media społecznościowe

Udawanie bogacza na Instagramie jest łatwiejsze niż myślisz

Własny odrzutowiec, nawet najmniejszy, to wydatek rzędu pół miliona dolarów. Wcale jednak nie musisz tyle wydawać, by wmówić znajomym, że właśnie wróciłeś z ekskluzywnego weekendu w Rzymie
15 Luty 2018, 9:56am

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Uważam się za przedstawicielkę instagramowego plebsu. Nigdy nie leciałam prywatnym odrzutowcem, podobnie jak żaden z moich znajomych. Nikomu z nas nawet nie przeszło to przez myśl – to jedna z tych dziwacznych rzeczy, które najlepiej pozostawić ludziom pokroju Gucci Mane’a.

Właśnie dlatego tak bardzo mnie zaskoczyło, kiedy w zeszłym tygodniu zauważyłam na mojej facebookowej tablicy – na co dzień przedstawiającej raczej niechlujnych, niezbyt bogatych ludzi – zdjęcie znajomego (nazwijmy go Bobem), który siedział w prywatnym samolocie. Trzymał buty na skórzanym fotelu, a w tle pilot przygotowywał się do startu. Podpis brzmiał: „Weekendowy wypad do Rzymu”.

Bob jest typem pozera. Nie znam chyba nikogo innego, kto w ciągu dnia ubierałby się w czerwone, aksamitne garnitury i sportowe buty od Gucciego. Jego zdjęcia ukazują świat, w którym istnieją jedynie wieczorne wyjścia, stoliki zastawione szampanem i tlenione blondyny z wywalonymi od koksu źrenicami. Odkąd wyjechałam z Londynu, nasze rozmowy ograniczają się do zdawkowych pogawędek na Facebooku. Czasami, gdy późno wracam do domu i widzę, że jest dostępny, zaczynamy pisać. Opowiada mi wtedy o klientach płacących za prostytutki firmowymi kartami i wydających tysiące funtów na alkohol w londyńskim klubie kabaretowym The Box, gdzie pracuje.


OBEJRZYJ: Odkryj świat nielegalnych wielkich kotów z Instagrama


Jego życie napawa mnie mieszaniną grozy i podziwu. Lubi się popisywać, ale dobrze wiem, że lot prywatnym odrzutowcem kosztuje minimum 5 tysięcy funtów (23 tysiące złotych), więc nie masz szans, żeby było go na to stać.

Prawda jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Okazuje się, że Bob poleciał tym samolotem dzięki usługom oferowanym przez jeden z niedawno założonych startupów lotniczych – wykorzystał pusty, ale zarezerwowany przez kogoś innego lot, a następnie dojechał pociągiem do domu. Działa to w ten sposób: odrzutowiec zostaje wynajęty przez jakiegoś klienta, który zarabia duże pieniądze. Jednak gdy ten rezygnuje z powrotu, odrzutowiec musi pusty wracać do miejsca docelowego. Firmy takie jak Victor, Lunajets i Empty Leg Market oferują tanie bilety lotnicze w prywatnych samolotach, o ile zgodzisz się polecieć dokładnie w to samo miejsce, do którego miała dotrzeć osoba, która zrezygnowała z przelotu. Ceny są wyższe niż za normalny lot, ale zdecydowanie nie przypominają tych za prywatny transport. Kiedy to sprawdziłam, znalazłam oferty lotu z Awinion do Genewy za 475 funtów (2200 złotych) i z Palm Springs do Las Vegas za 250 funtów (1200 złotych).

Jak powiedział mi Bob, w ciągu kilku godzin od zamieszczenia fotki z podróży dostał wiadomości od przynajmniej 16 kobiet, które zapytały go, czy mogą z nim polecieć następnym razem. Jednak takie zdjęcia wywołują olbrzymią zazdrość internautów. Na Facebooku przyciągają one rodzaj nijakiej, powierzchownej życzliwości, która z pewnością jest fałszywa. Pojawiają się takie komentarze, jak: „Zasługujesz na to, w końcu ciężko pracujesz”, „Ale z ciebie szczęściarz” i „To niesamowite, że jesteś warty miliony i nadal nie masz dziewczyny… Mam nadzieję, że pewnego dnia spotkasz tę jedyną, która cię pokocha”. (Czy ta osoba nie zdaje sobie sprawy z tego, że tacy faceci nie mają „tej jedynej”, tylko imprezowiczki, które szaleją za nimi na wszystkich kontynentach?).


