Rok 2015 był ważny dla gier indie. Tytuły takie jak Undertale umocniły ich pozycję na rynku i udowodniły ich często ogromną wartość. Jedna z gałęzi gier indie, tzw. retro, nawiązuje w bezpośredni sposób do klasycznych gier sprzed kilku dekad – podobieństwa dotyczą grafiki stylizowanej na lata 70. czy 80., ale też samej rozgrywki.
Do tej grupy zaliczyć trzeba pracę licencjacką Łukasza Błochowiaka, absolwenta edukacji artystycznej na Akademii Pedagogiki Specjalnej. Składa się na nią 7 gier w stylu (bardzo) retro, odwołujących się do największych klasyków historii gier wideo. Nie są to jednak kolejne pospolite klony znanych produkcji – oprawa stanowi tylko stylistyczną otoczkę, a najważniejsze są tu problemy Warszawy. 8-bitowa Warszawa zwraca uwagę na niektóre z nich, ciesząc znajomymi obrazami i dźwiękami, przypominając kontrowersyjne tematy dotyczące stolicy.
Videos by VICE
Ekran startowy wita nas animowaną tęczą – jeszcze niedawno obecną na Placu Zbawiciela, symbolem budzącym jednocześnie radość i nienawiść w całej Polsce – oraz uroczym motywem dźwiękowym z What is Love Haddawaya w stylu retro.
Wszystkie obrazy: screeny z 8-bitowej Warszawy / Łukasz Błochowiak
Wybieramy jedną z siedmiu gier i zaczynamy. City Invaders to przeróbka Space Invaders, które stawia nas w roli obrońcy Warszawy. W końcu dlaczego kosmici mieliby w nieskończoność najeżdżać Stany Zjednoczone? Obrona rodzimych zabytków to miła rzecz, o ile nie jest się członkiem tej grupy, która chce zburzyć Pałac Kultury.
Klasyczna gra Arkanoid została przez Łukasza przekuta w Reklanoid. Za pomocą paletki odbijamy piłeczkę i zbijamy wstrętne reklamy z fasad znajomych budynków, np. Rotundy. Po ukończeniu poziomu widać entuzjastyczną reakcję mieszkańców na ekranie – w końcu komu obrzydliwe wręcz ilości banerów i tablic to polska plaga, nie tylko w Warszawie.
W przyprawionej szczyptą czarnego humoru przeróbce starego, dobrego Froggera, czyli Invalidderze, jako osoba na wózku staramy się przekroczyć ruchliwe uliczki m.in. przy parkingach dworców. Z tego, co wspominał Łukasz, panowie z urzędu miasta nie byli zachwyceni, co samo w sobie powinno posłużyć za rekomendację gry i zwrócić uwagę na tę kwestię.
Można również zagrać w bardziej lokalną opowieść o przygodzie à la Prince of Persia (tyle że książe nie jest z Persji, a z Warszawy), w której po udanej nocy budzimy się w Ursusie. Próbujemy odnaleźć zaginione monety i wspomnienia w dalekiej drodze przez spory kawałek miasta. Plany pokrzyżować nam chcą m.in. strażnicy miejscy, którzy pewnie też mają niezbyt dobry dzień. To zdecydowanie najładniejsza, najbardziej żywa gra.
Pozostałe trzy gry pozwalają nam wcielić się w hipstera biegnącego na Plac Zbawiciela w stylu starego Mario, poznać warszawskie murale, oraz pobawić się w chaotycznego dewelopera, który stawia kolejne budowle bez ładu i składu w warszawskiej wersji Tetrisa.
Spotkałem się z Łukaszem, żeby porozmawiać jego twórczości.
