Zrobiłam kaszankę z własnej krwi

Półlitrowy worek na krew pomału się napełniał, a ja patrzyłam w przestrzeń. Co by pomyślała mama, gdyby mnie w tej chwili zobaczyła?

tekst Gwen van der Zwan; tłumaczenie Jan Bogdaniuk
01 Sierpień 2018, 11:00pm

Wszystkie zdjęcia: Gwen van der Zwan

Artykuł pierwotnie ukazał się na Motherboard Netherlands

UWAGA: Artykuł zawiera drastyczne zdjęcia krwi.

Gdy mówiłam znajomym, że chcę przyrządzić krwawą kiszkę z mojej własnej krwi, ich nozdrza rozszerzały się, jakby nagle doleciał ich nieznośny smród. Każda osoba, z którą o tym rozmawiałam, mówiła: „Ja pieprzę, obrzydliwe”.

Obrzydliwe? Moim zdaniem, gdy krowa albo świnia idzie na rzeź — to jest obrzydliwe. Moja krew zawiera większość tych samych składników odżywczych — żelazo, witaminy, minerały — co świńska krew, z której zazwyczaj wyrabia się kaszankę, z tym że żadnemu zwierzęciu nie stanie się przy tym krzywda, tylko mnie. Byłam ciekawa całego procesu. Chciałam zobaczyć, jakie to uczucie, ale też, jak zareagują na to inni. Dlaczego mój pomysł uchodzi za obrzydliwy, ale gdy zrobi się to samo z krwią świni, to wszystko jest w porządku?

Znalezienie strony internetowej ze sprzętem medycznym, który mógł mi się przydać, zajęło pięć minut. Przeglądałam kolejne podstrony pełne skalpeli, pił do gipsu i fartuchów chirurgicznych.

Ponieważ chciałam mieć pewność, że dostanę odpowiedni rodzaj (i dlatego, że igły sprzedawano tylko od 100 sztuk wzwyż), zamówiłam sześć paczek. Kosztowały 8 euro (niecałe 35 złotych) każda. W kategorii „sprzęt do transfuzji” znalazłam worki do zbiórki krwi. Gdy już zapłaciłam za wszystko, co zapakowałam do mojego wirtualnego koszyka, pozostało jedynie czekać.

Następnego dnia wszystko zostało dostarczone na mój próg, a ja cieszyłam się jak mała dziewczynka w Boże Narodzenie, rozpakowując moje worki na krew i sześćset igieł. Mój pokój zaczął nagle przypominać salę operacyjną.

Obejrzałam kilka filmów na YouTube i zalogowałam się na portal randkowy Inner Circle, bo kilka z moich par twierdziło, że są lekarzami. Kilka dni później nakłułam skórę pod swoim łokciem za pomocą odpowiednich rozmiarów igły podpiętej pod worek na krew.

Półlitrowy worek (tyle samo można jednorazowo oddać w banku krwi) pomału się napełniał, a ja patrzyłam w przestrzeń. Co by pomyślała mama, gdyby mnie w tej chwili zobaczyła? Przez chwilę się nad tym zastanawiałam. Co by powiedzieli moi nauczyciele z gimnazjum?


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


Gdy worek się wypełnił, moja ręka była słaba i nieco sina. Czy za ciasno założyłam opaskę uciskową? A może upuściłam sobie za dużo krwi? Nie byłam pewna, ale nadeszła chwila, by wyciągnąć igłę. Brak doświadczenia spowodował, że z żyły popłynęło mi trochę krwi na dywan. Niewielka cena za porządną porcję krwi.

Dzwonek do drzwi. To moja przyjaciółka Fayette, która obiecała pomóc mi przy gotowaniu, bo o krwawej kiszce wie wszystko, co wiedzieć należy.

Przygotowałam wszystkie składniki, po czym przy wesołych pogaduszkach o życiu i miłości razem z Fayette zmieszałyśmy soczewicę, purée z ziemniaków, sos sojowy, zioła i przyprawy w pożywne nadzienie w stylu surinamskim (najwidoczniej najbliższy odpowiednik prawdziwej kaszanki, jakim dysponują Holendrzy — przyp. pol. red.). A potem z rozmachem, ale też uwagą, wlałyśmy do tej mikstury niemal cały worek krwi. Uformowałyśmy papkę w kształt kiełbasek i załadowałyśmy do mojego kombo piekarnik-mikrofalówka z lat 90. Chyba pierwszy raz w życiu zrozumiałam ludzi, którzy twierdzą, że gotowanie „daje im poczucie spełnienia”.

Podczas gdy kiełbasa z mojej własnej krwi, potu i łez dochodziła w piekarniku, z Lafayette posprzątałyśmy kuchnię, która na tym etapie wyglądała jak miejsce zbrodni.

Kaszanka była prawie gotowa, ale co by to była za uczta bez gości? Okazało się, że chętnych do skosztowania mojego krwawego dzieła było nadspodziewanie wielu. Kilku przyjaciół, kolegów z pracy i moja współlokatorka — wszyscy walczyli o miejsce przy stole. Nie miałam tyle kaszanki, więc zdecydowałam się na kolację we dwoje i zaprosiłam przyjaciółkę.

Wyjęłam kiszkę z piekarnika i przygotowałam dwa śliczne talerze. Jako ostatnie pociągnięcie pędzla rozlałam odrobinę pozostałej krwi na obu talerzach.

Zapaliłam świece i usiadłyśmy przy stole. Nadeszła wiekopomna chwila. Ukroiłyśmy sobie po kawałku kiszki i wgryzłyśmy się w nią, jakbyśmy sędziowały w programie kulinarnym. W konsystencji była bardzo przyjemna, a jeśli chodzi o pikantność, zbliżała się do perfekcji. Niestety, odrobinę przesadziłam z sosem sojowym, więc moja kaszanka wyszła nieco słona. I tak całkiem nieźle.


Więcej na VICE: