicznego rasizmu i przesiedleniach, które zaburzają idylliczny pokój krain Rangamati. Zdałam sobie sprawę, że oprócz Puspumayi, jedynymi przedstawicielami ludu Chakma były albo blade staruszki tkające torby na brzegu jeziora, albo kelnerzy w naszym hostelu. I nikt więcej. Rozmawiając z nimi w języku Bangla, byłam pewna, że nie była to ich mowa ojczysta. Do posługiwania się Bangla zmusiła ich dominująca większość – ludzie, którym nigdy nie chciało się podjąć wysiłku, by zrozumieć język Chakma.
Napięcie było tak samo piękne, co przerażające.
Nazajutrz udaliśmy się do świątyni buddyjskiej Chakma, gdzie kolorowe flagi modlitewne przystrajały podłogi, a plastikowe kwiaty wplecione w girlandy i swastyki Hindu upiększały ściany. Po raz kolejny, tak jak nad jeziorem pełnym turystów, tu też nie brakowało muzułmańskich Bengalczyków, którzy przyjechali, aby pogapić się na mnichów w jaskrawych pomarańczowych strojach.
Wszyscy pstrykaliśmy zdjęcia, by pochwalić się potem w domu tym, gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Po opuszczeniu świątyni, kolejny kurs w stronę miasta Sylhet – pełnego herbaty, zamożnego i pobożnego miejsca na granicy z Indiami, gdzie rozgrywały się wojenne sceny mojej powieści.
Choć nie mogłam ich dostrzec, wiedziałam, że hinduscy żołnierze, uzbrojeni w karabiny, zażądają wiz, których nie mieliśmy.
Dotarliśmy do Sylhet godzinę przed świtem. Zatrzymaliśmy się w ekochatce, nowej i modnej pułapce na turystów, w sąsiedztwie herbacianych plantacji i lasów kauczukowych. W ciągu jednego dnia zmieniły się plany: nieoczekiwanie wujek musiał wracać do Dhaki, w nieokreślonym celu związanym z jego biznesem. Ale my znałyśmy prawdziwy powód: nasze wywody wyczerpały do cna jego cierpliwość.
Zarówno ja, jak i moja siostra nauczałyśmy jako wolontariuszki w ramach programu pozalekcyjnych zajęć w Nowym Jorku i miałyśmy nadzieję, że dane nam będzie poznać aktywistów w Bangladeszu. Skontaktowałam się z dyrektorem lokalnej organizacji pozarządowej, pracującej z etnicznymi społecznościami, aby zorganizować takie spotkanie.
„Nasze plemiona zasilają rzekę” – powiedział dyrektor, wywodzący się z gminy Manipuri. Z pewnej perspektywy przypominał mi aktora Lou Diamond Philipsa. „Bez nas – mówił – rzeka by nie istniała”. Każde plemię było nieodłącznym elementem społecznej tkanki Bangladeszu. Wypruwając z niej jedno z nich, pozbędziesz się wszystkich innych. Przesiedlenia rdzennych ludności w ramach nieprzemyślanych projektów pogłębiały poważne problemy związane ze środowiskiem – erozję gleb czy powodzie. Jego słowa były niczym przypomnienie o tym, jak bardzo bezcześcimy siebie nawzajem na niezliczone sposoby. Wetknięci w miejsca, do których nigdy nie należeliśmy, karczujemy te, w których mogliśmy żyć. Esencja wszystkiego, co chciałam ująć w mojej książce, znajdowała się w miejscu, gdzie spotykały się, pojawiały i znikały wszystkie nasze strumienie, płynące bez żadnej wspólnej harmonii.
Ostatniego dnia w Sylher, wynajęłyśmy kierowcę, który zabrał nas na wycieczkę do Jaflong, miasteczka na granicy, gdzie rozgrywała się część wydarzeń z wojny o niepodległość Bangladeszu z mojej książki. Chciałam stanąć na linii granicznej, którą przestępował pochód postaci: uchodźców, mężów, przemytników. Z perspektywy nizin, indyjskie wzgórza majaczyły majestatycznie w otoczeniu olbrzymich chmur.
