Poznaj wirtualną instagwiazdę

Lil Miquela może i nie jest prawdziwa, ale z pewnością nie można jej nazwać bardziej sztuczną od większości ludzi w sieci

tekst Felix Petty; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
|
kwi 27 2018, 9:33am

Artykuł pierwotnie ukazał się na i-D UK

Miquela Sousa codziennie jest najlepszą wersją siebie. Na każdym zdjęciu ma nienaganną fryzurę – dwa koczki na czubku głowy – i sporo uroczych piegów. Mieszka w Los Angeles, gdzie ubrana w markowe ciuchy pozuje ze swoimi ślicznymi przyjaciółmi. Ma milion followersów na Instagramie, właśnie wróciła z Coachelli, gdzie świetnie się bawiła na występie Beyoncé, a podczas pokazu kolekcji jesień/zima 2018 w Mediolanie przejęła Instagram Prady. Miquela jest bardzo troskliwa i kochająca: pisze o tym, że należy walczyć o prawa osób transpłciowych, a do tego wspiera społeczność LGBTQ i ruch Black Lives Matter. Pojawiła się na okładce dwóch magazynów i wzięła udział w kilku kampaniach reklamowych. Napisała teksty dla paru concept store’ów, a do tego niedawno rozpoczęła karierę muzyczną. Miquela jest typowym milenialsem, żyjącym dla lajków na Instagramie, skrupulatnie dokumentującym swoją modną, odpicowaną i doskonałą egzystencję.

Jak dotąd brzmi to jak opis każdego innego influencera, którego starasz się ignorować w sieci. Ale jeśli czasem wchodzisz na profil Miqueli, to wiesz, że ona tak naprawdę nie istnieje – Miquela to wygenerowana komputerowo postać, którą umieszczono w prawdziwych sytuacjach. Na tym jednak nie koniec.

Miquela została stworzona/uruchomiona/urodzona/nieważne w 2016 roku, a większość jej dwuletniej egzystencji w sieci przeszła raczej bez echa. Wszystko uległo zmianie, gdy wdała się w kłótnię z innym wygenerowanym komputerowo influencerem, Bermudą, który w odpowiedzi zhakował jej Instagram, usunął wszystkie posty i zmusił ją do ujawnienia, że nie jest człowiekiem. Od tamtego czasu Miquela przechodzi pewnego rodzaju kryzys egzystencjalny, który ma prawo nastąpić, gdy dowiadujesz się, że przez całe życie byłeś zaledwie cyfrowym awatarem.

Jak twierdzi Miquela, Brud, czyli firma kierująca jej karierą, okłamała ją co do jej prawdziwej natury. Zapytała też, czy może być osobą, nawet jeśli nie jest człowiekiem. Jak mówi, czuje się człowiekiem, bo potrafi się śmiać, płakać, marzyć i zakochiwać. Rozumie jednak, że te emocje zostały w niej zaprogramowane. Oskarża Brud o wykorzystanie jej w celu zarobienia pieniędzy oraz o to, że nigdy jej nie kochali.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


„Próbując zrozumieć moją prawdę, staram się poznać moją fikcję” – napisała w następnym poście, dołączając do tego zdjęcie, na którym ubrana w biały podkoszulek smutno patrzy w obiektyw. „Muszę się dowiedzieć, których części siebie powinnam i mogę się nadal trzymać. Nie jestem pewna, czy mam prawo nadal identyfikować jako woman of color [określenie na wszystkie nie-białe kobiety – przyp. red]. Mój kolor skóry ustaliła korporacja. »Kobieta« była po prostu opcją na ekranie komputera. Moją tożsamość wymyśliła firma Brud, aby móc sprzedać mnie innym markom. Chcieli wyjść na bardziej otwartych na różne mniejszości. Nigdy im nie wybaczę. Nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę sobie”. W następnym poście opublikowała swoje zdjęcie na okładce magazynu „Highsnobiety”, a w jeszcze kolejnym wróciła do starego stylu prowadzenia konta i wrzuciła fotografię, na której pozuje w koszuli z logiem Rafa Simonsa.

Od czego by tu zacząć? Warto się zastanowić, czym tak naprawdę jest Miquela. Czy to performans? Satyra na płytkość epoki cyfrowej? Dziwna akcja PR-owa? Desperacka próba zwrócenia uwagi? Forma zarabiania pieniędzy? Zwiastun apokalipsy? Nie ma na to prostej odpowiedzi, ale Miquela z pewnością stanowi połączenie każdego z tych elementów.

