FYI.

This story is over 5 years old.

praca

Pracowałem w przemysłowej hodowli psów – to dręczy mnie do dziś

„Mój współpracownik zaczął dostrzegać, jak obrzydliwe było to, co robiliśmy. Zadzwonił do szefa i złożył wymówienie. Po drodze zatrzymaliśmy furgonetkę w parku i wypuściliśmy szczeniaki z klatek”
22.10.14

Zdjęcia dzięki uprzejmości Marii LaHay

Przez tydzień w 2005 roku pracowałem w przemysłowej hodowli psów. Razem z kolegą zgłosiliśmy się na kierowców furgonetki, która pośredniczyła między hodowlą psów w stanie Iowa, a sklepami ze zwierzętami w Nowym Jorku. Kiedy zgłaszałem się do pracy, nie miałem pojęcia, że popełniam przestępstwo i że będzie mnie to dręczyło do końca życia.

Mój kumpel Pete i ja mieliśmy zaledwie po dwadzieścia parę lat i prawie nigdy nie opuszczaliśmy rodzinnego miasta. To była dla nas szansa, żeby zarobić łatwą kasę i przy okazji podróżować. Jako że jesteśmy artystami, zawsze mieliśmy problem z forsą. A do tego te szczeniaki! Aż serce mi biło na myśl, że będę mógł przemierzać Chicago, Detroit, Boston i Nowy Jork – miejskie dżungle muzycznych bohaterów i mityczne krajobrazy, o których wcześniej mogliśmy tylko przeczytać w kolorowych magazynach – a wszystko to w samochodzie z czterema czy pięcioma uroczymi szczeniaczkami na kolanach.

Reklama

Pracę załatwił Pete. Nasz pierwszy transport startował pewnego styczniowego dnia o piątej rano. Ledwie przytomny znalazłem się na żwirowej drodze i pierwsze, co poczułem, to smród – a potem zauważyłem pieski i usłyszałem wycie.

W przeciwieństwie do Pete'a nie dorastałem ani nie pracowałem na farmie, ale spędziłem tam wystarczająco dużo czasu, żeby poznać dobrze zapach nawozu i nie bać się odgłosów rodzącej świni. Jednak hodowla psów to inna sprawa: zupełnie jakby silnik samolotu przywiewał smród z miejskiego wysypiska śmieci. Przez 22 lata w stanie Iowa nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym.

Budynek był oświetlonym hangarem pełnym korytarzy z metalowymi klatkami. Klatki poustawiano jedną na drugiej – czasami sześć lub siedem sztuk na kupie, a w nich po trzy lub cztery psy różnych ras: buldogi, husky, beagle, mastify, rottweilery, nie starsze niż osiem tygodni. Wszystkie chciały, żebym je wyciągnął, domagały się kontaktu i to bynajmniej nie dlatego, że chciały się ze mną pobawić jak na filmikach z YouTube. Poza jękami tych cierpiących istot nic innego nie było słychać.


Najlepsze z VICE w twojej skrzynce. Zapisz się do naszego newslettera


Nie mogłem mieć do nich pretensji, mi też chciało się wyć. Smród setek psów sikających i srających jeden na drugiego spowodował, że sam musiałem pójść do łazienki i zwymiotować wypitą kawę. Przenieśliśmy dwa owczarki i trzy dogi do furgonetki. Klatki w aucie wyglądały tak samo: ustawione jedna na drugiej, nie większe niż duży bochenek chleba. Pod klatkami rozsypano trociny, żeby łatwiej było potem zbierać psie kupy. Pete wpychał po dwa czy trzy szczeniaki do jednej klatki, bo musiało jeszcze starczyć miejsca na większe psy. Moje bajkowe marzenie o kilkunastu szczeniaczkach okazało się niesmacznym żartem.

Reklama

Jedna z suk przykutych łańcuchem do ziemi przez cały czas szczekała, ponieważ odbierano jej młode. Jednak jej głos był cichy i chrypliwy. Potem się dowiedziałem, że usunięto jej krtań.

W tym momencie ludzie mnie pytają, dlaczego zostałem w tej pracy, widząc, w co się wpakowałem. Czemu nie odmówiłem i nie wróciłem do domu tego samego ranka – nawet pieszo?

Pete już w samochodzie następująco skwitował moje protesty:
– Zjadłeś śniadaniowe burito z McDonalda. Jak ci się wydaje, w jaki sposób zostało zrobione mięso z kurczaka w twoim burito? Ludzie, którzy kupują te psy w centrach handlowych, mogą nie wiedzieć, skąd te szczeniaki pochodzą. Ale my jesteśmy tylko biednymi pracownikami, dlatego widzimy, co kryje się na zapleczu.

