Unsound Festival - Weekend

FYI.

This story is over 5 years old.

muzyka

Unsound Festival - Weekend

Udało nam się rozliczyć z najfajniejszym festiwalem w naszym kraju.

Trzydzieści minut oczekiwania w Kinie Kijów udało nam się zabić bawiąc się i komponując psychorapy na rozdawanych przez organizatorów balonach. Stanowiło to idealny podkład do tego, co zgotowali nam V/VM. Po Leylandzie Kirby’m należy spodziewać się tylko niespodziewanego, dlatego wyjście z trumny, karaoke z Bryanem Adamsem czy oglądanie youtuba na kinowym ekranie zupełnie nas nie wzruszyło. Choć nie ukrywamy, że spodziewaliśmy się odrobinę więcej po zapowiadanym “Proper Kaput”. Człowiek-królik tarzający się w bokserkach między fotelami w rytm “Ace of Spades” doprowadził nas jednak do kilkunastominutowego szczękościsku.

Reklama

Najdziwniejszą decyzją tegorocznej edycji jest zestawienie ze sobą występów V/VM i duetu Biosphere & Lustmord. Po godzinie spędzonej na toczeniu beki z Brytyjczyków przyszło nam totalnie skoncentrować się i wczuć w dźwięki megatronów, generowane za pomocą laptopów. I o ile można zachwycać się przygotowanym podkładem filmowym oraz samym konceptem, o tyle sposób jego realizacji nie do końca sprostał naszym oczekiwaniom. Panowie zaprezentowali nam swoje umiejętności, jednak brzmiało to bardziej jak próba siłowania się z dźwiękiem i “przekrzyczenia” partnera niż spójna kompozycja. I niestety, jak połowie sali, przycięło nam się delikatnego komara. Być jednak wybudzonym przez potężny dron – bezcenne. Udało nam się choć na chwilę odetchnąć przed punktem kulminacyjnym wieczoru.

Naszym oczom ukazało się w końcu wnętrze Hotelu Forum. Dywan na podłodze, rozsiane po suficie żarówki i niewyobrażalnie długi korytarz sprawiały, że przestaliśmy tęsknić za Łaźnią Nową. Pozytywnym zaskoczeniem był live Shackletona, który zrezygnował z chorych połamańców na rzecz przystępnego techno. Wyglądający jak nerd sprzed komputera, wydłużył swój set o kawałki nagrane, między innymi, na Three EP's, gdyż Jamal nie radził sobie z podłączaniem sprzętu. Gdy to jednak się udało, do spółki ze znudzonym z obrotu sprawy Italem, naszym ulubieńcem ostatnich kilkunastu miesięcy, zabrali się za dość toporne, house'owe klikanie. W takim właśnie kierunku zmierza ostatnio Daniel (sprawdźcie ostatni singiel "Boi"), ale nam krew przestała dopływać do kończyn i opuściliśmy salę, dotleniając się aż do Juju & Jordash. Ci, wspomagani żywymi instrumentami zagrali koncert dnia. Melodyjny, taneczny deep house porwał mnie do tego stopnia, że trzeba było mnie ściągać z parkietu. Theo Parrisha słyszeliśmy przez chwilę, na tyle, żeby stwierdzić, że jego funkowe kawałki nie są na nasze uszy tej nocy.

Reklama

W sobotni poranek, nie do końca świadomi i odbierający sygnały z zewnątrz, poszliśmy do kamienicy na Krasickiego, gdzie release party zapowiedziało wydawnictwo Sangoplasmo. Trochę z góry, trochę z dołu ostrożnie przysłuchiwaliśmy się, jak grający na kasetach Lutto Lento prezentował plamy pełne organicznych dźwięków, oraz jak The Phantom, już winylowo, zmienił kierunek muzyczny i idealnie wpasowuje się teraz w ramy labelu. Pamiętamy doskonale co działo się rok wcześniej o 15 w Mandze - odbyła się impreza życia. Tym razem, nastawieni głównie na koncert Bee Mask, grzecznie siedzieliśmy, chociaż Amerykanin zdołał rozbujać nasze czaszki, łagodząc wszystkie niedomagania w funkcjonowaniu organizmu dzięki transowym syntezatorom i delikatnym dzwonkom. Progresywne, krautowe kompozycje, z ostatnio wydanym "Vaporware" na czele trzymały cały czas w napięciu, które on sam próbował rozładowywać, uśmiechając się, to do ekranu laptopa, to do publiczności. Nie do końca rozumiemy, co miał na myśli Container, który pograł przez niespełna trzydzieści minut trzaski i piski. To o tyle zadziwiające, że dwa miesiące temu bujał nas swoimi kompozycjami do wczesnych porannych godzin, natomiast tutaj ledwo drgnęły kolanka i trzeba było się pożegnać. Mimo wszelkiej sympatii do albumu Vessela, odgrzewanie go na scenie nie ruszyło nas ani trochę w przeciwieństwie do słonecznego, jesiennego popołudnia nad Wisłą.

