wywiad

Krystyna Czubówna i Tommy Wiseau: czy słynna lektorka wytrzyma kultowe „The Room”?

„Myślę, że czasami to dobrze, gdy chroni nas błoga nieświadomość – łatwiej wtedy zdecydować się na ryzykowny krok”, rozmawiamy z Krystyną Czubówną o jej pracy, pasji i przygotowaniach do czytania na żywo dialogów najgorszego filmu świata

tekst Paweł Mączewski
22 Sierpień 2018, 4:00am

Ilustracja: autor tekstu

Po internecie krążą żarty o tym, że w ustach Krystyny Czubówny nawet najcięższe przekleństwa brzmią interesująco, pouczająco i zmuszają do refleksji. Wszakże głos pani Krystyny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i jednocześnie kojących głosów, jakie dane było nam usłyszeć z polskich głośników. Możecie ją kojarzyć z radia, licznych filmów przyrodniczych oraz audiobooków. Natomiast już dzisiaj będziecie mogli posłuchać jej na żywo podczas I edycji gdańskiego festiwalu Octopus Film Festival, gdzie będzie czytać dialogi The Room – najgorszego/najlepszego filmu świata.

Organizatorzy tej mającej trwać 5 dni imprezy (22-26 sierpnia) zapowiadają, że „Stocznia Gdańska zamieni się w wielkie kino, które będzie do późnej nocy wyświetlało najciekawsze, najbardziej szalone i niewiarygodne filmy gatunkowe". Natomiast fakt, że za Octopus Film Festival stoją m.in. ludzie odpowiedzialni za kolektyw VHS Hell, każe przypuszczać, że dostaniemy solidną porcję popkultury, którą szanujemy i kochamy.

W programie wydarzenia widnieje m.in. spotkanie z twórcą kanału Kraina Grzybów i pokaz filmu Świt żywych trupów w centrum handlowym. Jednak to właśnie pojedynek pomiędzy Krystyną Czubówną, legendarną polską lektorką, a najgorszym reżyserem świata (nie tak dawno pojawiła się informacja, że Tommy Wiseau jest Polakiem i naprawdę nazywa się Tomasz Wieczorkiewicz; sam zainteresowany nie potwierdził tych doniesień), wydał się mi niesamowicie intrygujący.

Czas naglił, jednak udało mi się porozmawiać z panią Krystyną o jej pracy, ulubionych filmach i programach, sytuacji kobiet w zawodzie lektora oraz o filmie The Room.

VICE: Przeczytałem, że z wykształcenia jest pani prawnikiem.
Krystyna Czubówna: Rzeczywiście skończyłam taki kierunek studiów, ale nazwanie mnie prawnikiem byłoby nadużyciem. Podobnie jak ktoś skończy np. medycynę, to nie oznacza, że bez praktyk jest już lekarzem. Poza tym już wtedy nie chciałam uprawiać tego zawodu, pracowałam w radiu, czułam, że to jest moje miejsce na Ziemi i będę to robić do końca życia.

Zatem dlaczego zdecydowała się pani na prawo?
Tylko po to, żeby poszerzyć swoje horyzonty.

Znalazłem też informacje, że to przez pomysł mamy trafiła pani do radia na stanowisko hostessy.
Początkowo plany mojej mamy na moje życie nie pokrywały się z moimi. Chciała, bym studiowała handel zagraniczny na ówczesnym SGPiS (obecnie SGH, przyp. red.), i chociaż dla mnie wydawało się to zupełnie nietrafionym pomysłem, byłam posłuszną córką. Jednak wypadłam za słabo na egzaminach i się nie dostałam. Wtedy mama usłyszała w radiu komunikat, że jest konkurs, więc pojechałam do Warszawy (pod pretekstem opieki nad babcią) i się zgłosiłam. Spośród tysięcy dziewczyn, które się zgłosiły do konkursu, wybrano kilka – w tym jakimś cudem też mnie, płoche dziewczę z prowincji. To chyba prawda, że wszystko o nas jest tam gdzieś zapisane.