Pete dorastał na farmie, pracował w gospodarstwie: pobierał knurzą spermę i podrzynał gardła indykom. Wiedziałem, że jeśli chodzi o zwierzęta, jestem zbyt wrażliwy, ale nigdy nie okazywałem tego publicznie. Inaczej przez lata w szkole byłbym gnębiony. Pamiętam z dzieciństwa, jak moi koledzy często i chętnie torturowali oraz podpalali koty i wiewiórki – a ja z całych sił starałem się nie płakać w obawie, że mnie też tak mogą potraktować (we Francji do XIX wieku podpalanie kotów było publiczną rozrywką).

Nie wychowywałem się w domu, gdzie wpajano współczucie dla zwierząt. Dla mojego ojca zwierzęta domowe były albo mięsem, albo niedogodnością. Skąd w takim razie u mnie ta empatia? Dopiero w wieku około 22 lat zdałem sobie sprawę, że są na świecie inni ludzie, którzy też potrafią wyczytać ból, lęk i grozę w oczach zwierząt. A jednak wtedy nie miałem wystarczająco odwagi, aby zaprotestować – choć czułem, że to było niemoralne.

Reklama

W furgonetce zmieściło się ponad 100 psów. Musieliśmy być w trasie 24 godziny na dobę. Jedna osoba prowadziła, a druga spała. Nie było zbyt wiele czasu, by nakarmić szczeniaki, a nie wolno nam było im dać nawet chwili wolności poza klatką.

Uchyliliśmy okna, żeby wywietrzyć smród w furgonetce, ale to była zima: -30 stopni i wiatr. A do tego firma nam powiedziała, że szczeniaki nie mogą złapać zapalenia płuc. Choć i tak wiadomo było, że kilka psów podczas transportu zostanie spisanych na straty.

Pete i ja zachorowaliśmy podczas tej wyprawy: nabawiliśmy się zapalenia płuc, a do tego byliśmy niewyspani i słuchaliśmy non stop płaczu psów. To wszystko powoli zaczynało nas psychicznie wykańczać. Czułem się lepiej w chwilach, gdy zostawialiśmy niektóre szczeniaki u lokalnych handlarzy. W Chicago pewien właściciel sklepu poszedł z nami do furgonetki i ostrzegł, żeby unikać policyjnych kontroli, bo jak zobaczą stan auta, to nas zaaresztują za maltretowanie zwierząt. Zacząłem płakać przy obcym człowieku.

Siedem lat po tej całej sprawie dwóch innych gości zostało aresztowanych za dokładnie to samo, co robiliśmy Pete i ja. Zresztą byli pracownikami tej samej firmy. Zostali osądzeni za każdego szczeniaka z osobna. Jeśli już miałbym być aresztowany, to może za zdradę ojczyzny lub za uprowadzenie kogoś albo za kradzież, ale nie za maltretowanie zwierząt.

Jednak prokuratura bardzo rzadko występuje z pozwem sądowym przeciwko hodowcom psów.

Reklama

– Ogólnie rzecz biorąc, kary zawsze będą łagodne, nigdy nie usłyszymy poważnych wyroków – mówi Mary LaHay, przewodnicząca Stowarzyszenia Przyjaciół Zwierząt w stanie Iowa. – USDA (amerykańskie Ministerstwo Rolnictwa) zrobi wszystko, aby ułatwić tym ludziom życie. Da im nawet lata, aby mogli przystosować się do regulaminu.

USDA zachęcało farmerów, żeby zaczęli hodować psy w momencie, gdy rolnictwo przeżywało trudny okres. W 1966 roku prezydent Lyndon Johnson podpisał dekret, dzięki któremu hodowca psów posiadający więcej niż trzy zwierzęta potrzebował jedynie pozwolenie na hodowlę z urzędu, a jego klatki musiały być tylko o sześć cali (15 cm) wyższe niż psy, które w nich zamknięto. Dekret nie wymagał, aby zwierzęta miały możliwość wolnego wybiegu albo kontaktu z naturalnym światłem. ASPCA (Amerykańskie Stowarzyszenie przeciwko Maltretowaniu Zwierząt) szacuje, że w USA istnieje 10 tys. hodowli, a większość z nich ma ponad tysiąc psów.

Najwięcej takich hodowli jest w stanie Missouri, Iowa zajmuje w tym rankingu drugie miejsce. Jednak to w Iowa wprowadzono Ag-gag [„rolny knebel"], czyli prawo, które mówi, że wszelkie filmowanie maltretowania zwierząt jest samo w sobie przestępstwem. Według LaHay Iowa to jedyny stan w USA, w którym nie przeprowadza się rządowych kontroli i inspekcji hodowli psów.

– Brak woli uporządkowania spraw bierze się z hojności zwolenników obecnego stanu rzeczy – mówi adwokat Devin Kelly, który pomaga osobom zgłaszającym się ze sprawami dot. maltretowania zwierząt.

