FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

Moja współlokatorka ma 85 lat

Mam 20 lat i niedawno musiałem się przeprowadzić za pracą do Mediolanu. Znajomy powiedział mi: „Koleżanka mojej matki mieszka sama w ogromnym domu w Mediolanie – możesz się do niej wprowadzić. Tyle tylko, że ona ma 85 lat"

Artykuł ukazał się na VICE Italy

Z salonu zawsze słychać IV Symfonię Beethovena – to ulubiony utwór Iside. Mijają trzy miesiące, odkąd się do niej wprowadziłem; mam swój własny pokój i własną łazienkę (nawet jeśli Iside lubi czasem wziąć w niej prysznic), ale kuchnię i zamiłowanie do łososia mamy wspólne. „Wychodzę na koncert. Może też spędziłbyś trochę czasu na zewnątrz?", pyta mnie Iside. Odpowiadam jej, że muszę dokończyć swoje sprawy i życzę jej udanego wieczoru.

Reklama

Mam 20 lat i niedawno byłem zmuszony przeprowadzić się za pracą do Mediolanu. Jak każda osoba w moim wieku, miałem palącą potrzebę znalezienia jakiegoś taniego mieszkania. Hotel, w którym wtedy pracowałem, odwiedzał stały klient z Mediolanu, więc któregoś wieczoru poprosiłem go o pomoc. Obiecał mi, że popyta w mojej sprawie, i da znać jak tylko znajdzie coś odpowiadającego mojej kieszeni. Po kilku dniach wrócił do naszego hotelu, mówiąc mi, że wszystko jest już załatwione: „Koleżanka mojej matki mieszka sama w ogromnym domu w Mediolanie – możesz się do niej wprowadzić", oznajmił. „Tyle tylko, że ona ma 85 lat", dodał po chwili.

Skorzystałem z tej okazji – głównie dlatego, że nie musiałem płacić żadnego czynszu poza okazjonalnym wykonywaniem drobnych przysług dla mojej gospodyni. I tak sądziłem, że nie mogło wyjść gorzej, niż podczas mojego epizodu w Londynie. Przeprowadziłem się tam, szukając nowych doświadczeń, jako świeżo upieczony absolwent liceum. Traf chciał, że mój ówczesny współlokator okazał się dilerem, więc większość nieprzespanych nocy spędziłem na walce z atakami paniki poprzez oglądanie dokumentów BBC na YouTubie, otoczny szczurami i smrodem przypalanej folii aluminiowej.

Dom, w którym przyszło mi mieszkać w Mediolanie, został zbudowany na początku XX wieku – i to w zamożnej dzielnicy mieszkaniowej. Okazało się, że przed przejściem na emeryturę, Iside zajmowała stanowisko dyrektorki generalnej dużej firmy, a dziesięć lat temu zmarł jej mąż.

Reklama

Wciąż potrafię odtworzyć zapach pomarańczy, cynamonu i miodu, który przywitał mnie, kiedy po raz pierwszy wszedłem do jej domu, oraz to jak bardzo bałem się, że skalam jej beżowy dywan. Kiedy się wprowadzałem, Iside oprowadziła mnie po domu, pokazała mi mój pokój, kuchnię i łazienkę. Sprawiała bardzo formalne wrażenie – czułem się prawie jak z agentką nieruchomości.

Wszystko w jej mieszkaniu miało swoje miejsce – patelnie ułożono według rozmiaru, a cały dom ozdabiały srebrne sztućce, kielichy z kryształu, a także obrazy i meble, których wartości nie potrafiłem nawet oszacować. W salonie, naprzeciwko kominka, stała wielka sofa – poza nią zobaczyłem tam imponującą biblioteczkę wypełnioną nutami Ludovico Einaudiego, kryształowy stolik do kawy udekorowany butelkami whiskey, a także posąg mojego wzrostu. To właśnie patrząc na ten posąg, zdałem sobie sprawę, że w nadchodzących miesiącach wyruszę do świata absurdu, zazdrości klasowej i chybionej nostalgii.


To nie ludzie, to wilki. Prawdziwe, dzikie wilki:


Wraz z upływem czasu, Iside i ja coraz bardziej się ze sobą zaznajamialiśmy. Ona powoli rezygnowała z formalnego tonu, a ja powoli rozstawałem się ze swoim onieśmieleniem. Zaczęliśmy nawet wspólnie jadać kolacje, siedząc przy jej długim stole z czereśniowego drewna, podczas gdy kryształowy żyrandol huśtał się nad naszymi głowami. Siedziałem u szczytu stołu, ona na jego przeciwległym końcu i rozmawialiśmy o literaturze, filozofii i podróżowaniu. Któregoś dnia wyszliśmy nawet na wspólny lunch – gdzieś pomiędzy kanapką a sokiem pomarańczowym zapytała mnie, czy nie chciałbym zostać autorem jej biografii. Co prawda Iside to żadna Baddie Winkle, ale nie można zaprzeczyć temu, że jest nietuzinkową kobietą.

