polowanie

Dlaczego zabijanie zwierząt sprawia przyjemność

Rozmowa z byłym myśliwym, autorem książki „Farba znaczy krew”

tekst Jaś Kapela
25 Sierpień 2017, 3:45am

Fot: Jakub Szafrański

Z Zenonem Kruczyńskim, były myśliwym i autorem książki Farba znaczy krew spotykamy się w jego pięknym, drewnianym domu w Białowieży, gdzie mieszka do kilku lat. Wcześniej spotkałem go na S pacerze dla Puszczy, podczas którego ponad siedemset osób udało się na miejsce zrębu, gdzie harvestery wycięły kawał ponadstuletniego drzewostanu, pomimo ogłoszonego zakazu wstępu do lasu. Gdy wracaliśmy, opowiadał mi, że już dwukrotnie zdarzyło się, że ktoś strzelał w stronę jego domu. Konflikt między tymi, którzy traktują przyrodę jako zasoby do wykorzystania i tymi, dla których stanowi ona wartość samą w sobie, przybiera ostatnimi czasami na sile, czego najlepszym dowodem są harvestery karczujące pradawną Puszczę. Mimo wszystko, gdy siadamy na ganku jego otoczonego przez zieleń domu, Zenon Kruczyński mówi spokojnym głosem, a z jego twarzy nie znika uśmiech.

VICE: Dlaczego ludzie polują? Dlaczego ty polowałeś?
Zenon Kruczyński: Wobec całego zjawiska myślistwa, tak jak ono wygląda współcześnie, jest we mnie jeden duży znak zapytania. Kiedyś ludzie polowali i zabijali zwierzęta, bo to było istotne uzupełnienie ich diety. W przyrodzie tak jest: gdy jesteś głodny – masz prawo jeść. Być może wtedy to była mniej więcej usprawiedliwiona postawa.

Ale teraz już tak nie musi być.
W tej chwili jest to zabijanie dla przyjemności. A na to nie ma zgody. Dodajmy, że w Polsce rola żywieniowa dziczyzny jest tak mała, że aż pomijalna – to około 26 dkg mięsa na osobę, czyli jeden posiłek rocznie.

Czerpałeś z tego przyjemność?
Taki element też się pojawiał. Myśliwi zabijają zwierzęta ochoczo, przez nikogo nieprzymuszani.

I jaka to była przyjemność? Chodzi o panowanie, poczucie siły, wyższości?
Zabijanie to skrajny akt przemocy – nie można posunąć się dalej. A gdy chce się zabić, trzeba bardzo się skupić. Wszystko w człowieku: psychika, mięśnie, percepcja – musi być nakierowane na to, aby zabić. Fizjologicznie wiąże się to z bardzo szybkim wzrostem poziomu adrenaliny i kortyzolu, czyli hormonów stresu. Rozładowanie tego napięcia po strzale, gdy zwierzę zwali się z nóg i na twoich oczach dogorywa, powoduje akt pewnego spełnienia. „Adrenalina się rozładowuje" – jak to myśliwi ujmują. Ciało czuje się jak po wysiłku.

Choć trzeba tu dodać coś oczywistego, że współczesne zabijanie nie wymaga jakiegoś wysiłku fizycznego, choćby naciągnięcia cięciwy łuku. Żeby zastrzelić zwierzę, wystarczy skrzywić wskazujący palec na spuście. Po tym całym napięciu związanym z zabijaniem pojawia się uczucie rozluźnienia, które można kojarzyć z przyjemnością. Myśliwi powtarzają ten akt wciąż i wciąż. Niekiedy co tydzień albo jeszcze częściej.

Twierdzisz, że właściwie nie ma byłych myśliwych. Przestaje się polować z powodu chorób, śmierci, czy alkoholizmu.
Tak, myśliwi mocno trzymają się tego sposobu życia.

