praca

Wyznania prywatnego masażysty

Jej ciało jest miękkie i blade. Mam wrażenie, że ugniatam surowe ciasto. Widziałem ją już nagą. Klient płaci za wygodę; ja za pieniądze rezygnuję z mojego komfortu na 60 do 90 minut
A
tekst Anonim

Artykuł pierwotnie ukazał się na Tonic

Leży naga pod prześcieradłem, twarzą do dołu.

Gdy nikt na mnie nie patrzy, staję się niewidzialny. Czuję, jak władza lekko uderza mi do głowy.

Gdy przesuwam dłonie w dół jej pleców, mój wzrok pada na rodzinne fotografie rozstawione na toaletce. Czarno-białe, sepiowe, oprawione w srebrne ramki, na krawędzie zdjęć zachodzą ozdobne esy-floresy. Zastanawiam się, od ilu pokoleń jej rodzina cieszy się takim dostatkiem.

Reklama

Jest wigilia Święta Dziękczynienia, a ja znajduję się na rogu 61. Ulicy i 3. Alei. Jestem masażystą i pracuję dla firmy, która oferuje usługi w domu pacjenta. Firma zapewnia stół, prześcieradła, olejki, balsamy i stołek ‒ wszystko, czego potrzebuję do prywatnej sesji masażu w domowym zaciszu. Klient płaci za wygodę; ja za pieniądze rezygnuję z mojego komfortu na 60 do 90 minut.

Jak dotąd jej ciało nie różni się od tych, których dotąd dotykałem. W jej powięzi raczej nie ma napięć, oprócz kilku twardych punktów nad łopatkami. Jej długie, falujące włosy są rozpuszczone. Zdaje się, że nie przeszkadza jej, gdy moje natłuszczone dłonie zaplątują się w jej pukle. Widziałem ją już nagą ‒ rozebrała się przede mną, gdy wyjaśniała mi, na których miejscach powinienem się skupić.

Lubią to robić ‒ bogate kobiety z Upper East Side. Lubią rozpuścić włosy i zrzucić ubranie, zanim opuścisz pokój. Tak to już jest. Ludzie są dziwni, nieważne, z jaką klasą ekonomiczną się identyfikują.

Nie tylko mieszkanki bogatego Manhattanu, które w tygodniu narzekają na nadmiar wolnego czasu, czują się przy mnie tak swobodnie. Zeszłej wiosny, w pewien piątkowy wieczór trafiam do mieszkania chasydzkiej rodziny przy 9. Ulicy w Williamsburgu. To jeden z ostatnich żydowskich przyczółków w okolicy zalewanej przez hipsterów.


Tylko ciekawe historie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Za pierwszym razem kobieta, do której tutaj przyszedłem, zaszyła się w głównej sypialni. Zastałem ją podczas prowizorycznej sesji woskowania i pedikiuru wykonywanej przez pojedynczą Azjatkę. Musiałem wcisnąć mój stół do masażu pomiędzy dwa pełnowymiarowe łóżka i ciężkie drewniane komody. Do poruszania się wokół stołu zostały mi dosłownie milimetry. Odmówiłem kolejnej wizyty.

Reklama

Następnym razem trafiam do pokoju któregoś z dzieci, w którym poprzesuwano kilka zabawek i małych mebli, dzięki czemu mam sporo miejsca. Wszystko to dlatego, że klientka chciała, żebym to ja ją znów masował, nikt inny. Czuję się tym lekko połechtany, ale z jakiegoś powodu nie jest mi z tym do końca wygodnie.

Ta klientka rozbiera się dopiero, gdy wyjdę z pokoju. W trakcie masażu od czasu do czasu wykrzykuje coś w jidysz do członków rodziny, którzy pytają o coś przez zamknięte drzwi.

Jej ciało jest miękkie i blade. Mam wrażenie, że ugniatam surowe ciasto. W jej plecach nie mogę wyczuć prawie żadnego napięcia. W odosobnieniu swojego domu najwidoczniej udało jej się uniknąć wielu stresów związanych z życiem w Nowym Jorku. Wyczuwam jeden supeł pomiędzy jej prawą łopatką a ramieniem. Dzięki Bogu nawet ona ma jakieś niedoskonałości.

