Cassius - Ibifornia

Cassius na dobre porzucają - wypalony już chyba do cna - nurt French Touch na rzecz gorącej mieszanki disco, funku, house’u, afrobeatu, synth-popu, psychodelii, a nawet gospel.

|
02 Październik 2016, 10:24am

Nie straszny mi jesienny wiatr i ciężkie od deszczu chmury. Siedzę w miękkim fotelu, patrzę w okno i słucham obłędnie relaksujących dźwięków z nowej płyty Cassius. I wcale mi nie przeszkadza, że są może mało odkrywcze czy ambitne. Nie muszą być. Przecież w połowie muzyki popularnej chodzi o frajdę. A tej przebojowa jak diabli "Ibifornia" daje naprawdę sporo.

Ależ ta muzyka buja! Idzie w biodra jak po swoje, szturmuje kolana lawiną dźwięków - aż nie sposób oprzeć się jej rytmowi. Dlatego o kant… fotela obić siedzenie w nim - to muzyka stworzona do zabawy, do tańca, choć potrafi też ukoić zmęczone ciało i skołatane nerwy, zwłaszcza wtedy, kiedy tempo nieco zwalnia. 

- Długo nas nie było, ale wróciliśmy. Mam nadzieję, że w dobrym stylu, który - dzięki udziałowi zaproszonych gwiazd (m.in. Mike D., Cat Power i Pharrell Williams) - na nasz własny użytek nazwaliśmy… Cassius ant the Family Stone. To muzyka, która da słuchaczom sporo radości - mówi Philippe Zdar, jedna druga francuskiego duetu, który tworzy z BoomBassem od prawie 20 lat. 

Z długą przerwą. Bo nie było ich długie dziesięć lat. Tyle czasu minęło od ich ostatniego, trzeciego studyjnego albumu "15 Again" (nie licząc EP "The Rawkers" z 2010). Dekada to szmat czasu. W sam raz, by rozpłynąć się w niebycie. Stracić fanów. I styl. Albo go zmienić. Lub zmodyfikować. Jak niedawno The Avalanches na drugim, wydanym po 16 latach przerwy krążku "Wildflower". A teraz Cassius, którzy na dobre porzucają - wypalony już chyba do cna - nurt French Touch na rzecz gorącej mieszanki disco, funku, house'u, afrobeatu, synth-popu, psychodelii, a nawet gospel. Utkana z tych gatunków tytułowa "Ibifornia" to nazwa złożona z dwóch słów: Ibiza i California i, jak twierdzą artyści, oznacza utopijne miejsce, które "każdy z nas ma w sobie". 

Tytuł krążka doskonale oddaje jego muzyczną zawartość, kipiącego energią i rozhuśtanego afro-karaibskimi rytmami. Dokładnie takimi, jakie serwuje nam od lat Gilles Peterson. A to dobry wzorzec. Bo umówmy się - porywające "Action" z Cat Power i Mike D na wokalu czy "Go Up" ponownie z Cat oraz Pharrellem to właściwie afro-house. I zarazem najlepsze momenty w tym zestawie. Ale nijak mają się mają one dziś do poprzedniego wcielenia Cassiusa. 

Mnie to nie przeszkadza. Natomiast ciekawy jestem, co na to nowi fani, których duet chce podbić choćby utworem "The Missing" zaśpiewanym przez Ryana Teddera z OneRepublic, a który brzmi jak odrzut z sesji "Blurred Lines" Robina Thicke'a. Szkoda. Na szczęście to jedyna pułapka w tej muzycznej dżungli znakomitych, bardziej ("Ibifornia") lub mniej ("Feel Like Me") tanecznych łakoci od Zdara i BoomBassa, którzy sięgają czasem po… new romantic ("Blue Jean Smile"), a nawet wczesnych Pet Shop Boys'ów ("The Sound Of Love"), czy wreszcie disco-funk z lat 70. ("Love Parade"). Kto ma ochotę na taki egzotyczny koktajl - ręka do góry!