Myśliwi tłumaczą, że muszą regulować populacje, żeby dzikie zwierzęta nie robiły szkód.
Wygląda na to, że obecnie myśliwi nie są w stanie regulować populacji dużych zwierząt, które wymknęły im się spod kontroli i rosną. Dzieje się to między innymi na skutek działalności samych myśliwych. Po pierwsze polega ona na gigantycznym dokarmianiu. Około stu tysięcy ton karmy rocznie idzie w łowiska. To jest niezwykle duża góra kartofli, kukurydzy i owsa. Co oczywiście powoduje, że jest więcej zwierząt w przyrodzie. A jeżeli chodzi o szkody łowieckie, to w skali produkcji roślinnej kraju ich rzeczywisty wymiar zawiera się w kwocie 1,77 zł na obywatela rocznie. To mniej więcej koszt ulgowego biletu na autobus.

I to tyle w sprawie tzw. „szkód łowieckich", choć myśliwi dmą w tę propagandową trąbę z całych sił. W rzeczywistym wymiarze to nawet nie jest piszczałka. Szkody łowieckie należy uczciwie zrekompensować rolnikom, lecz trzeba to zrobić w inny sposób, nie poprzez myśliwych, bo to jest chore rozwiązanie.

Po drugie, myśliwi stosują odstrzał stabilizacyjny i w czasie sezonu łowieckiego wybijają stada do poziomu wyjściowego. Jeśli przykładowe stado w łowisku ma sto zwierząt i wiemy, że urodzi dwieście – to zastrzelimy dwieście! I w następnym roku znowu pozostanie nam sto, które urodzi, dzięki czemu cały czas mamy co zabijać. Te dwie myśliwskie aktywności – dokarmianie i odstrzał stabilizacyjny – to nieustanne potrząsanie przyrodą. A to powoduje, że mechanizmy rozrodcze populacji zwierząt działają na najwyższych obrotach, wszak tu chodzi o przeżycie. Dochodzą do tego jeszcze inne czynniki przyrodnicze i populacje rosną. A myśliwi mają w odpowiedzi tylko rozwiązanie najbardziej prymitywne – śmiercionośny karabin.

Autor tekstu i Zenon Kruczyński. Fot: Jakub Szafrański

Gdy samica traci potomstwo, próbuje to nadrobić?
Jest to naturalna kompensacja przyrodnicza u niektórych gatunków. Ale w ogóle współczesne łowiectwo to bardzo ciężka choroba środowiska zwierząt, które miały tego pecha, że znalazły się na „liście zwierząt łownych". Myśliwi „regulując równowagę w przyrodzie", zainteresowani są tylko 30 gatunkami kręgowców, tymi, które mogą zastrzelić. Pozostałe 570 gatunków kręgowców żyjących w Polsce, na które się nie poluje, jest poza ich zainteresowaniem. Jakoś w tej pozostałej liczbie panuje przyrodniczo dynamiczna, odpowiednia równowaga.

Zauważmy, że najlepiej mają te zwierzęta, którymi ludzie w ogóle się nie interesują i nikt nie przejmuje się potrzebą „regulowania wielkości ich populacji". Widzimy, że przyroda doskonale sobie „radzi", bo gdy pozwala się działać jej mechanizmom, okazują się one nie do zastąpienia. Dlaczegóż z tymi nieszczęsnymi trzydziestoma gatunkami uśmiercanymi przez myśliwych miałoby być inaczej, gdyby je zostawić w spokoju? Powtórzę, że to właśnie łowiectwo jest najcięższą chorobą środowiska zwierząt. I tym samym środowiska w ogóle. Jest też naszą chorobą – chorobą całej społeczności, która toleruje aktywność polegającą na zabijaniu dla… hobby.

Póki co nie udaje się nawet wywalczyć rezygnacji z kul ołowiowych, choć wiadomo, jak bardzo ołów jest szkodliwy dla środowiska.
Z kul i śrutu. Nie udaje się wyłączyć z listy gatunków łownych 13 gatunków ptaków zabijanych ze śrutu. A przecież nie ma żadnego uzasadnienia dla zabijania ptaków. Nie robią żadnych szkód, nie potrzeba regulować wielkości ich populacji. Myśliwi mówią, że to tradycja. Wtedy słyszę, że to są kolorowe rzutki i bardzo przyjemnie jest do nich strzelać, więc z tego nie zrezygnują. Pomimo faktu, że ogólnopolski monitoring środowiska pokazuje, że populacje niektórych gatunków ptaków, które są na liście łownych, spadają dramatycznie, nawet o 70 procent! Lecz dalej są zabijane. Czy nie można zostawić kaczek dzieciom? Zajęcy już prawie nie ma w Polsce, trochę zostało gdzieś w południowych rejonach Polski i tam jeszcze na skutek polowań ginie ich piętnaście tysięcy rocznie. Jak tak można? Bywało w przeszłości, że czynnik łowiecki przeważał szalę i sprawiał, że gatunek znikał.

