Po co palisz
Zdjęcie: Flickr/Ludovic Bertron

FYI.

This story is over 5 years old.

zdrowie

Po co palisz

Społeczny wizerunek palacza się zmienił. Niegdyś buntownicy, dziś dający sobą pomiatać konformiści. Wtedy wychodzili przed szereg, teraz co najwyżej na balkon albo przed bramę korporacji
21.7.15

Niegdyś siekiery dymu zawieszano pod sufitami biur, gabinetów, barów i szpitali. Siwe smugi drażniąc spojówki, czyniły ludzi bardziej wylewnymi. Dzięki kojącemu efektowi tytoniu „człowiek czuje się lepiej nastawiony i bardziej skłonny do ustępstw – zaś ciągłe doprowadzanie do wzajemnych ustępstw jest tym, z czego żyje dyplomacja" twierdził Otto von Bismarck. Być może dlatego właśnie Okrągły Stół spowijała błękitna łuna, a politycy z papierosem nieobecni są tylko na wizji.

Jednak dla palaczy nastały trudne czasy. Fit moda nie cierpi dymu. Palacze nie trzymają tempa w maratonach. Trudniej im się skręca, gdy suną na rowerach. Czasem w lokalach stłacza się ich w zaimprowizowanych gettach. Przyglądają się zabawie przez szklaną ścianę.

Pamiętam jeszcze czasy, gdy paczka szlugów chodziła po 3,5 zł. Gdy u starej peciary, co sklep miała na żółtych blokach, można było kupować szlugi na sztuki. Sprzedawała gówniarzom bez pytania. Inaczej ten z monopolu koło gimnazjum. On zawsze kazał piwo wynosić w plecaku. Starsi kumple, co nie śmierdzieli groszem, zbierali kiepy do słoika. W piwnicznej kanciapie organizowali degustacje. Prawdziwi kowboje z podwórka. W daszkach zamiast kapelusza.

Obecnie polowanie na niedopałki w zasadzie dotyczy tylko żulików. Społeczny wizerunek palacza zmienił się diametralnie. Niegdyś buntownicy, dziś dający sobą pomiatać konformiści. Wtedy wychodzili przed szereg, teraz co najwyżej na balkon albo przed bramę korporacji. W zimie spalić na szybko, bo piździ. Gorzej jeszcze, jak pracodawca potrąca z pensji. Co innego w parku, z kubkiem ze Starbucksa, w dzień słoneczny dołożyć chmurkę na bezobłoczne niebo. Albo u siebie – w czterech żółtych ścianach, z pożółkłą książką na kolanach.

Zaraz popłyniemy w statystki, liczby i obrazy. Wpierw jednak Witkacy: „Początek palenia przypada zwykle na okres pierwszych miłości, tzw. «weltszmerców» czyli mniej lub więcej uświadomionych przeżyć metafizycznych" ( Narkotyki – niemyte dusze). Że coś jest na rzeczy, wie każdy, kto zapalił papierosa po . Albo nawijał głodne kawałki koleżankom, by do tego po się zbliżyć. Kto przed lustrem robił miny z papierosikiem w ust kąciku?

Skumulowane dane, pochodzące z USA, Chin i Indii, potwierdzają, że jeśli do 25 roku życia nie zapalisz, to od dymu jesteś praktycznie wolny. Nad Wisłą aż 91% wszystkich palących uzależniło się przed osiągnięciem granicy ćwierćwiecza. Toteż koncerny tytoniowe dbały o to, by ich oferta trafiała do właściwych adresatów. Im młodsi, tym lepsi. Byle tylko przemysł nie upadł, jak „populacja niewydająca potomstwa, która wkrótce wymrze" (dokument R.J. Reynolds Young Adult Smokers: Staretegies and Opportunities , 1984 rok). Krańcowym przykładem takiego podejścia było stworzenie dla potrzeb marki Camel niezbyt urodziwego dromadera. W latach 90. maskotka cieszyła się 91% rozpoznawalnością wśród amerykańskich 6-latków. Porównywalnym z Myszką Mickey.

