Wszystkie zdjęcia: Zsolt Repasy

Pogański horror na festiwalu Busójárás

Raz do roku w węgierskim miasteczku Mohacz rozpalają się ognie, palinka leje się strumieniami, a po ulicach chodzą demony

|
23 Październik 2017, 11:00am

Wszystkie zdjęcia: Zsolt Repasy

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia

Gdy pierwszy raz natrafiłem na zdjęcia Zsolta Repasy'ego, przeszył mnie zimny dreszcz, a moja obsesja na punkcie czarnej magii gwałtownie się pogłębiła. Przypominają kadry z filmu Kult (ale nie tej wersji z Nicolasem Cage'em). Witaj w Mohaczu, miasteczku na południu Węgier, które co roku w lutym przeobraża się w surrealistyczny, pogański koszmar zwany Busójárás. Podczas festiwalu zobaczysz kominiarki z worka na ziemniaki, porozmazywaną szminkę, ręcznie rzeźbione maski demonów, a także mnóstwo bimbru i ognia.

Jak głosi legenda, festiwal wywodzi się z czasów osmańskiej okupacji Mohaczu w XVI wieku. Mieszkańcy wioski skryli się w lesie przed tureckimi żołnierzami. Pewnej nocy pośród drzew ukazał im się tajemnicza postać. „Szykujcie się do walki" ‒ powiedziała. „Przygotujcie broń i wystrugajcie maski z drewna. Potem czekajcie na burzową noc, gdy zamaskowany rycerz poprowadzi was do boju".

Kilka dni później podczas silnej burzy przybył obiecany rycerz i rozkazał wieśniakom, by odzyskali swoje domy. Wpadli do wsi w maskach wykonanych własnoręcznie z płótna, kory drzewnej i liści. Turkowie uznali, że zaatakowała ich horda demonów. Uciekli i już nie wrócili.

Pogłoski, jakoby wieś była opętana przez siły nieczyste, utrzymywały się przez całe stulecia. Dziś miejscowi upamiętniają legendę, przebierając się we własnoręcznie wykonane kostiumy diabłów i pijąc do upadłego.

Rozmawialiśmy z Zsoltem Repasym, lokalnym fotografem, który uchwycił festiwal od wewnątrz i doświadczył rytuałów z perspektywy prawdziwego uczestnika Busójárás.

VICE: Jak byś opisał doświadczenie festiwalu Busójárás?
Zsolt Repasy:
Pierwszy raz wziąłem udział w obchodach Busójárás we wczesnych latach 80., jeszcze jako dziecko. Było magicznie, fascynująco i strasznie, ale też świetnie się bawiłem. Cztery lata temu przyjechałem do Mohacza, żeby sfotografować festiwal bez żadnego założenia, więc po prostu robiłem zdjęcia tego, co widziałem. Chciałem tylko być świadkiem tego, co się tam działo i podzielić się tą magią z ludźmi, którzy nie mieli szansy wcześniej tego zobaczyć.

Zaprzyjaźniłem się z paroma osobami, które pomogły mi zrozumieć tę tradycję. Dzięki nim mogłem dołączyć do kilku grup busó i stać się częścią obchodów. Zawsze staram się poznać społeczności i tradycje od wewnątrz, bo dopiero wtedy można zobaczyć, o co w nich tak naprawdę chodzi. Są takie chwile, których nigdy nie doświadczy turysta, ani nawet zwykły obywatel.

Czy festiwal wciąż otaczają przesądy, czy teraz to już głównie tradycja?
Powiedziałbym, że to w 90 procentach tradycja, a w 10 przesądy. W poniedziałek, na początku całego wydarzenia, grupy demonów busó odwiedzają miejscowych. Gospodarze zapraszają je do siebie i podejmują strawą i napitkami (przeważnie palinką i grzanym winem). W podzięce busó mają im przynieść szczęście na następny rok: potomstwo, dobre zbiory itd. Jednak jeśli nie zostaną odpowiednio ugoszczone, mogą sprowadzić pecha albo zacząć płatać złośliwe figle. Zdarza się, że wspinają się na płot, dach, albo podnoszą gospodarzy i obrzucają ich trocinami lub mąką. Czasem dopuszczają się poważniejszych psot i na przykład wypuszczają świnie, kury, koguty i krowy. Niektóre robią bałagan w gospodarstwie. W przeszłości często wykorzystywano festiwal, by zemścić się na sąsiadach za prawdziwe lub urojone krzywdy.


Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Moja ulubiona historia miała miejsce kilkadziesiąt lat temu. Kilku wieśniaków miało na pieńku z zamożnym sąsiadem. W nocy rozebrali jego konny wóz na części, wdrapali się na dach jego domu i tam go z powrotem zmontowali. Takich zabawnych anegdot jest mnóstwo, ale czasem dochodziło też do przemocy. Dziś na szczęście już tak nie jest. Dziś jest całkowicie bezpiecznie.

Jak często fotografujesz ten festiwal?
Wciąż pracuję nad moim projektem Busó, nie sądzę, żebym kiedykolwiek go zamknął. Obecnie uwieczniam pracę tradycyjnych rzemieślników, którzy stanowią ważną część tej kultury: garncarzy, snycerzy, garbarzy itp. Przygotowuję też dużą wystawę o obchodach Busójárás. W lutym będzie można ją zobaczyć w Mohaczu, a na wiosnę 2018 roku w Budapeszcie.

Jakie wrażenie wywarli na tobie miejscowi?
Podzielę się z tobą małą tajemnicą. Poczucie czasu w Mohaczu jest inne niż nasze. Gdy tylko festiwal się skończy, miejscowi zaczynają odliczać dni do następnego Busójárás. Tak wiele podniecenia i pasji wzbudza w nich ta tradycja.

Dlaczego tak ważne jest, by samemu stać się busó, uwieczniając festiwal?
Robert Capa, jeden z moich ulubionych fotografów, kiedyś powiedział: „Jeśli nie jesteś zadowolony ze swoich zdjęć, to znaczy, że musisz bliżej podejść". Musisz zbliżyć się, a nawet stać się częścią tego, co fotografujesz. Najlepszą, ale też najrzadszą równowagę osiągniesz, gdy naprawdę zostaniesz członkiem społeczności, jednocześnie zachowując spojrzenie kogoś z zewnątrz. Tak jakbyś się przenicował. Utrzymać taki stan umysłu to ogromne, trudne wyzwanie.

Więcej zdjęć Zsolta znajdziesz poniżej oraz na jego stronie internetowej.


Więcej na VICE: