FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

Krew, łzy i obciąganie, czyli cztery sezony ,,Gry o tron'' w 40 godzin

Obejrzenie wszystkich odcinków gry o tron naraz zajmuje łącznie 41 godzin. To jakby Davida Blaine'a obsadzić w Wideodromie w wersji RPG

Uwaga! Tekst zawiera spoilery czterech pierwszych sezonów serialu.

Moja przeprowadzka z Miami do Nowego Jorku przypadła na połowę listopada, gdy w powietrzu czuć już było zimę. Postanowiłam zrobić to samo, co robi wielu mieszkańców północno-wschodniej części USA, kiedy na dworze chłód i ciemność, a przed nami długie miesiące beznadziei: siedzieć w domu i oglądać telewizję. Pochłaniałam wszystko, jak leci. Wszystko, oprócz Gry o tron.

Reklama

Gdy tłumaczyłam, że najzwyczajniej w świecie nie lubię fantasy, wszyscy bez wyjątku mówili: „No co ty, jest tam najwyżej pięć proc. fantasy!". To akurat wyjaśniałoby rekordową popularność serialu, który jest najchętniej oglądanym programem HBO w historii stacji. Niemożliwe, żeby 18,4 miliona widzów, którzy regularnie oglądają serial, z równym entuzjazmem zaczytywało się w książkach z cyklu Koło czasu. Może niesłusznie, ale kojarzyłam ten serial głównie z karłami posuwającymi księżniczki i sporadycznie pojawiającymi się smokami. Średnio fajne jak dla mnie.

Tymczasem ruszył piąty sezon i nikt już nie mówi o niczym innym. Po wpływem presji rówieśniczej (a może raczej zwykłego terroru) uznałam, że moim obowiązkiem jako obywatelki-telewidzki jest nadrobić zaległości albo przynajmniej podjąć taką próbę. Stąd już tylko krok do pomysłu, żeby obejrzeć wszystkie odcinki serialu (łącznie bite 41 godzin), jednocześnie filmując samą siebie podczas tej czynności. To jakby Davida Blaine'a obsadzić w Wideodromie w wersji RPG.

SEZON 1

Okazuje się, że to prawda, co mówią plotki: na kontynencie Westeros trwa jedna wielka, niekończąca się kopulacja. Minęła raptem godzina, a na ekranie każdy zdążył się bzyknąć z każdym na pieska. Strasznie mi żal Daenerys, która najpierw musi znosić fochy braciszka, a potem zostaje wydana za mąż za przerażającego męża mięśniaka. Jej los się odmienia, gdy służąca sprzedaje jej parę patentów na udany seks rodem z „Cosmo"i mięśniak zaczyna jeść jej z ręki. Poza tym trochę się pogubiłam, bo w serialu występuje 500 postaci o imieniu D'horen. Niełatwo to ogarnąć i boję się, że nie nadążam za fabułą. To niezbyt dobrze wróży mojemu eksperymentowi.

Wpadają do mnie kumple. W trójkę zamawiamy meksykańskie żarcie z knajpy na dole, ale notoryczne kazirodztwo i wypruwanie flaków na ekranie dziwnym trafem nie zaostrzają nam apetytu. Widok Daenerys pożerającej serce konia tylko pogarsza sprawę. To chyba nie jest jednak najlepszy sposób na oglądanie serialu… Zamiast przyjemności czuję przed ekranem przymus. Polubiłam Aryę, ale gdy ścinają głowę jej tacie, a ona zaczyna wieść żywot dickensowskiego ulicznika, zupełnie mnie to nie rusza. Czyżby coś we mnie bezpowrotnie pękło?

Reklama

SEZON 2

Miałam w planach krótką przerwę między pierwszym a drugim sezonem, ale decyduję się ciągnąć ten maraton. Nie chcę tracić rozpędu. Poza tym oglądam ten serial już tak długo, że doprawdy nie wiedziałabym, co z sobą zrobić podczas takiej pauzy. Zrozumie mnie każdy, kto bez umiaru ogląda telewizję. Wiadomo też, że po kilkugodzinnym gapieniu się w telewizor pojęcie wstydu staje się abstrakcją. Co za różnica, czy obejrzysz osiem odcinków, czy 15? Przecież i tak nikomu się nie przyznasz, co naprawdę robiłeś przez cały weekend. Oglądając pierwszy sezon, miałam wrażenie, jakby każdy kolejny odcinek przybliżał mnie do celu bardzo długiej podróży. Wyobrażam sobie, że takiego samego kopa dostarcza awans na wyższy poziom w World of Warcraft.

