Kobiecość

Czego nauczyłam się o kobiecości, wyjeżdżając

Kontakt z inną kulturą zmienia stosunek do ciała, randek, czy nawet zwyczaju przepuszczania w drzwiach

tekst Basia Czyżewska
28 Czerwiec 2017, 3:00am

Mówi się, że podróże kształcą. Młode kobiety, mieszkając trochę dłużej za granicą, bardzo szybko przekonują się, że ich rozumienie kobiecości można trochę ulepszyć. Kontakt z inną kulturą zmienia stosunek do ciała, randek, czy nawet zwyczaju przepuszczania w drzwiach – takich niby oczywistych spraw, których dawno dawno temu nauczyły nas mamy, babcie, ciotki, kilka przyjaciółek…

Spytałam kilka dziewczyn, które uważam za twórcze i inspirujące, czego nauczyły się w kwestii bycia kobietą, mieszkając w Nowy Jorku, Rejkiaviku czy Barcelonie.

Fot. arch. prywatne

Magda Kmiecik, od prawie 4 lat mieszka w Nowym Jorku

Kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku, zdałam sobie sprawę, że w Belgii, gdzie mieszkałam wcześniej, znacznie rzadziej się randkuje, a w Polsce to już prawie w ogóle.

W Nowym Jorku zaproszenie kogoś na kawę albo drinka przychodzi naturalnie, ludzie są siebie ciekawi, otwarcie zadają pytania, w końcu przyjechali z tak różnych stron i mają bardzo różne historie… Ja też nauczyłam się zapraszać na randki, kiedy odkryłam, że to bardziej metoda na poznawanie ludzi, niż od razu szukanie męża.

Bez ściemniania. Polub fanpage VICE Polska, żeby być na bieżąco

Czuję, się znacznie mocniejsza jako kobieta, bo umiem powiedzieć „nie". Jeśli wiem, że coś mnie nie interesuje, nie podąża we właściwą stronę, jestem w stanie zdecydowanie to zakomunikować. To jest po prostu feedback, informacja zwrotna, która wysyłam, żadne wielkie odrzucenie. Jeśli to ja spotykam się z odmową, jestem wdzięczna za szczerość, przyjmuję wiadomość i idę dalej.

Ta zdrowa pewność siebie objawia się też w wyglądzie. Przed laty, mój belgijski chłopak wykruszał mi maskarę z rzęs mówiąc, że przykrywam nią wewnętrzny blask. Nauczył mnie, że można żyć bez makijażu. Czuję, że dziś wybieram ubrania, w których czuje się wygodnie – zamiast rurek zakładam luźniejsze spodnie, a kiedy jest ciepło zabudowane sukienki zamieniam na koszulki na ramiączkach.

Fot. arch. prywatne

Olga Urbanek. Od 2 lat mieszka w Reykjavíku

Pierwsze moje wejście na islandzki basen to był szok. W szatni wszystkie kobiety latały nago, czasem były nieogolone. Stałam nieruchomo i zastanawiałam się o co chodzi. Ale przecież ta sytuacja jest zupełnie naturalna. Żeby dobrze się umyć, wysuszyć, wmasować balsam, poczekać aż się wchłonie… trzeba być nago. Tymczasem ja byłam przyzwyczajona, że w damskiej szatni trzeba się szczelnie zawinąć ręcznikiem i skakać na jednej nodze zdejmując majtki. To naprawdę świadczy tylko o kompleksach i niedowartościowaniu.

Islandki bez względu na wagę i wiek nie mają tego problemu. Ja już też go nie mam, z czasem nauczyłam się rozbierać przy nich. Pewnie wszystkie w głębi ducha delikatnie się podpatrujemy, ale w tym nie ma żadnej oceny. To podziw kobiecego ciała, które jest takie zajebiste i wygląda sto razy lepiej bez kostiumu.

Fot. arch. prywatne

Iga Drobisz. Od 4 lat mieszka w Niemczech: Hamburgu i Berlinie

W Niemczech po raz pierwszy poczułam wsparcie kobiet, prawdziwe siostrzeństwo. Tutaj dziewczyny, zamiast rywalizować ze sobą, organizują się na wiele sposobów, od jogi w parku, aż po biznes. Np. moja koleżanka prowadzi modową agencję PR-ową i wykorzystuje swoje doświadczenie zawodowe, żeby wspierać po godzinach lokalne kobiece marki. Jest ode mnie starsza jakieś 10 lat, ale ja wcale tego nie czuję.