Jak to się stało, że postanowiłeś połączyć temat Warszawy z grami retro?Szukałem tematu na pracę licencjacką. Na początku miałem kilka innych pomysłów – chciałem napisać książkę o Warszawie, potem myślałem o serii plakatów, ale w pewnym momencie uznałem, że fajnie by było, gdyby moja praca wchodziła w interakcję z odbiorcą. Wpadłem na pomysł stworzenia gier przypominających te z lat 70., 80. Zawsze podobała mi się ich oprawa, bardzo minimalistyczna z powodów technicznych, postanowiłem to połączyć z fascynacją moim miastem. Zależało mi, aby ich pomocy zwrócić uwagę na niektóre problemy miasta oraz zwyczajnie kwestie dotykające mnie, jego mieszkańca.
Skąd twoja fascynacja tym miastem i co przez nią rozumiesz?
Uwielbiam historię Warszawy, jej charakter i klimat. Interesuje się architekturą tego miasta, chociaż pewnie nigdy nie dałbym rady studiować architektury. Urodziłem się w Warszawie, mieszkałem w niej bardzo, bardzo długo i choć pewne sprawy zmusiły mnie niedawno do przeprowadzki, to i tak większość czasu spędzam właśnie tutaj. Oddziałuje na mnie swoją historię i szeroko pojętą „otoczkę”. Moimi grami chciałem w pewnym stopniu wypromować Warszawę, nie krzycząc jednocześnie jak ja ją kocham, kup koszulkę itd., bo nie o to mi chodziło. Zostawiam gracza z tym, jak ma do niej podchodzić – już same ekrany tytułowe mogą być odebrane dwuznacznie.
Czy przewidujesz opcje kupienia lub ściągnięcia twoich gier?
Pewnie ściągnięcia. Mimo tego, że mam prawa do całości i poszczególnych części kodu, to wydaje mi się, że lepiej to udostępnić jako freeware z możliwością dotacji. Gry miały być dostępne już dwa miesiące temu, ale najpierw wypadły mi warsztaty w Niemczech, teraz też mam sporo pracy i po ludzku nie mam wolnej chwili, by się tym zająć. Całość jest praktycznie skończona, pozostało trochę bugów do usunięcia. Chciałbym, żeby całość odebrano może nie jako manifest artystyczny – bo to zalatuje próżnością – ale też nie do końca takie zwykłe gry. Dla mnie są raczej środkiem przekazu.
Potwierdziłeś już wersje na Maca i Windowsa. Czy gra pojawi się na urządzeniach mobilnych?
Prawdopodobnie byłaby to najlepsza opcja, ale nie jest to takie proste pod względem technicznym, one się bardzo różnią pod względem kodowania. Wiem, że da się to przekompilować w Javie, w której zresztą wszystko zrobiłem. Niemniej jednak nie jest to łatwe i potrzebowałbym na to o wiele więcej czasu.
Jaką ocenę dostałeś z pracy licencjackiej?
Zdałem z wyróżnieniem, ale nie lubię się chwalić. Dość powiedzieć, że podeszli do mojego projektu entuzjastycznie. Do prezentacji swojej pracy użyłem starego Macintosha…
Takiego kolorowego?
Nie, jeszcze starszego, całego szarego Classica. Włożyłem tam iPada i bezprzewodowo przesyłałem z laptopa, więc na maleńkim ekraniku wyglądała jakby to na niego właśnie powstała. Spodobało im się!
Liczyłeś na zaliczenie pracy i pogrzebanie tematu, czy raczej na duże zainteresowanie? Czy jesteś zaskoczony odzewem?
Dobre pytanie. Obronę miałem w czerwcu, ale dopiero po paru miesiącach stwierdziłem „dobra, może komuś to pokażę, może kogoś to zainteresuje”. Podsunąłem je pewnej gazecie, oni zrobili artykuł, a potem zaczęli się do mnie odzywać różni ludzie, trochę jak lawina. To dla mnie bardzo dziwne przeżycie, bo nie jestem typem, który walczy o rozgłos, ale bardzo mnie to ucieszyło. Może będzie to inspiracją dla kogoś innego o podobnym pomyśle, kto też będzie chciał zrobić coś podobnego.
Trzymam kciuki za kolejne projekty i dziękuję za wywiad.
Więcej o pracy licencjacką Łukasza dowiesz się z jego strony na Facebooku na Facebooku.