Reklama

Przeciwnicy regulacji to m.in. stowarzyszenie American Kennel Club (największe zrzeszenie kynologiczne w Stanach), które zatrudnia lobbystów do spraw hodowli. Dla nich ryzykowne są wszelkie regulacje: jeśli będą rygorystyczne, cały biznes może upaść. Podobnie jest w przypadku NRA (Stowarzyszenia Broni Palnej) – ludzie z NRA też są przeciwni uregulowaniu prawnemu hodowli, a swoje stanowisko motywują obawą przed zamykaniem hodowli psów myśliwskich.


Nie udajemy, że jest super. Polub fanpage VICE Polska i bądź na bieżąco


Posłowie parlamentu Missouri nie zgodzili się na projekt ustawy, która wprowadziłaby rządową kontrolę nad hodowlami. Argumentowali to zbyt dużymi stratami finansowymi, ponieważ  hodowle psów rocznie wzbogacają stanowy budżet o ok. miliard dolarów. Według raportów ponad 100 najgorszych hodowli znajduje się właśnie na terenie Missouri, a gazeta Riverfront Times podaje, że psy często dostają do jedzenia padlinę z robakami. Zawsze są skołtunione i brudne od własnych odchodów. Zdarza się, że tracą wzrok, mają też rany i zakażenia. Zimą nierzadko zdychają.

W Missouri wprowadzono co prawda prawo mające przeciwdziałać okrucieństwu wobec psów, lecz wg organizacji pozarządowych nie ma ono tej wagi, co pozytywnie przyjęty w konsultacjach społecznych, ale ostatecznie odrzucony projekt. Wymaga ono jednak „wyższych standardów hodowli niż to, które obowiązywało pięć lat temu".

Ustawy mające na celu zwalczanie przemysłowej hodowli mniej miejsca poświęcają samym psom, niż prawom konsumenckim i podatkom. Niektórym hodowlom udaje się unikać konieczności deklarowania dochodów, co pozwala im zarabiać jeszcze więcej (a chodzi o wielomilionowy biznes – LaHay szacuje, że roczne wpływy do budżetu Iowa z sektora hodowli to 15 mln dolarów). Oszczędności poczynione na opiece sprawiają, że trafiające do kupujących zwierzęta często przewlekle chorują.

Reklama

– Wiele szczeniaków pochodzących z tych hodowli to psy chore, czasami z wadami genetycznymi – mówi LaHay.
– Przez to, że przebywały w klatkach i nie miały kontaktu z ludźmi, często obserwuje się u nich zachowania agresywne, wynikające z lęku.

Szczeniaki zazwyczaj uczą się od matki, ale nie w tych przypadkach. Jest to niemożliwe, bo same suki nie mają możliwości ani warunków, żeby jakkolwiek odchować młode. A do tego występują problemy genetyczne (alergie, przesunięcia biodra, zwyrodnienia rzepki). Efekt jest taki, że ludzie kupują psy, przywiązują się do nich, a potem dowiadują się, że pies jest schorowany i będzie z nim wiele problemów.

Przez tydzień, kiedy pracowałem jako kierowca i pośrednik, wielu właścicieli sklepów ze zwierzętami odmawiało kupna tych psów, bo miały poważne kłopoty zdrowotne. Każdy szczeniak był szybko sprawdzany – czy ma kaszel, zakażenie oczu lub inne choroby. Jeśli tak, nie nadawał się do kupna i musiał z nami wrócić do hodowli w Iowa. Bardzo się cieszyłem, gdy udało nam się zostawić szczeniaka w sklepie – przynajmniej otrzymał możliwość poruszania się i zobaczenia naturalnego światła. Nie ma nic gorszego niż powrót do zimnej i ciemnej furgonetki z psem, który właśnie nie przeszedł inspekcji w sklepie.

Gdy dojechaliśmy do Nowego Jorku, były z nami tylko trzy psy, czyli tyle, ile na początku myślałem, że będziemy przewozić. Choć wiele słyszałem o tym mieście w piosenkach Lou Reeda, brakowało nam ochoty i siły, żeby gdzieś pójść albo coś zwiedzać. Chcieliśmy tylko wrócić do domu. Mieliśmy gorączkę i byliśmy niewyspani. Psy, które jechały z nami, też były chore.

Pete zaczął dostrzegać, jak obrzydliwe było to, co robiliśmy. Zadzwonił do szefa i złożył wymówienie. To dało nam trochę czasu, nie musieliśmy już szybko wracać do domu. Gdzieś w Ohio, czyli po drodze, zatrzymaliśmy furgonetkę w parku i wypuściliśmy szczeniaki z klatek. Było tego dnia raczej ciepło, więc nawet mogliśmy się z pieskami pobawić. Na górce, na której było trochę trawy, psy zaczęły skakać z radości – to był ich pierwszy w życiu kontakt ze świeżym powietrzem i trawą. Zaczęły biegać i bawić się z nami. Lizały nas po twarzach z miłości. Nie rozumiały, że to właśnie my stworzyliśmy im piekło, my byliśmy przestępcami. Jedyne, co te szczeniaki wtedy czuły, to radość – możliwe, że to był jedyny taki moment w ich życiu.