Na czym początkowo miała polegać pani praca?
Maciej Szczepański, ówczesny prezes Radiokomitetu, miał pomysł, żeby atrakcyjne dziewczyny, znające obce języki oprowadzały gości zza granicy odwiedzających telewizje. Po trzech miesiącach, kiedy już znałyśmy wszystkie tajemnice firmy, trzeba było nas zatrudnić na etat, ale nie bardzo wiedziano, gdzie możemy trafić. Początkowo oddelegowano nas do działu ochrony (co nie było fajne), później zaczęłyśmy przeprowadzać ankiety z pracownikami radia i telewizji, którzy skończyli studia. Jeden z dziennikarzy radiowych poradził mi, bym poszła na przesłuchania mikrofonowe. Tak zrobiłam. Na miejscu komisja uznała, że jestem już gotowcem i mogę pracować z mikrofonem.

W pani głosie słychać, że to uczucie nie osłabło, że to wciąż jest to pani „miejsce na Ziemi”. Jednak 3 lata temu, podczas nagrania z Tomaszem Knapikiem i Maciejem Gudowskim powiedziała pani, że „kobiety są dyskryminowane w tym zawodzie”.
Kobiece głosy są specyficzne. Mikrofon, jako urządzenie, lubi niskie głosy, dlatego to zawsze był zawód głównie męski. Kiedy zaczynałam swoje życie zawodowe, nie brakowało też mężczyzn uważających, że miejsce kobiety jest w domu. Kiedy np. pytano mojego szefa, co w jego zespole robi kobieta (czyli ja), on odpowiadał, że nie jestem kobietą, tylko Kukułką – to był mój antenowy pseudonim w Lecie z Radiem. Inną kwestią jest to, że inaczej czyta się film fabularny, a inaczej dokumentalny. W tym pierwszym najważniejszy jest obrazek, a tekst powinien być tylko „podrzucany”.

Pamiętam teraz nieudaną próbę czytania Siedemnastu mgnień wiosny (radziecki serial telewizyjny z 1973 roku, przyp. red.) przez kobietę, po której już nigdy nie zaproponowano żadnej innej czytania filmu fabularnego. Było coś jeszcze: ówczesna technologia nagrywania pozwalała nakładać na oryginalną ścieżkę wersji językowej głos lektora i panom zwierzchnikom nie mieściło się wtedy w głowie, że kobieta może „przykryć” głos mężczyzny – w drugą stronę już nie mieli z tym problemu, gdy facet „przykrywał” kobietę. Czasami wręcz dochodziło do absurdów, gdy w filmach poruszano tematy stricte kobiece, np. związane z kobiecą fizjologią, a tłumacze musieli się upominać i zaznaczać, że dany tekst jest przeznaczony dla kobiety. Swoją drogą, tylko dzięki uporowi i ciągłej walce o mnie przez inną kobietę mogłam przez tyle lat czytać program przyrodniczy Zwierzęta Świata.

Zapowiedź wydarzenia na festiwalu. Materiały prasowe Octopus Film Festival.

Minęły lata, czy coś się zmieniło?
Nie, nic się nie zmienia i myślę, że raczej się nie zmieni. Głosów męskich jest więcej, a pracy nie ubywa, więc to oni zawsze będą górą. Tyle że tu nie chodzi o wprowadzenie parytetów, bo ja sama nigdy nie podjęłabym się np. czytania westernów. Ważne, by osoba decydująca o obsadzie wiedziała, z jakim filmem ma do czynienia i w związku z tym uznała obiektywnie, że dany tekst może przeczytać kobieta, a nie musi facet.

Czy gdyby na początku swojej kariery dysponowała pani wiedzą o zawodzie, którą ma pani teraz, czy podjęłaby się pani tej pracy?
Oczywiście, z całą pewnością.