Z tego wszystkiego wynika, że myślistwo jest obecnie alternatywnym sposobem hodowli zwierząt. Może jednak zwierzęta ginące w naturze mają lepiej niż te żyjące na fermach przemysłowych?
Można i tak postawić sprawę na ślepo szafując śmiercią: „ta jest lepsza niż ta". Robimy to jak ślepcy, bo jako ludzie nie wiemy, czym jest śmierć. Wiemy tylko, jak wygląda zabijanie, umieranie… Wracając do pytania, zauważmy jednak, że mięsa z zabitych zwierząt jest więcej, niż jesteśmy w stanie przejeść, przewala się na sklepowych półkach. Pytam, z jakiego powodu mamy zabijać jeszcze kolejne istoty? Dla jakiegoś kaprysu? Dla hobby? Z chciwości na trochę inny smak? Nam, ludziom, absolutnie nie wolno zabijać więcej, niż naprawdę potrzebujemy.

Przypisywanie sobie prawa do zabijania tych pięknych zwierząt o lśniących oczach, jest przyznawaniem sobie nadzwyczajnego przywileju w stosunku do reszty społeczeństwa. Zwierzęta dzikie w stanie wolnym są własnością Skarbu Państwa. Daliśmy myśliwym fałszywy przywilej, który wynosi ich ponad gigantyczną większość społeczeństwa, która nie poluje, czyli 99,7%. Przecież te wszystkie cudne sarny, jelenie, bażanty, słonki, jarząbki są naszym dobrem wspólnym.

Żyją kosztem reszty społeczeństwa?
Tak. To rażąca niesprawiedliwość. I ekonomicznie stoi na głowie. Gdyby postawić na turystykę przyrodniczą, a Polska ma jej cenne zasoby, to obroty byłyby liczone nie w myśliwskich milionach, lecz w grubych miliardach.

Jak to się stało, że przestałeś być myśliwym?
Gdybym sobie wyobraził, że wczoraj byłem na polowaniu, polała się krew, a w życiu zostawiam za sobą cierpienie i śmierć – w takim poczuciu chyba nie byłoby łatwo odchodzić z tego świata. Myśliwskie życie jest bardzo brzemienne w skutki. Czy można uniknąć skutków swojego postępowania?

Na spotkaniu w Obozie dla Puszczy powiedziałeś, że trzeba się pogodzić ze swoim smutkiem.
Tak, przeżyć żałobę i położyć swój ból spać. To jest możliwe także na drodze treningu duchowego, kiedy przychodzi zrozumienie, również i o tym, czym jest wszelki ból. Kiedy pojawia się taki wgląd – jest mniej lęku w życiu. Nasz umysł często pracuje w ten sposób, że szuka powodów do lęku, mnoży i piętrzy wyobrażenia: „co będzie jeśli?". Jeżeli nie ma oporu przed tym, co cię spotyka, to możesz wzruszyć ramionami.

Dlatego kładziesz się pod harvesterami? Mocno zaangażowałeś się w obronę Puszczy Białowieskiej.
Nie powiedziałbym, że to z braku lęku. To nie jest tak, że się nie boję, kładąc się pod harvesterem – bo się boję. Oczywiście, że nie chciałbym umrzeć pod kołem harvestera. Lecz wolę taką postawę, niż być obojętnym, lub stać po stronie śmierci puszczy i zwierząt tak, jak to robią ludzie w zielonych strojach i kamizelkach kuloodpornych. Oczywiście w postawie ludzi stojących po stronie życia tego lasu jest pewne ryzyko. Ale kto wie, czy w życiu największym ryzykiem nie jest powstrzymywanie siebie od działania i właśnie niepodejmowanie ryzyka?