FYI.

This story is over 5 years old.

VICE News

​Obama rozmawia z VICE

O klimacie, legalizacji marihuany i ISIS

Zmiany klimatyczne są z pewnością jednym z globalnych „problemów najcięższych do rozwiązania". Jednak prezydent Obama mówi, że kieruje nim czysta determinacja. I zamierza wprowadzić w życie strategie, które pomogą Stanom Zjednoczonym zredukować swój ślad ekologiczny. Dodaje też, że podejmowanie trudnych decyzji politycznych może przynieść w przyszłości długotrwałe, korzystne rezultaty.

W obejmującym szerokie spektrum tematów wywiadzie przeprowadzonym przez założyciela VICE, Shane'a Smitha, Obama podkreślił, że kwestie klimatyczne należą do grupy kluczowych problemów, z którymi zamierza się zmierzyć nim opuści Biały Dom w 2017 roku.

Reklama

– Chcę, żeby sprawy miały się trochę lepiej, kiedy już przestanę pełnić mój urząd – powiedział. – Im dłużej sprawujesz to stanowisko, tym bardziej staje się prawdopodobne, że zaczniesz patrzeć na wszystko w dłuższej perspektywie.

Obama przedstawił ogólny zarys swojej polityki ekologicznej na nadchodzące miesiące. Zawarł w nim próbę pozyskania konkretnych zobowiązań od Chin. Państwo Środka miałoby zredukować emisję gazów cieplarnianych przed światowym szczytem klimatycznym, który ma się odbyć w Paryżu pod koniec bieżącego roku. Jak również plan usprawnienia rozwiązań technologicznych służących ochronie środowiska oraz podwojenie zarówno standardów wydajności paliwowej, jak również produkcji czystej energii.

Uważa też, że jest odpowiednią osobą do zajęcia się tymi zagadnieniami.

– Najtrudniejszym elementem polityki i rządzenia jest konieczność poświęceń, na które musisz zdecydować się w chwili obecnej, by procentowały długoterminowo w przyszłości – zaznaczył. – Zawsze pojawi się opór wobec zmian. Część tego oporu to jednak kwestia pokoleniowa. Gwarantuję wam, że Partia Republikańska zmodyfikuje swoje stanowisko wobec problemów klimatycznych. Wyborcy będą na to nalegali.

Republikańscy prawodawcy odmawiają podjęcia działań w związku ze zmianami klimatu. Co więcej, niektórzy zaprzeczają ustaleniom naukowców i dowodom na powagę tego problemu – jak mówi prezydent. Ten antagonizm światopoglądowy – który doprowadza senatorów do rzucania śnieżkami w posadzkę Senatu – przeniósł się następnie na inne prace legislacyjne. Stało się to szkodliwą cechą charakterystyczną ostatnich kilku lat w polityce amerykańskiej, co doprowadziło do utrzymującego się stanu patu ustawodawczego, a nawet paraliżu rządu.

Reklama

– Znacząca część ich partii zaprzecza w ogóle istnieniu zmian klimatycznych – pozwolił sobie na uwagę Obama. – Obecnie, w obliczu wielu różnych problemów istotnych zwłaszcza dla młodych ludzi, nie chodzi w tym o to, że dwie strony są ze sobą skłócone i wskutek tego trzyma się rząd w klinczu. Mamy jedną stronę, która kompletnie ignoruje fakty.

A jak należy walczyć z polityczną stronniczością i obstrukcją? Głosujcie – nawołuje Obama. Dodając, że młodzi ludzie nie mogą sobie pozwolić na bierność.

– Faktem jest, że w ostatnich wyborach głosowała tylko jedna trzecia uprawnionych do tego obywateli – przypomniał Obama. – A skoro mamy teraz paraliż i grono ludzi, którzy nie mogą wykonać swojej pracy… Jest to konsekwencja tego, że wszyscy zostali w domach i pławili się w swoim cynizmie. W chwili, kiedy takim sposobem wycofujesz się z procesu tworzenia sceny politycznej, wybierasz własne przeznaczenie. Sprawiasz, że to istniejące struktury władzy będą rozdawały karty i decydowały o twoim życiu.

Istnieje jednak pewne zagadnienie, które zaczyna się przebijać ponad utarczki w Kongresie. To problem legalizacji marihuany. Oszacowano, że opodatkowany i uregulowany prawnie przemysł marihuanowy w najbliższych latach przyniósłby rządowi zyski rzędu 10 miliardów dolarów. Nie tylko pieniądze wzbudzają zainteresowanie prawodawców z obu partii. W grę wchodzi także uspokojenie nastrojów opinii publicznej, które jak nigdy dotąd chylą się ku poparciu dla legalizacji.

Reklama

– Dostrzegam nie tylko wielu liberalnych Demokratów, ale także bardzo konserwatywnych Republikanów, którzy uświadomili sobie, że prohibicja nie ma sensu. W skład tej grupy wchodzi frakcja, którą możemy uznać za libertariańskie skrzydło Partii Republikańskiej – podzielił się obserwacjami prezydent.