Dość szybko jednak przychodzi świadomość, że maraton z Grą o tron to festiwal śmierci i niedoli. W każdej scenie mieczem wypruwają komuś wnętrzności albo ktoś zostaje brutalnie wydupczony dla politycznej korzyści. Co za stres. Aż ściska mnie w żołądku. Zdaję sobie sprawę, że jest jakieś wpół do drugiej nad ranem, a ja ostatni raz jadłam na długo przed metamorfozą Joffreya w diabła wcielonego. Wszystko już zamknięte, więc dzwonię do taniej knajpki w Queens, żeby zamówić kanapkę z kurczakiem, grubą warstwą syntetycznego żółtego sera i prawie surowego bekonu. Biorę ze dwa kęsy i rzucam ją na łóżko, gdzie będzie leżeć przez kolejne 12 godzin.

Zaczynam ulegać paranoi, że wszystko jest halucynacją. Dochodzę do wniosku, że mój stan psychiczny gwałtownie się pogarsza. Nie przerywam jednak oglądania.

Reklama

Około trzeciej nad ranem dostaję esemesa od jedynego znajomego, którego poznałam już po powrocie do Nowego Jorku. Mieszka przecznicę dalej. Przyjmijmy, że ma na imię Tom. Pyta, czy może wpaść na minutkę. Nie mam pojęcia, co takiego planuje w tym czasie zrobić, ale zwisa mi to. Tęsknię za towarzystwem, bo od siedzenia samej w tej klitce zaczęłam dostawać świra.

Zaraz po przyjściu Tom zaczyna chlipać na kanapie, jednocześnie snując zawikłaną opowieść o chorym kumplu, późnym powrocie do domu i o tym, że rodzice go wyrzucili. Strasznie się powtarza, co budzi we mnie podejrzenie, że coś brał. W tle ryczy telewizor, z którego cały czas leci Gra o tron, ale nie robi to na Tomie żadnego wrażenia, podobnie jak fakt, że ani razu nie oderwałam wzroku od ekranu. Częstuje mnie kwasem, który wcześniej owinął w folię aluminiową. Przez chwilę się waham, ale ostatecznie uznaję, że jeszcze głębsze zanurzenie w świat fantazji to z gruntu poroniony pomysł. Tom postanawia przekimać u mnie na kanapie w dużym pokoju, a następnego dnia zachowuje się tak, jak gdyby nic się stało.

Oglądam dalej.

Tego popołudnia, gdy normalni ludzie już są na nogach i robią mnóstwo rzeczy, przyjmuję znajomych, którzy wpadają sprawdzić, co się ze mną dzieje. Pewnie tak wygląda życie dilera. Ludzie wpadają na kilka minut posiedzieć na kanapie, wychodzą, a potem wracają i zastają mnie dokładnie w tym samym miejscu w niezmienionej sytuacji.

Reklama

Gdy kończą się wizyty, dopada mnie przeraźliwa samotność. „W Grze o Tron albo wygrywasz, albo giniesz – ostrzega w siódmym odcinku pierwszego sezonu Cersei, która właśnie stała się moją przewodniczką duchową. – Nie ma kompromisu". Zbliżając się do półmetka serialowego maratonu, zaczynam rozumieć sens tych słów. Gram w prawdziwą grę o tron, w której czekają mnie tylko zwycięstwo lub śmierć.

Przez cały ten czas nagrywam się kamerą. Liczyłam, że nagranie będzie momentami zabawne (w rzeczywistości tylko jeden kawałek okazał się naprawdę śmieszny – patrz poniżej). W pewnym momencie światełko w kamerze zaczyna mrugać na czerwono. Wysyłam esemesa z prośbą o instrukcje do kolesia, który się na tym zna. Niemal natychmiast dostaję od niego dwa zdjęcia tyłu kamery i wskazówki, jak krok po kroku wymienić kartę pamięci. Widzę masę tekstu, którego sens do mnie nie dociera. Nie rozumiem poszczególnych słów. Nie pomaga ani czytanie ich na głos, ani wyławianie z tekstu zdań zawierających wskazówki. Koleś wysyła mi mejlem filmik. Głos narratora jest monotonny i nikogo nie skracają o głowę. To wyjaśnia, dlaczego nie potrafię się skupić. Oglądam filmik jeszcze dwa razy, aż w końcu się poddaję.

