FYI.

This story is over 5 years old.

Kultura

Na dnie awangardy

Nie rozumiesz sztuki współczesnej. Rano w kiblu widzisz gówno, a nie eksponat muzeum

​Zdjęcie ​Flickr/Seth Anderson

Potraktuj ten wpis jak eksperyment. Tym razem masz prawo powiedzieć, że Ci się nie podoba. I uwierz… nie oznacza to, że jesteś debilem!

Teraz eksperymentujemy ze wszystkim - ze sztuką, muzyką, kinem, literaturą, nawet żarciem. Sama nazwa eksperyment gwarantuje sukces. Im mniej rozumiesz tym lepiej. Podoba Ci się to jak kolejna wypowiedź Niesołowskiego, ale uczestniczysz we wszystkich pseudokulturalnych i pseudoartystycznych wydarzeniach. Przeintelektualizowany bełkot przy opisach artystów i wydarzeń utwierdza Cię w przekonaniu, że nie rozumiesz na co właściwie się wybierasz. Tym samym ktoś próbuje Ci uświadomić, że czeka Cię najoryginalniejsza przygoda, która przekracza Twoje granice myślowe. W zasadzie tak się dzieje. Bo w głębi duszy nie potrafisz pojąć, po chuj ktoś tworzy taką sztukę. Empirycznie doświadczasz tego później. Na szczęście, ze współczesną kulturą jest jak z brzydką kobietą. Im więcej alkoholu tym bardziej ci się podoba.

Reklama

Zdjęcie ​Flickr/IntangibleArts

Zalewa nas alternatywny, niszowy i awangardowy chłam. Wśród znajomych używasz jednak określeń takich jak, ciekawa artystyczna wizja lub eksperymentalne środki przekazu. Wszystkie zazwyczaj oscylującą między minimalizmem, a silną emocjonalną ekspresją. Bingo! Masz zdanie jakiego nie powstydzi się żaden współczesny krytyk. To o czym próbujecie rozmawiać, tak naprawdę nie może mieścić się w przyjętych kryteriach wyrażania się o muzyce, sztuce czy kinie. W ogóle nie może być rozrywką dla mas - musi budzić opór wszystkiego. Największy opór tak na prawdę tworzy w Was samych, ale takie wyznania są zabronione. No chyba, że jesteś społecznym masochistą i zamiast zaproszeń na festiwale, wolisz dostawać kupony do klubu disco polo. Nie dajesz sobie zatem wmówić braku wrażliwości na kulturę wyższą, mimo, że wywołuje u Ciebie tyle emocji co izraelska koszykówka.

Słuchasz i oglądasz artystów wyłonionych na granicy poszukiwań festiwalowych programerów. Żałujesz, że kilku z nich nie przekroczyło takiej granicy, z której nie ma powrotu. Trafiasz na festiwale na których wmawiają Ci, że jeśli coś Ci się nie podoba to znaczy, że tego nie rozumiesz. I albo jestem debilem, albo dajesz się oszukać. Debilem przecież nie jesteś, debile nie znają się na kulturze wyższej. I tak oszukuje Cię festiwal, oszukują Cię znajomi, wmawiając że tylko tutaj bawią się jakby jutra miało nie być. Po czym wracają do domu i z żalu, że Budka Suflera kończy działalność, zasypiają wyobrażając sobie autobus Arabów. Nie odzywasz się, przestajesz mieć cokolwiek do powiedzenia na temat muzyki i kina, które są tak alternatywne, że brak Ci słów aby je opisać. Zgadzasz się z resztą, że jest ekstra i idziesz wypić kolejną banie. Ważne, że jesteś tam gdzie wszyscy. Wracasz do domu, walisz na fejsie posta dłuższego niż rozprawka na maturze. Używasz określeń typu #miazga, #pozamiatali, #mózg rozjebany. Wszyscy wiedzą, że byłeś na dojebanym festiwalu. Nieobecni mocno zazdroszczą, obecni jeszcze kminią nad swoim postem. Szczerze, w sercu nosisz nadzieję, że przy kolejnej edycji załapiesz się na epidemie świńskiej grypy.

Reklama

Na drugi dzień przypominasz sobie, że nie udało ci się nagrać żadnego koncertu. Nagrywasz dźwięk wirującej pralki, chyba na wypadek, gdyby ktoś chciał posłuchać eksperymentalnej muzyki. Dorzucisz do tego dźwięk śmieciarki, która codziennie rano wyprowadza Cię z równowagi i już masz seta na miarę ulubionego festiwalu.

Z kinem sprawa ma się nieco trudniej. W samym kinie mniej piją, więc na trzeźwo musisz doszukać się wizji twórcy, przesłania dzieła i wciskać inne zupełnie niepasujące metafory i symbole. Znów oszukujesz siebie, tak samo jak oszukuje Cię Kinga Rusin i twórca filmu, który postanowił położyć kamerę na dwie godziny na łące. Nagrał wizjonerski obraz i wmawia ludziom, że to co widzą niekoniecznie muszą rozumieć, ale z pewnością ma to głębszy sens. Byłeś na tym filmie, jakimś cudem dotrwałeś do końca, nie wyszedłeś z sali, czyli… jesteś pod wrażeniem. Jesteś przecież na festiwalu - oglądasz, rozumiesz, nie krytykujesz. Po raz kolejny nie pozwalasz zrobić z siebie debila i w rozmowie po wyjściu z kina zwracasz uwagę na piękno naturalistycznych obrazów i dźwięków. Interesujące jak 12. edycja Tańca z Gwiazdami, mimo to, udajesz zachwyconego. Kolejny film, kolejne odkrycie. Przez dwie godziny patrzysz na zarejestrowane odbicie wody. Z całego filmu zapamiętujesz tyle, że w 80 minucie przepłynęła kaczka. Ostatni raz tak długo patrzyłeś na wodę w kiblu, jak próbowałeś najebany puścić pawia po muzycznym festiwalu. Mimo to wracasz do domu, wystawiasz na Filmwebie najniższe noty, komentujesz, że to gówno i chłam. Tam nie musisz udawać elokwentnego i inteligentnego miłośnika kina. Na fejsie dzielisz się szokiem i zachwytem nad wizją autora. I mimo, że filmy szokują Cię tak samo jak opóźnienia PKP, masz świadomość że nie zmarnowałeś w kinie ani minuty. Byłeś na festiwalu. Nikt nie zarzucić Ci, że jesteś zacofany. Podoba Ci się wszystko to, co podoba się innym. Wszystkim innym, którzy wyglądają tak samo.

Zdjęcie ​Flickr/Kirsteen

Nie rozumiesz sztuki współczesnej. Rano w kiblu widzisz gówno, a nie eksponat sztuki. Wolisz powiesić na ścianie plakat z Manhattanem w tle, niż czarny kwadrat, na który wydasz całe oszczędności życia. Nie ekscytujesz się widząc kolejny performance gościa, który nakłada na siebie dziesiątki podkoszulek, po czym każda zdejmuje i przybija zszywaczem do ściany. Nie odkrywasz w tym sprzeciwu wobec wojny w Iraku, dominacji technologii nad naszym życiem, ani petycji w sprawie ochrony wymarłych gatunków zwierząt. Jednym słowem, nic w tym nie ma. Ważne że Ty tam jesteś, są tam Twoi znajomi i jesteście ponad statystycznie zajebiści!