Czy zapoznaje się pani wcześniej z materiałem, który ma pani czytać?
Jestem z tej starej szkoły, w której najpierw się naczytywało tekst i prawie zawsze to robię. Do tego zaznaczam sobie fragmenty w tekstach – nawet koledzy w Panoramie się z tego śmieli, że ja piszę partytury i kiedyś będą je sprzedawać. Bo ja czytam nie po literkach, ale po znaczkach. Jeżeli tekst jest dobrze napisany, wtedy sam płynie. Filmy tłumaczone nagrywa się właściwie w czasie realnym. Natomiast wszelkie niezręczności językowe, gramatyczne, stylistyczne sprawiają, że łatwiej o pomyłkę. Zawsze powtarzam, że najchętniej czytam tylko dobre teksty. Niestety dziś różnie z tym bywa.

Wchodząc do studia, trzeba być mentalnie wyzerowanym, by oddać sens tekstu, który ma się przed oczami. Lektor jest taśmą transmisyjną, nie może narzucać słuchaczom swoich odczuć na temat, o którym mówi – co nie znaczy, że nie interpretuje tych tekstów.

Czy jest jakiś program, projekt lub film, który szczególnie dobrze się pani czytało?
Było ich mnóstwo. Audycje z dawnych lat były świetną szkołą zawodu, bo nad wszystkim czuwał reżyser. Każda forma współpracy z teatrem i filmem (cieszy mnie fakt, że brać aktorska mnie akceptuje, chociaż nie jestem zawodową aktorką). Z pewnością muszę jednak wymienić wszystkie filmy Davida Attenborough, które są bliskie mojemu sercu. To niesamowity facet, pasjonat tego, co robi, a ja mam to szczęście, że osoba, która tłumaczy te teksty doskonale, oddaje ducha pana Attenborough. Ludzie są nieświadomi pracy tłumaczy, nie doceniają jej, kiedy tak naprawdę to jest osobny zawód, w którym pisze się książki na nowo.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


Poza tym bardzo miło wspominam słuchowisko Niezwyciężonego Stanisława Lema, gdzie większość historii opowiedziana jest przez narratora i to właśnie mnie powierzono to zadanie – co oczywiście też bardzo połechtało moją kobiecą ambicję. Kilka lat później pracowałam też nad audiobookami 2001: Odyseja kosmiczna i 2010: Odyseja kosmiczna. Znowu dostałam rolę narratora i miałam najwięcej do czytania. To była dla mnie wielka przygoda z dwóch powodów: jako kobieta dostałam największą rolę oraz przeczytałam coś, co było mi dalekie (osobiście gustuję w reportażach), dzięki czemu mogłam lepiej poznać siebie – nigdy w życiu nie posądziłabym się o to, że zachwycę się nie tylko powieścią, ale do tego powieścią science-fiction.

A czy pamięta pani jakiś program lub film, który sprawił pani największy dyskomfort?
Pan teraz pewnie chce nawiązać do tego nieszczęsnego The Room...

Możliwe (śmiech). Czy widziała pani ten film?
Nie, skądże, nie widziałam.

Nie boi się pani tego pojedynku? The Room jest czasem nazywany Obywatelem Kane'em złego kina.
Rzeczywiście, przeczytałam o nim coś takiego. Dostałam link do filmu od organizatorów festiwalu, ale ten już wygasł, więc nadal poza recenzjami nic o nim nie wiem. Myślę, że czasami to dobrze, gdy chroni nas błoga nieświadomość – łatwiej wtedy zdecydować się na ryzykowny krok.

A jakie filmy lubi pani oglądać prywatnie?
W domu nie mam telewizora ani internetu, filmy w kinach mi często umykają, bo zwyczajnie nie mam na nie czasu. Jeżeli już jednak się na coś wybieram, to ze względu na aktorów: uwielbiam Meryl Streep, absolutnie wszystkie filmy Woody'ego Allena, kiedyś podkochiwałam się w Robercie Redfordzie i Harrisonie Fordzie, a moją miłością w dzisiejszych czasach jest oczywiście Colin Firth.

Dziękuję za rozmowę oraz pozwolę sobie zadzwonić do pani po seansie The Room – zapytam o wrażenia.
Trzymam za słowo.

Śledź autora tekstu na jego profilu na Facebooku

Czytaj też: