Tym z nas, którzy w modzie siedzą nie więcej niż dekadę, ciężko byłoby wskazać dokładnie sezon, w którym fashion weeki na całym świecie przybrały formę szaleńczego cyrku desperacji. Dla pokolenia bardziej doświadczonego w temacie – „starej gwardii”, jak zwykło się ich nazywać pieszczotliwie – powiew zmian kojarzyć mógłby się raczej z huraganem. Ten szokujący napływ nowości spowodował lawinę reakcji, których najlepszym przykładem może być artykuł Suzy Menkes w „T Magazine” w lutym tego roku, w którym zaznacza, że „zamieszanie powstające wokół pokazów mody zdaje się być tak samo ważne, jak sam pokaz, odbywający się w pilnie strzeżonym namiocie” czy odezwa tracącego cierpliwość Oscara de la Renta do portalu WWD z sierpnia, w której pyta „Po co mi 20 milionów ludzi [ na pokazie] o żadnych powiązaniach z modą?”
Catherine Bennett, vice-dyrektor i dyrektor zarządzająca agencji IMG, odpowiedzialnej za Mercedes-Benz Fashion Week, w wywiadzie dla „Wall Street Journal” ogłosiła, że jej firma podziela zdanie de la Renty i zaproponuje bardziej zaciszne miejsca, czego efektem ma być skuteczny odsiew ludzi nie będących „true fashion insiders” - takich jak bloggerzy, fotografowie mody ulicznej, czy inne nowopowstałe profesje okołomodowe. Czy można jednak pozwolić sobie na cofnięcie zaproszenia na pokazy komuś, komu to zaproszenie przysługiwało od lat? Czy zapraszanie mniejszej liczby gości wyrządzi jakąkolwiek szkodę tłumom tych niezaproszonych, gromadzących się pod lokacjami? I co ze wszystkimi redaktorami, którzy powinni na pokazie się pojawić, a i do tej pory mieli problem ze zdobyciem wejściówki na niektóre z nich?
Moda jest elitarna. To nie tylko niezaprzeczalny fakt, ale i filar, na którym opiera się fundament przemysłu, który nieustannie musi podnosić poziom, by wciąż wzbudzać pożądanie i zainteresowanie. Dla tak staromodnej instytucji, pojawienie się blogów i portali społecznościowych było jednocześnie wybawieniem i klęską. I dlatego genialny plan IMG potrzebuje kilku poprawek. Bo jak domy mody mają odczuć korzyści płynące z istnienia internetu, jeśli chcą uszczuplić widownię pokazów o ludzi, którzy są autorami (często natychmiastowych) relacji online? To odnosi się nie tylko do bloggerów, ale i do czasopism. Fajnie jest mieć w pierwszym rzędzie znane twarze i ważne persony, ale w większości przypadków to ich delegaci, zajmujący tylne rzędy, zajmują się robieniem zdjęć, puszczaniem postów na Tweeterze i Instagramie, filmują, przeprowadzają wywiady za kulisami, strzelają polaroidy modelkom i robią całą masę innych rzeczy, ku uciesze PR-u.
O ile pozbycie się z pokazów bloggerów jest równoznaczne z tym, że czasopisma i magazyny z całego świata zostaną zapraszane na ich miejsce w liczbie wyższej niż trzech przedstawicieli tytułu, tym samym, wrócimy do korzeni. Ale wszyscy wiemy, że to nie będzie miało miejsca. Skoro nie zaprosimy bloggerów, to niby czemu mielibyśmy zapraszać asystentkę krytyka modowego? Mogą przecież napisać swoje notatki ze zdjęć, prawda? Użyć cytatu z projektanta od kogoś, komu udało się z nim porozmawiać? O ile dwa przeciwne narożniki mediów modowych – bloggerzy i dziennikarze – uwielbiają szydzić z siebie nawzajem, to bolesna prawda wygląda tak, że są na siebie skazani, dopóki nie wydarzy się jakaś większa rewolucja, która wstrząśnie przemysłem mody.
Jeżeli organizatorom pokazów mody naprawdę zależy, by coś się zmieniło, powinni zająć się czymś poważniejszym niż rozważania nad lokalizacją czy układem krzeseł.
Ekskluzywność prowadzi do rodzenia się elity, a ta z kolei może być zaczątkiem fandomów. Im bardziej prywatny pokaz będziesz chciał zorganizować, tym więcej ludzi będzie chciało się na niego wbić i więcej wkurzających fotografów mody ulicznej będzie się kręcić pod wejściem, utrudniając przedostanie się gościom do samochodów, żeby dotrzeć na kolejny pokaz. Prezentacje modowe powinny zachować w jakimś stopniu swój ekskluzywny charakter, ale ucząc się na błędach poprzedników, powinniśmy już wiedzieć, że zwalczanie naturalnie przychodzących zmian do niczego dobrego nie prowadzi. Wielu z nas ma ten magiczno-romantyczno-nostalgiczny stosunek do pokazów w starym stylu – od lokalizacji, przez światła, zapach i ten moment, w którym pierwsza modelka wkracza na wybieg. Ten klasyczny model nie da się wyplenić zbyt szybko. Dla odmiany, projektanci i PR-owcy stają przed wyzwaniem znalezienia sposobu na dogadanie się z niemalejącą grupą ludzi, nie klasyfikującej się do kategorii „true fashion insiders”, cokolwiek by to miało znaczyć.
W zeszłym sezonie na przykład Victoria Beckham zorganizowała w Paryżu imprezę dla bloggerów, która okazała się wielkim sukcesem. Projektantka sama poprowadziła ten event, zapraszając członków wirtualnego światka do przeprowadzenia z nią wywiadów i zrobienia tylu zdjęć gotowych do publikacji na blogach i Instagramach, ile tylko dusza zapragnie. Jeśli więcej projektantów zaczęłoby dopuszczać do swojej świadomości fakt, że to unowocześnienie jest już dość zadomowione w realiach, może udałoby się zarezerwować pokazy mody dla tej ograniczonej widowni, jednocześnie organizując osobne eventy o podobnej randze dla reszty. Jeśli chodzi o tę część bywalców pokazów, którzy nie są ani dziennikarzami ani nawet bloggerami, sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Wszystkim nam się marzą mniejsze tłumy oblegające pokazy, jednocześnie nie można zapominać o tej niszy przyszłych autorów i stylistów, którzy wykorzystują pokazy jako twórcze doświadczenie, prawdopodobnie dostając się na nie wprowadzeni przez kogoś czy poprzez inne kombinatorstwo. Tę kwestię też trzeba jakoś przyswoić.
Kiedy magazyn The Cut opublikował jakiś czas temu artykuł dotyczący rzeczonej dyskusji, zatytułowano go „Will getting rid of ‘fashion bloggers’ return fashion week to its former glory?” [„Czy pozbycie się bloggerów modowych przywróci fashion weekowi jego świetność?”] Może i tak, ale powinniśmy mniej skupić się na liczbie ludzi na pokazie, a bardziej zwrócić uwagę na relacje, które są wytworem tych obecnych. Jeśli piszesz dla jakiegoś magazynu, projektantom będzie zdarzało się zapytać cię co myślisz o bloggerach, czy ich opinie powinny mieć jakiekolwiek dla nich znaczenie i kogo powinni brać pod uwagę przy rozsyłaniu zaproszeń na swoje pokazy. A odpowiedź? Wykształcony, wrażliwy przedstawiciel mediów, który przyglądał się modzie z możliwie obiektywnego punktu widzenia, nie tylko od strony tego, w co ubrany jest na ostatnim zdjęciu zrobionym po wyjściu z pokazu, nie powinien uznawać rosnącego zainteresowania popkulturowego modą za nic złego.