Unsound Festival – Dzień IV i V

Środa była najtrudniejszym dniem, w którym powoli zaczął dopadać nas tryb zombie i próbowaliśmy na lewo skombinować sobie zwolnienie z życia. Na nogi postawił nas występ BNNT – znanych głównie z demolki i ćwiczeń fizycznych. Muzeum Manggha przez kilkanaście minut stało się ośrodkiem porządnego noise’u, aplikowanego za pomocą bombopodobnych wytworów. Występ następnego w kolejce – The Haxan Cloaka – jednogłośnie okrzyknęliśmy jednym z najlepszych wydarzeń tegorocznej edycji festiwalu. Półgodzinny set, składający się wyłącznie z najmroczniejszych witchouse’ów, okraszony najbardziej demonicznymi wizualami, na pół godziny pozwolił zapomnieć o destrukcji organizmu. Haxan pokazał też, że nie potrzeba za dużo sprzętu żeby skupić na sobie atencję całej sali. Nam zrobił tak dobrze, że tego dnia nie chcieliśmy widzieć już nic innego.

Kościół Świętej Katarzyny to idealna miejscówka dla unsoundowych koncertów. Za bardzo do serca wzięła to sobie Julia Holter. Występująca wraz z kwartetem smyczkowym przygotowała specjalnie na festiwal zestaw piosenek, które, co prawda, brzmiały “sympatycznie”, lecz jest to jedyne pozytywne określenie, jakim można je opisać. Dysponująca, niewątpliwie, wspaniałym głosem Amerykanka zaśpiewała dość patetycznie i zarazem słodko, tak, jakby wyobrazić sobie musical, na którym większa część widowni to oficjele z wejściówkami z Urzędu Miasta. Choć wydaje nam się, że musieli być zawiedzeni, skoro trwało to “tylko” dwadzieścia minut. My nie płaczemy.

Videos by VICE

Nie ma co ukrywać, że tego dnia najbardziej interesował nas koncert Tima Heckera i Daniela Lopatina. Wydający już niedługo płytę panowie zagrali ten materiał pierwszy raz, widać było jednak pełną współpracę i zazębianie się ich twórczości. Niepowtarzalne, zacinające syntezatory kolejny raz oponowały między gorącem, a chłodem. Podczas jednej z kompozycji kick o wysokim tempie sprawiał, że kościół niemal opuścił swe fundamenty. Hecker używający na co dzień reverbu, tym razem słusznie z niego zrezygnował, ale specyfika ogromnej przestrzeni zrobiła swoje. Na tyle, że być może był to ostatni tego typu event w tym miejscu.

Do Mangghi dotarliśmy z dwoma założeniami: nabawić się siniaków na Factory Floor oraz przyjrzeć się Holly Herndon. Ta urocza dziewczyna to jedno z objawień festiwalowych. Poruszająca się nieśmiało, czasami bezradna i nieokrzesana, miała lekkie problemy na scenie, nie przeszkodziło to jednak w zagraniu zajmującego koncertu. Pełno było dubowych, zamglonych bitów, wspomaganych przez modulowane wokalizy i przeszkadzajki. Spragnieni gibany, nie przestawaliśmy się bujać, czekamy teraz na wydanie płyty, bo Holly zgarnęła fanteam już od samego początku.

Po Factory Floor wiedzieliśmy czego się spodziewać. Nie było zaskoczeń. Kilka pierwszych rzędów przeszło przemianę w zalotnych szamanów odprawiających rytualne tańce kiwając, to głową, to kończynami w rytm surowych bass line’ów. W kontraście, nieoglądający się na siebie muzycy prowadzili powolną ewolucję dźwięków, która wzbogacona została krzykliwymi wizualami, równie natarczywymi co melodie. Zblazowana gitarzystka naparzała pałką po gryfie, perkusista jak w transie odbębniał robotę, a całość sprawiała, że była to najlepsza potańcówka przed Hotelem Forum.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.