„Chyba Hindusi wygrali w grze o najlepszy kawałek ziemi, co nie?” – zaśmiałyśmy się z żartu, który wcale żartem nie był. Ciągnęło mnie, by przekroczyć granicę i dżunglą dotrzeć do indyjskiego stanu Meghalaya, ale na jej straży stała natura i patrole. Choć nie mogłam ich dostrzec, wiedziałam, że hinduscy żołnierze, uzbrojeni w karabiny, zażądają wiz, których nie mieliśmy.
Nasz kierowca, świeżo upieczony małżonek o twarzy niemowlęcia, pełen animuszu na drodze, zaparkował swojego dżipa przy brzegu rzeki Piyain. Poprowadził nas wśród setek robotników wyciągających głazy z rzeki, która krzyżowała się z granicą. Głazy będą potem skruszone i zamienione w cement, stanowiący fundamenty zabudowań na całym indyjskim subkontynencie.
Po przebyciu rzeki wkroczyliśmy w gąszcz pieprzowców, palm i dębów indyjskich. Mijaliśmy drewniane i kamienne domki, migające jak kolorowe punkciki wśród zieleni. Wioski należały do rdzennych mieszkańców tych ziem – Khasi. Kierowca rikszy powiedział, że niejednokrotnie Bengalczycy wżeniali się w matriarchalną społeczność tych wiosek. Z miłości, czy kuszeni dobytkiem swych żon – tego już nie był pewien. Zajrzałyśmy ukradkiem do jednego z domów. Dwie kobiety Khasi bawiły się z bobasem na małym drewnianym łóżku. Jak gdyby wyczuwając nasz wzrok na sobie, nagle przestały się śmiać.
„Chciałabym z nimi porozmawiać” – powiedziała do mnie siostra. „Chciałabym, żebyśmy mogły to zrobić same”.
Nasi kierowcy – czy to w samochodzie, czy na łódce, czy w rikszy – wszyscy byli mężczyznami. Gdzie nam – czy którejkolwiek innej kobiecie, którą spotkałyśmy na naszej drodze – dane było przeżyć zachód słońca, nocną podróż autobusem, poranny spacer, przerwę na papierosa, w zupełnej samotności? Było tu tyle miejsca na zewnątrz, ale nigdzie żadna z nas nie mogła się swobodnie powłóczyć.
Miałam w głowie tyle szczegółów – rośliny, rzekę, ludzi – nowe wspomnienia porządkowały się w mojej wyobraźni i dzięki nim byłam gotowa, żeby dokończyć książkę. Na myśl o kwietniowej spiekocie w Dhace czułam dużą ulgę. Mogę tu ubierać się w to, co chcę, iść dokąd chcę i kiedy chcę. A dziś, rok po mojej podróży, przerażają mnie nadchodzące wieści o zbrodniach na pisarzach w Bangladeszu. Mordowani są ludzie, którzy mają dość odwagi, by kwestionować wiarę, religię czy rząd. Przemoc wobec tych, którzy chcą kruszyć kajdany, wyzwolić się z ograniczeń, miażdży nas wszystkich.
Dla mnie jako pisarki feministycznej to poszukiwanie domu w miejscu, które nigdy domem nie mogło się stać, jest zbliżone do nawoływań blogerów-ateistów w Bangladeszu – o wolność, by wypowiadać się tak, jak chcą w swoim własnym kraju. Te niedawne akty agresji mają ten sam wydźwięk co alienacja, którą czujemy my – feministki lub ateiści. Ale nie poddajemy się. Piszemy to, co należy napisać, opowiadając swoje historie i nareszcie tworząc dom, do którego należymy. Zostały mi fotografie samotnych kobiet, każdej w swoim własnym świecie. Na jednej z nich, kobieta pracująca przy zbieraniu głazów, siedzi na brzegu i pierze ubrania na płaskim kamieniu. Palce jej stóp są zanurzone w wodzie, pięty opierają się o brzeg. Jest częścią rzeki i jest częścią ziemi. Skupia się na swoim zajęciu, jej skóra odbija ciepły blask późnego popołudnia. Nie zwraca na nas uwagi.
Tanwi Nandini Islam to autorka Bright Lines (Penguin, 2015). Artystka multimedialna i założycielka linii kosmetycznej Hi Wildflower Botanica. Śledź ją na Twitterze.