Reklama

Nagromadzenie weekendowych wydarzeń odrobinę nas przytłoczyło. Wcale nie mieliśmy ochoty opuszczać swojego lokalu, bardziej niż sceniczna prezencja Sashy Grey interesowało nas unormowanie zakwasów przed nocnymi pląsami. Wbrew zapowiadanym komunikatom, w Krakowie pojawiło się zaledwie kilkadziesiąt bysiorków, którzy chcieli z bliska spojrzeć na królową swoich komputerowych folderów, oznaczonych jako niewidoczne dla pozostałych domowników. Poprzeczka przed występem aTelecine była zawieszona dość wysoko, udało im się jednak przebić Ducktails w ranking na najgorszy występ festiwalu. W wywiadach poprzedzających ich sceniczny debiut często wspominali o swoich inspiracjach – Throbbing Gristle czy występującym poprzedniego dnia Lustmordzie. Nic z tego nie udało się wychwycić w ich secie, który po dziesięciu minutach zaczął nas nużyć na tyle, że wycofaliśmy się z tego pozbawionego sensu przedstawienia. Wizualizację z drzewkami, sarenkami i samą główną bohaterką? Come on, zagram to lepiej w pięć minut. Totalnie.

Doskonałym pomysłem na przetrwanie w Hotelu Forum był brak ogarnięcia kto i po co gra w danym roomie. Wpadając na sety nie kierowaliśmy się nazwą artystów, zaufaliśmy totalnie swoim kończynom. Choć z góry wiadomo było, że Mala In Cuba rozbuja tę całą imprezownię. Sekcja rytmiczna na kongosach i uśmiechnięci od ucha do ucha czarnoskórzy sprawili, że przez godzinę, bez cienia wstydu, uprawialiśmy dancehall, o czym żadne z nas wolałoby jednak nie pamiętać. Po kilku oddechach i zachwytach nad pogrążonym w mgle Krakowie, udaliśmy się do najmniejszej salki, w której na scenie zainstalowali się już Nguzunguzu. I nie wiemy nawet kiedy minęło nam półtorej godziny w pierwszorzędnych pląsach, skandując jednocześnie “Where Have You Been” Rihanny oraz gibając się do naszego ulubionego A$APa. I na co komu te całe dopalacze?

Reklama

Sza/Za/Ze i Demdike Stare mieli obwieścić koniec. Znów dało się zaobserwować kontrast. Do zabawnych, krótkometrażowych projekcji Themersonów trio zagrało równie nośne interpretacje na perkusję, klarnet i skrzypce. Choć w innych okolicznościach występ przykułby więcej uwagi, tak teraz potraktowaliśmy to jak rozgrzewkę przed koncertem gwiazdy. Powracający Miles i Sean to już śmietanka, która pozostała na KONIEC. Demdajków rozbudowano o orkiestrę smyczkową i dedykowane wizuale, co w zestawieniu ze zdobieniami w Synagodze Tempel nadawało wydarzeniu status podniosłego. Chłopaki jednak nie zrobili sobie nic z tego i z pełną swobodą czarowali swoimi atmosferycznymi kawałkami. Najbardziej oczywistym dla nas highlightem było przepięknie wykonane "Jannisary" z debiutu zespołu, w oparciu o rytmiczne smyki. W większej części natomiast grali z ostatniego "Elemental", co również przyprawiało o dreszcze, a także smutek i tęsknotę, że to tak szybko minęło.

Unsound dla spragnionych:
Dzien I

Dzien II i III 

Dzien IV i V