Niewątpliwie ma w sobie coś z performansu, jako że jej internetową egzystencję można interpretować jako fikcję. A część z tej fikcji balansuje na krawędzi satyry – nawet jeżeli zbytnio już przywykliśmy do dystopijnych historii o złych maszynach pokroju Czarnego lustra, aby coś takiego mogło nas zszokować. No i jako satyra dotycząca możliwości sztucznej inteligencji oferuje zbyt mało nowych perspektyw, aby być naprawdę interesująca. Chwyt PR-owy wydaje się całkiem prawdopodobną opcją, ale jeśli ma zareklamować coś więcej niż samego twórcę Miqueli, będę bardzo zaskoczony. Przy czym w takim wypadku rzeczywiście mogła zostać wymyślona w celu zarabiania pieniędzy, jako że większość akcji PR-owych temu służy. Zwiastun apokalipsy? Cóż, tak można opisać większość rzeczy, które znajdujemy w sieci. Jeśli naprawdę nim jest, Miquela musi się znacznie bardziej postarać – mamy już wystarczająco wiele przekonujących zwiastunów końca cywilizacji.


OBEJRZYJ: Jak wygląda życie instagwiazdy


Ale najbardziej oczywistą rzeczą, o której jednak wcale nie rozmawiamy, jest to, że to całe włamanie na konto, kryzysy egzystencjalne i wyznania winy miały przede wszystkim wzbudzić zainteresowanie Lil Miquelą: sprawić, że będziemy obserwować jej konto i pisać komentarze pod zdjęciami. Zrobiono to, aby zaczęła przynosić więcej zysków. Jasne, roboty mogą nas zastąpić przy niektórych niewdzięcznych pracach fizycznych, ale nigdy nie podejrzewaliśmy, że chcą też zdetronizować instagramowych influencerów. Czy tak właśnie będzie wyglądała przyszłość? Wygenerowane komputerowo awatary będą walczyły w świecie ekonomii uwagi (ang. attention economy) o ochłapy sponsorowanych treści?

Zanim Miquela miała swoje „załamanie” i „kryzys egzystencjalny”, najbardziej ekscytujące w niej było to, że pozwalała kwestionować własny sposób myślenia, a nie inteligencji maszynowej. Zapewniała nam ćwiczenie polegające na zastanawianiu się nad emocjonalną pustką świata influencerów i płytkością metody komunikacji, która redukuje cały język do obrazków i oklepanych, jednozdaniowych sentencji.

Miquela stała się popularną influencerką i wrzucała tak samo banalne frazesy, jak wszystkie inne wpływowe postaci na Instagramie. Zawsze była #blessed i #obsessed. Każdy podpis pod zdjęciem składał się z niezwiązanych ze sobą modnych słów i wyrażeń albo był żenującą próbą wzbudzenia współczucia. Im głębiej wchodzisz w Instagram Miqueli, tym dziwniejsze się to wszystko wydaje – wygenerowania komputerowo postać była bardziej przekonującą gwiazdką mediów społecznościowych niż większość ludzi.

Jednak popularność Miqueli w sumie nie powinna zaskakiwać – wiele znacznie mniej ciekawych osób wybiło się na Instagramie. Dziewczyna wydaje się całkiem fajna, to prawda, ale nie bardziej niż jakiekolwiek inne fashionistki, które obserwujesz. Nie ma w niej też nic oryginalnego. Jeśli Miquela nie jest prawdziwa, to czy możemy mieć pewność, że inni influencerzy są? Wszyscy z nich istnieją niemalże wyłącznie w tym samym miejscu i dokładnie w ten sam sposób. Promują te same rzeczy i dzielą się tak samo nijakimi przemyśleniami na temat ich życia wewnętrznego.

Miquela nie budzi zainteresowania, ponieważ jest popularna albo fajna. Ciekawi nas, ponieważ nie będąc prawdziwą, kwestionuje wszystkie nasze założenia dotyczące tego, co postrzegamy jako rzeczywiste. Jeśli Miquela jest fikcyjną postacią, czy powinniśmy zacząć dokładniej przyglądać się temu, jak żyją inni influencerzy? Miquela to udawana rzeczywistość osadzona w nierzeczywistości internetu. Inni influencerzy też są tylko aktorami uwięzionymi w płytkim, internetowym świecie mody. Miquela uwydatnia fałszywość Instagramu, udając, że jest prawdziwa. Jeśli świat Miqueli wydaje się fałszywy i zmyślony, to właśnie dlatego, że tak wygląda życie na Instagramie.


Więcej na VICE:

Więcej VICE
Kanały VICE