W Polsce dojrzałe kobiety często patrzą na młodszą z ukłuciem zazdrości, mówią rzeczy w stylu „Jak byłam młodsza…" – to jest deprymujące, niepotrzebne. Nie pozwala nam się na siebie otworzyć, zbudować prawdziwej relacji. W Hamburgu i Berlinie odkryłam, że takie emocje są niepotrzebne, można rozegrać to inaczej.

Fot. Claudio Chen

Joanna Wierzbicka. Od blisko 3 lat mieszka w Londynie

Mieszkając w Londynie zauważyłam, że granice kobiecości i męskości się dziś trochę zacierają i coraz trudniej je jakoś klarownie zdefiniować. Choć opisałabym siebie cechami od lat utożsamianymi z kobiecością (uczuciowość czy delikatność) to nie uważam, że mogą być one zawłaszczane tylko dla danej płci.

Spotykam tu dużo ciekawych osób z różnych środowisk, z różnymi historiami czy tożsamością płciową i próba jakiejkolwiek generalizacji cech ze względu na płeć wydaje mi się czasami niemożliwa i niepotrzebna. Podoba mi się to, że np. w pracy, asystując na sesjach i mając do wniesienia sprzęt na trzecie piętro w studiu bez windy, moja płeć nie ma znaczenia. Nikt nie robi z tego ceregieli, że jestem kobietą i noszę ciężkie rzeczy. I może to, co chłopak (albo nawet inna dziewczyna) zrobię wolniej, bo nie wniosę wszystkiego na raz (także z troski o mój kręgosłup) to koniec końców robię to, co należy do moich obowiązków i nie ma tu miejsca na stereotypy. To pozytywne zjawisko.

Poza tym Londyn, w którym dość łatwo można się poczuć anonimowo. nauczył mnie akceptacji swojego ciała, wyglądu. Jeżeli codziennie masz wokół siebie tłum nieznajomych, to pewne rzeczy takie jak cellulit czy trądzik przestają cię obchodzić w kontekście tego, co pomyślą inni – a zwłaszcza mężczyźni. To bardzo pomaga w samoakceptacji.

Ola Janiec. Od 10 miesięcy mieszka Barcelonie

Niedługo po przyjeździe do trafiłam na wieczorny festiwal w Poblenou. W oparach ulicznego jedzenia, przy dźwiękach elektroniki zmieszanej z reggaetonem i hiszpańską gitarą w tłumie tańczyły kobiety. Każda z nich podkreślała swoją kobiecość tak jak ją rozumiała. Młode latynoski w złotych kolczykach na randkach ze swoimi pierwszymi chłopakami. Nikogo nie raziły ich stringi widoczne pod obcisłymi legginsami. Katalonki na emeryturze w kwiecistych sukniach z lat 70. z mocnymi dorysowanymi brwiami, albo ich wnuczki w koturnach z Zary z koleżankami z Chin w dziewczęcych falbanach. Kilka pokoleń i narodowości kobiet tańczyło razem, akceptując się takimi, jakie są.

Barcelona to miasto, gdzie panuje kult zadbanego, zdrowego ciała, niekoniecznie jednak chirurgii plastycznej. Ekspresja seksualności związana jest z bezpośrednio z pięknem, ale samo piękno wykracza tu poza rozmiar ubrań, czy wiek. Odkąd tu mieszkam, interesuję się naturalną pielęgnacją, rezygnuje czasem z podkładu i myślę przede wszystkim o tym, jak czuję się ze sobą.

Fot. arch. prywatne

Magda Ławniczak. Od 5 lat mieszka w Paryżu

Po przyjeździe do Paryża to właśnie kobiety zwróciły moją uwagę. Szczególnie te 50 i 60 plus – niesamowity styl i duża odwaga w ubiorze, indywidualizm. Rzadko widzę tu osoby korzystające z medycyny estetycznej. Paryż to miejsce, które pozwala kobietom wyglądać naturalnie, uczy akceptować swoją twarz i ciało takimi, jakim jest.

Przestałam się malować i nosić stanik. Celebruję siebie i nie próbuję niczego na siłę zmieniać. To mi daję dużą siłę, a dodatkowy plus jest taki, że w portfelu zostaje mi więcej kasy np. na książki. Jestem przekonana, że skóra, na której jest jedynie krem nawilżający wygląda o wiele lepiej, niż 7-warstwowa tapeta wykończona cieniem i grubą kreską, a podróże i suma doświadczeń podkreślają spojrzenie lepiej niż jakikolwiek kosmetyk.