– Widzą finansowy potencjał, a także koszty, które ponosi państwo z powodu konieczności przetrzymywania ludzi w więzieniach – dodał. – Tak więc istnieją szanse, że będziemy w stanie pójść do przodu w kwestii dekryminalizacji marihuany.

Mimo to rząd nadal znajduje się w trudnej pozycji. Zarówno w obrębie radzenia sobie z problemami wewnętrznych kraju, jak i tymi na arenie międzynarodowej. Dzieje się tak z powodu partyzanckiego stylu uprawiania polityki. Jaskrawy przykład wprowadzania takimi działaniami chaosu zapewniły nam wydarzenia z zeszłego miesiąca. 47 republikańskich senatorów podpisało list otwarty do najwyższego przywódcy państwa irańskiego. Próbowali w ten sposób podważyć starania Obamy, dążącego do zawarcia umowy, która zatrzymałaby program nuklearny Republiki Iranu. W liście ostrzegli, że każda ugoda podpisana z administracją Obamy przestanie obowiązywać, gdy tylko skończy się jego druga kadencja w Gabinecie Owalnym. Działania tych polityków podzieliły opinię publiczną. Niektórzy wzięli stronę senatorów. Inni uknuli hastag #47zdrajców.

Prezydent ustosunkował się do zachowania polityków w zeszłym tygodniu. Powiedział VICE News, że „jest zażenowany" pomysłem senatorów. Przypomnijmy, że pośród sygnatariuszy listu znaleźli się wszyscy liderzy Partii Republikańskiej. Łącznie z potencjalnymi kandydatami na prezydenta w wyborach 2016 – Tedem Cruzem (stan Teksas), Marco Rubio (stan Floryda) oraz Randem Paulem (stan Kentucky).

Reklama

– Wysłali list do ajatollaha, najwyższego przywódcy Iranu, zresztą uznawanego przez nich za naszego śmiertelnego wroga… Zaś ich podstawowy argument brzmi: „nie idźcie na ugodę z naszym prezydentem, bo nie można mu ufać i spodziewać się, że wywiąże się z zawartych umów"… Ta sytuacja wydaje się doprawdy bezprecedensowa – wyznał Obama ekipie VICE News.

Jeżeli chodzi o inne zagadnienia z zakresu polityki dotyczącej Bliskiego Wschodu, które stanowią oś sporu pomiędzy Demokratami a Republikanami, należy wymienić dyskusję na temat metody jak najsprawniejszego rozwiązania problemu nowego i wciąż narastającego zagrożenia w skali globalnej. Mowa o tzw. Państwie Islamskim – znanym też jako ISIS bądź ISIL. Zmilitaryzowanej grupie sunnickich muzułmanów, która w brutalny sposób przejęła kontrolę nad ogromnymi terenami należącymi do Iraku i Syrii. Po czym ogłosiła powstanie na okupowanym przez siebie terytorium samozwańczego kalifatu.

Jak dotychczas USA odpowiedziało na te wydarzenia przyjęciem roli lidera koalicji 60 państw, prowadzącej bombardowania terenów zajętych przez Państwo Islamskie. Uczestniczyło także w szkoleniu i dozbrajaniu sił bezpieczeństwa oraz milicji składającej się z umiarkowanych islamistów w obu państwach dotkniętych działaniami radykałów.

Obama powiedział VICE News, że „pokłada zaufanie" w koalicji. I wierzy, że „powoli wyprze [ona] siły ISIL z Iraku". Jednak po potencjalnym zwycięstwie nad bojownikami, nawet gdy opadnie już dym, widmo destabilizacji pozostanie obecne. Przyczyni się do tego nowe pokolenie niezadowolonej młodzieży – zwłaszcza sunnitów – które dochodzi do głosu na Bliskim Wschodzie i w niektórych regionach Afryki Północnej. Dlatego prezydent stwierdził, że niezbędne są inwestycje w pomoc międzynarodową. Priorytetem wedle Obamy musi się stać uczynienie tych społeczeństw „odpowiadającymi na potrzeby" młodzieży i „funkcjonalnymi" w jej oczach.

– Nie możemy dalej postrzegać antyterroryzmu i bezpieczeństwa jako stref polityki zewnętrznej całkowicie odrębnych od dyplomacji, rozwoju gospodarczego czy edukacji. Wymienione przeze mnie środki uznaje się za działania typu miękkiego. Lecz w rzeczywistości są one kluczowym elementem naszego bezpieczeństwa narodowego. A nie przeznaczamy na nie żadnych funduszy – wyjaśnił Obama. – Powinniśmy zastanowić się nad inwestycjami, które przyczynią się w przyszłości do tego, że nie będziemy musieli wysyłać młodych mężczyzn i kobiet do walki. Które sprawią, że ludzie stamtąd nie przybędą do nas, by wyrządzać katastrofalne szkody.