Grzebię przy kamerze przez godzinę. Gdy próbuję gołymi rękami podważyć przyśrubowaną część urządzenia, odnoszę nieodparte wrażenie, że ktoś się ze mnie nabija. Tylko że oprócz mnie nikogo tu nie ma. Zdecydowanym ruchem wyrzucam niedojedzoną kanapkę do śmieci, żeby choć w małym stopniu odzyskać poczucie siły sprawczej.

Reklama

W końcu dzwonię do kogoś innego, kto też zna się na kamerach. Mam wcisnąć przycisk „push", żeby wysunąć kartę z urządzenia. Odpalam serial, a tam setki ludzi płoną żywcem w łodziach.

Nic nie jest już w stanie mnie zszokować. W Westeros życie ludzkie jest mało warte, a obciąganie pały jeszcze mniej.

SEZON 3

Nie prowadziłam oficjalnej ewidencji, ale około 47 razy widziałam, jak Peterowi Dinklage'owi robią laskę. Jestem na to całkowicie uodporniona. Tak naprawdę nic mnie już nie szokuje. W Westeros życie ludzkie jest mało warte, a obciąganie druta jeszcze mniej. Wcześniej Maester Aemon wyjaśnił, że nadchodzi zima, „która będzie długa, a wraz z nią nadciąga mrok". Moje życie to długa zima.

Mam za sobą 25 godzin oglądania Gry o tron i jestem wrakiem człowieka. Ale gdy zaczynają się przygotowania do królewskiego wesela, wyraźnie czuję, że coś wisi w powietrzu. Na wszelki wypadek zbieram się w sobie. Instynkt mnie nie zawodzi, bo ta jedna scena, którą nazwano „czerwonym weselem", to najprawdopodobniej najmocniejsza rzecz, jaką zdarzyło mi się widzieć w telewizji. Gdy jako 17-latka po raz pierwszy oglądałam Dzieciaki, ostatnie pięć minut filmu spędziłam na stojąco, wrzeszcząc na telewizor. Tym razem jest podobnie. Do tej pory jakoś sobie radziłam z wszystkimi zgonami w filmie, w tym ze śmiercią Neda Starka, ale teraz po policzkach płyną mi łzy. Siedzę ze wzrokiem wlepionym w ekran, na którym lecą napisy końcowe. Ze stuporu wyrywa mnie dopiero rozbłyskujące na ekranie logo HBO. Wyglądało to tak:

Reklama

SEZON 4

Ten wybuch emocji kosztuje mnie mnóstwo energii. Po raz pierwszy myślę, że fajnie byłoby pójść w kimę. Zaczynam na poważnie rozważać nałożenie bejsbolówki i okularów przeciwsłonecznych à la Weekend u Berniego, żeby oszukać kamerę. Dochodzę do wniosku, że to świetny pomysł i że nikt się o tym nie dowie. Rzucam kamerze nienawistne spojrzenie, bo od teraz jest moim wrogiem.

Czerwone wesele to ostatnia rzecz, jaką pamiętam z serialu. Odpalam czwarty sezon, ale myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Równie dobrze mogłabym gapić się na pustą ścianę. Gra o tron spływa krwią, ale ja już zdążyłam całkiem odpłynąć. Oczy zachodzą mi mgłą i całkiem niechcący zasypiam.

Gdy 11 godzin później budzę się na kanapie z butami na nogach, pierwsze, co widzę, to mrugające światełko kamery, które sygnalizuje, że nagrywanie dobiegło końca. Zaraz potem dociera do mnie, że na dworze jest zajebista pogoda.

Kiedy człapię na dół, żeby nacieszyć się pierwszym dniem wiosny, mam wrażenie, jakby zamiast jednej dorosłej osoby po schodach gramoliło się dwóch przedszkolaków ukrytych w płaszczu. Dolna część mojego ciała nie potrafi się zgrać z górną. Ale to nieważne. Zima się skończyła. A była długa.