Reklama

Nie zawsze jednak było tak różowo: pewnego dnia, gdy wróciłem z pracy, Iside czekała na mnie z parującą miską zupy. Padał deszcz i widok rozgrzewającego obiadu bardzo mnie ucieszył. Niestety, w tym samym momencie, w którym Iside spytała mnie czy mi smakuje, zorientowałem się, że coś mnie łaskocze w podniebienie. Był to włos – i do tego siwy. Nie dając nic po sobie poznać, wyjąłem go z ust – musiało to wyglądać tak, jakbym się pozbywał kawałka nici dentystycznej. Strzepnąłem go z dłoni i odpowiedziałem Iside, że to niezwykle smaczna zupa oraz że bardzo jej dziękuję.


Dla młodych, starych i całej reszty. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Jak każda starsza osoba, Iside miała swoje dziwactwa: nie radziła sobie z technologią, wypełniały ją też irracjonalne obawy. Dla przykładu, za każdym razem sprawdzała datę przydatności na mleku z przekonaniem, że „ta sprzedawczyni z osiedlowego" chce jej zaszkodzić. Oczywiście, przy dogodnej sposobności wyrażała również swoje oburzenie skandalicznym zachowaniem młodzieży – ale pokażcie mi 85-latkę, która tak nie robi.

Nigdy darzyłem starszych ludzi specjalnym uczuciem, ale to pewnie dlatego, że nigdy wcześniej nie spędzałem tyle czasu ze starszą osobą. Babcia od strony mojej mamy zginęła w wypadku samochodowym, gdy była w moim wieku, jej mąż ostatnie dwadzieścia lat spędził w szpitalu psychiatrycznym, a moi drudzy dziadkowie żyją za granicą, więc widujemy się tylko raz do roku.

Reklama

Jak zmienia się twoje życie, gdy obchodzisz 30. urodziny? Przeczytaj


Ja nigdy nie będę jej wnuczkiem, a ona nie będzie moją babcią, ale przyjaźń z Iside nauczyła mnie patrzenia na życie z kompletnie innej perspektywy. Żyjąc z nią, uświadomiłem sobie również to, jak wiele uprzedzeń żywiłem, kiedy wyobrażałem sobie mieszkanie z emerytką. Niemal za pewnik brałem, że skończę jako ktoś w rodzaju opiekuna, który musi chodzić z nią pod ramię po mieście oraz załatwiać wszystkie jej sprawy. Na szczęście moje obawy okazały się chybione.

Kiedy wspominam o tym, z kim mieszkam ludziom w moim wieku, zawsze reagują w taki sam sposób: „Jak mogłeś się w ogóle zdecydować na coś takiego?". Od razu wkładają mnie do szufladki z etykietką „opiekia społeczna", ale nigdy się z tym nie zgodzę. Przez cały czas, kiedy mieszkałem z Iside, moja wolność nie doznała najmniejszego uszczerbku i nie musiałem zgadzać się na żadne kompromisy.

Widywaliśmy się z reguły wieczorami, nigdy nie prosiła mnie o noszenie za nią toreb z zakupami, ani nigdy nie znalazłem jej sztucznej szczęki obok mojej szczoteczki do zębów. Mówiąc szczerze, z nas dwojga to Iside spędzała w weekendy więcej czasu poza domem. Co więcej, w odróżnieniu od innych ludzi, z którymi przyszło mi mieszkać, Iside nigdy nie podkradała mojego jedzenia ani nie rozsiewała po domu brudnych skarpetek.


Przeczytaj naszą rozmowę z 60-latką o ciale dwudziestki


Mogę tylko zgadywać, co o mnie sądzi. Powiedziałbym, że widzi we mnie miłego, młodego mężczyznę, z którym powoli zaczyna się zżywać. Co prawda ma pięcioro wnucząt, ale nie uważa się za dobrą babcię. „Całe życie byłam matką. Niech nikt mi teraz nie zawraca głowy, żebym była babcią", powiedziała mi kiedyś. „Oczywiście, że kocham moje wnuki i często się widujemy, ale nie jestem jedną z tych babć, które na okrągło do nich wydzwaniają, żeby spytać jak leci. Chcę móc się w końcu skupić na sobie".

Podczas naszych rozmów nigdy nie próbowała uczyć mnie życia: tylko raz – po incydencie z włosem – zaproponowała, że zdradzi mi swoje sekrety gotowania. Sprawia wrażenie pogodzonej ze swoim wiekiem i rzadko decyduje się na rozmowy o przeszłości. Woli skupiać się na tym, co jeszcze jest przed nią i na miejscach, które jeszcze musi odwiedzić. I – w odróżnieniu ode mnie – Iside nie boi się umrzeć. „Czy jest czego się bać? Życie po prostu takie jest i żadna ilość strachu tego nie zmieni" – to rada, którą często od niej słyszę. A usłyszeć takie słowa od kobiety, która co rano wyłącza Wi-Fi, bo „router się tak strasznie nagrzał, a co jak wybuchnie pożar!?" – to naprawdę coś.