Mówimy jak jest. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Zakłamywanie rzeczywistości na mediach społecznościowych nie jest niczym nowym: dotyczy to wszystkich celebrytek, które retuszują swoje zdjęcia i wrzucają zdjęcia sprzed lat, które opisują jako „zrobione przed chwilą”.

Im droższe stają się zegarki na nadgarstkach takich facetów, tym większe tyłki mają dziewczyny, z którymi imprezują. Bob poniekąd ma łeb na karku: odwołaj swoje plany na weekend, wydaj kilka stówek za bilet w jakiś przypadkowe miejsce, okłam swoich znajomych i napstrykaj tyle fotek, ile tylko dasz radę. W zamian będziesz cieszył się polubieniami i zainteresowaniem kobiet.

Nikt nie potrzebuje prywatnego odrzutowca. Co więcej, nawet naprawdę bogaci kawalerowie z Instagrama nie mogą sobie na nie pozwolić. Sam Bob przyznaje, że „posiadanie własnego odrzutowca, nawet najmniejszego, to wydatek rzędu pół miliona dolarów (1,6 miliona złotych), plus 2000 dolarów (6,7 tysiąca złotych) za każdą godzinę w powietrzu. Żeby miało to jakiś sens, trzeba być miliarderem”. Takie tanie okazje to kwintesencja czasów, kiedy wszyscy kłamiemy w sieci – nie tylko pozwalają one nam zrobić sobie świetne zdjęcie, ale i zafałszować własne doświadczenia. Teraz wydaje się to już całkiem normalne: czym właściwie różni się to od zapozowanych zdjęć, które potem przerabia się w Photoshopie? „Właśnie się obudziłam”, „Na moim stoliku ot tak leżą tysiące dolarów”. Serio w to wierzycie?

Typowy post na Instagramie autorstwa rzekomego bogacza @akinbelfon17

Można by wręcz polemizować, że sztuczka Boba wcale nie jest bardziej podstępna niż kupowanie garnituru z drugiej ręki czy MacBooka na aukcji w internecie. Jednak nadaje to zupełnie nowy wymiar słynnemu powiedzeniu „pokaż zdjęcia albo nie miało to miejsca” (pics or it didn't happen). Kiedy pytam, czy to wszystko jest warte zachodu, Bob odpowiada: „To inwestycja. Wycieczka do Rzymu kosztuje około 2000 funtów (9,5 tysiąca złotych) za weekend, ale te zdjęcia nigdy się nie zestarzeją. No i dzięki nim mogę udawać, że wydałem pięć razy tyle”. Bob zapewnia, że od momentu opublikowania tych fotek na jego kontach na portalach randkowych „jest zasypywany wiadomościami”.

„Przede wszystkim pamiętaj, że istnieje pewna granica tego, jak bardzo możesz sfałszować swoje zdjęcie” – mówi mi Bob. Gdyby tylko Soulja Boy wiedział to przed wrzuceniem zdjęcia z podróbką Audemars Piguet. Zastanawiam się, czy podróż zorganizowana tylko po to, aby sfałszować pewne doświadczenie, stanowi pewną smutną wydmuszkę, czy raczej najłatwiejszy sposób, żebyśmy się poczuć jak celebryci, których życie obraca się wokół tego, aby jak najlepiej wyjść na zdjęciu. Bob mówi mi, że chce wykorzystać swoje nowe zdjęcia, by przyciągnąć lecące na hajs laski, a potem wyjaśnić im, jak bardzo są zakłamane. Nie wiem, czy mnie okłamuje, ale kiedy pytam, czy przypadkiem nie jest po prostu trollem, odpowiada: „Nie wiem. To takie lajfhaki, tylko z większym budżetem”.


Więcej na VICE:

Reklama