Iain Gatley (Kulturowa historia tytoniu) podaje, iż na przełomie lat 70. i 80. jedna z firm konsultingowych radziła Philip Morris przeprowadzenie z młodzieżą „dyskretnych" wywiadów w miejscach letniego wypoczynku. Ich efektem była konstatacja, iż najlepiej uwodzi sponsoring koncertów rockowych i sportowych wydarzeń. Obecnie ze sportu tytoń wypchnięto niemal ze 100% skutecznością, choć jeszcze w 1994 sam tylko J.R. Reynolds przyznał się do wsparcia 2736 imprez. Ostatnią areną, której koncerny kurczowo się trzymają, jest Formuła 1. I to pomimo bana na promocje marki. Philip Morris dla przykładu przedłużył swój kontrakt z Ferrari na trzy kolejne lata. Widocznie wystarczy czerwono-biały bolid, by robił za Marlboro-mobil.

Ale nie ma chyba co się tej decyzji dziwić. Na rozpoznawalność swoich flagowych marek koncerny tytoniowe pracowały latami. Dorota Mierzejewska, terapeutka uzależnienia nikotynowego z kliniki Free Forever, w rozmowie z VICE podkreśliła, że to wskutek uzależnia całej ikonosfery jednostce tak trudno wyrwać się z nałogu. Korporacje, dwojąc się i trojąc, zaszczepiły popkulturze bakcyla nikotynizmu. A ta, choć, uporczywie pragnie rzucić, to wystawia nas wciąż na zaczadzone teksty.

Wspomniany Philip Morris, wiedział co robi, płacą c 42 tys. dolarów producentom Supermana II za wjebanie Człowieka ze Stali w reklamowy furgon Marlboro. Scena legendarna i prawdziwie złoty interes ubity na srebrnym ekranie. Wbrew literze komiksu, rozpalono też Lois Lane. Trzy lata później, w 1983 r., Sylwester Stallone za palenie w pięciu kolejnych filmach krzyknął już sobie (bagatela) 500 tys. dolców. Tak się tworzy bohaterów. Bo i trudno sobie wyobrazić Jima Starka (James Dean w Buntowniku bez powodu), Catherine Tramell (Stone w Nagim instynkcie ), czy Tylera Durdena (Pitt w Fight Clubie) bez papierosa. A przecież lista kinowych palaczy jest znacznie dłuższa.

Fajką zwykło się podkreślać niezależność, siłę, witalność i seksapil palącego bohatera. Czyli dokładne te cechy, których generalnie palacza palenie pozbawia. Przy tym nie różnicuje ze względu na płeć. Daje obietnice przyswojenia atrybutów pożądanych zarówno ze względu na ich (typową) „męskość", jak i „kobiecość". Tak sobie tłumacz.

Zresztą teraz nawet z filmu ćmiki są stopniowo rugowane. Disney poinformował, że papierosy ostatecznie znikną ze wszystkich ich produkcji. Zakaz obejmuje również produkcje (należących do koncernu) studia Pixar, Lucas, a także uniwersum Marvel Comics. Dym ma jednak pozostać przywilejem postaci historycznych. Jaką siłę mogą mieć takie obrazy z przeszłości, wie każdy, kto choć na chwilę wszedł w nostalgiczny świat Mad Mena.

Jednak za szczególnie symptomatyczny dla zjawiska eliminacji palenia ze srebrnego ekranu może uchodzić Dziękujemy za palenie (2005) Reitmana. Opowiedziana historia Nicka Neylora, rzecznika tytoniowego koncernu, jest tyleż zabawna, co przewrotna. W jednej scen bohater zostaje porwany, a następnie chce się go uśmiercić ogromną ilością plasterków z nikotyną. Utarło się powtarzać że śmiertelna dawka tego jadu w formie czystej to około 60 mg (podanych doustnie). Tyle, co w 10 Camelach (lightach), co jednak niekoniecznie pokrywa się z prawdą. Wypalić (wypić?) nikotyny można znacznie więcej. Niemniej, w Dziękujemy za palenie, mimo wszechobecnych gadeko papierosach, na ekranie nie pojawia się ani jeden palony fajek.

Jak radzą sobie koncerny tytoniowe w świecie, w którym nie mogą się już promować? Walczą paczką i o paczki. Na rynku bowiem ciasno, a odsetek palaczy od dekady pozostaje mniej więcej stały. Dorota Mierzejewska zwraca uwagę, iż w 2003 roku 30% społeczeństwa żyło w „tytoniowym stresie". Dekadę później 27%. Sukces?

Podłóg raportu GATS, pod wpływem „groźnych napisów" tylko 16,5% nałogowych palaczy rozważało rzucenie. Jako palacz przyznaję, że napis „Palenie zabija" najpierw bawił, potem drażnił, teraz stał się pustym hasłem. Koncerny prześcigają się bowiem w designerskim kunszcie. Paczki mają kusić i pozycjonować.

Toteż nie dziwi, że koncerny gotowe są iść na wojnę w obronie opakowań. Bo bliźniacze paczki wytrącają producentom jeden z najpotężniejszych oręży, jakim dysponują – tożsamość. W Australii, która w walce z paleniem odnosi sukcesy nieporównywalnie większe od Polski, pudełka ujednolicono w roku 2012. W ciągu dwóch lat branża odnotowała spadek dochodów rzędu 100 mln dolców. Zaś odsetek palaczy spadł 3%. Czy wzorowana na australijskiej ustawa brytyjskiej Izby Gmin zainspiruje Kontynent do przyjęcia podobnych rozwiązań? Zamiast siekiery dymu, pod sufitami unosi się mgła obaw. U nas być może szczególna. Bowiem Polska jest tytoniem syta i na europejskim rynku tytoniowym odgrywa rolę „przedmurza". W naszych granicach znajduje się 20% wszystkich fabryk, a branża tytoniowa pokrywa 8% wydatków budżetowych. I choć generowane koszty opieki zdrowotnej mogą przytłaczać (w 2004 był to 18 mld), to na profilaktykę władza się nie wykosztowuje, a nawet na niej oszczędza. Za to z żelazną konsekwencją śrubuje akcyzę.

Branża tytoniowa przez lata zdążyła zjeść zęby (czy może wypluć płuca) na naginaniu przepisów i omijaniu zakazów. Reklamują się nadal, niejednokrotnie dość spektakularnie. Chyba niedościgniony, póki co, jest w kraju Lucky Strike, który w 2012 na Openerze za zakup fajek oferował przejażdżkę na diabelskim młynie. Jednak każdy szanujący się festiwal ma swój chillout room, kołysany dymem. Jak może nie pociągać tajemniczy, elitarny lokal w kształcie sześcianu, do którego wstęp jest tylko dla wybranych? Tak to często wygląda. Czasem obecność marki ogranicza się tylko do stoiska z merczem. Prezenty w stylu czapki, smycze, chińskie zegarki albo słuchawki. Szmelc nic nie wart.


Nie tylko dla palaczy. Polub fanpage VICE Polska


No dobra, ale co z rzucaniem? Tutaj ja oraz (jak podaje Dorota Mierzejewska) 440 tys. innych łebków w Polsce, co roku żegnamy się z nałogiem. Na każdą setkę próbujących, ledwie czterem się udaje. Reszcie zostają powroty. Wiadomo, powroty nie są łatwe. Trzeba ponownie się „dotrzeć". Tak sobie tłumacz.

Prawda kryje się w prostym mechanizmie. Od momentu macha do uczucia ulgi mija dosłownie kilka sekund. Krew, mózg, receptory nikotynowe i już zastrzyk dopaminy powoduje, że obok smaku cudzych trampek w ryju, na gębie pojawia się banan – tylko że z czasem już taki przeleżały i niechciany.