Gdy obraca się na plecy, prosi mnie, żebym popracował nad jej brzuchem. Większość Amerykanek nie prosi o masaż brzucha. Mają przed tym zbyt wiele oporów. Trudno mi ukryć zaskoczenie, że ta ortodoksyjna Żydówka chce, bym to zrobił. Gdy pod moimi dłońmi jej brzuch ugina się i faluje, zastanawiam się, czy jej rodzina zdaje sobie sprawę z tego, co się właśnie dzieje. Może to jedyny moment, kiedy ta kobieta może się uwolnić od tradycji: naga, nieskrępowana, otwarta.

W ostatnich minutach pyta, czy mogę pomasować jej głowę przez chustę. Mogę się z bliska przyjrzeć jej twarzy. Widzę drobny, ale wyraźny uśmiech, gdy niebo na zewnątrz pomału ciemnieje. Po zachodzie słońca w piątek nie będzie mi już wolno przebywać w jej świecie.

Reklama

Ciekawe, czy wiedzą, że ich obserwuję. Słucham ich rozmów.

Moje oczy działają jak aparat rentgenowski ‒ prześwietlają najmniejszy szczegół domu klienta. Tym razem nie ma jednak domu, który mógłbym prześwietlić. Jest sobota, zimny, październikowy wieczór. Mój dzisiejszy klient to potentat nieruchomości. Jego imię widnieje na fasadzie budynku (nie, nie masuję Trumpa). Gmach wchodzi w skład kompleksu mieszkalnego ONZ. W piwnicy, do której wchodzę, mieści się siłownia, łaźnia i sauna, szatnia i sportowy basen. Jest też prywatny pokój masażu, który bardziej przypomina luksusowe spa. Kojąca muzyka spływa z głośników na stół pokryty śnieżnobiałymi prześcieradłami, pod ręką mam wszystko, czego potrzebuję: olejki, ręczniki, podgrzewacze, a nawet mała lodówka z butelkowaną wodą. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszych warunków pracy.

Zaczynam pojmować, że wielu ludzi czuje się bezpiecznie w moich dłoniach ‒ że bardziej niż masażu i terapii potrzebują bezpieczeństwa.

Jest młodszy, niż się spodziewałem i ma na sobie szlafrok. Na szczęście wygląda na to, że moda na negliż pośród bogatych Manhattańczyków ogranicza się do kobiet. Mówi, że lubi bardzo głęboki ucisk na plecach, ale wolałby, żebym trochę odpuścił na ramionach i karku. To bardzo nietypowa prośba ‒ większość ludzi prosi o najmocniejszy nacisk właśnie na górze pleców. To jego masaż, więc po prostu zabieram się do pracy. Plecy ma jak z betonu. Nie potrafię wyczuć pojedynczych węzłów ‒ pod palcami mam jedną litą płytę napięcia. Widocznie nazwisko na budynku ma swoją cenę. Trudno mi też wyczuć, gdzie dokładnie powinienem mocniej, a gdzie słabiej ucisnąć, więc zaczynam popadać w lekką paranoję. Jest wystarczająco bogaty, by pozwalać sobie na takie zachcianki, ale nie wiem, czy starczy mi cierpliwości, żeby je spełnić.

Reklama

Wkrótce przestaję probować go zadowolić. Zaczyna się wiercić i poprawiać na stole, przy okazji dziwnie postękując. Jego ruchy przeradzają się w ocieranie o stół, a ja przypominam sobie, co kolega po fachu mówił mi o facetach, którzy próbują sobie zrobić dobrze podczas masażu. Nie mam pewności, więc tylko pogłębiam nacisk ‒ to moja zwykła taktyka ‒ i po chwili klient przestaje się kręcić. Gdy zabieram się za jego nogi, już śpi. Zmniejszam nieco ucisk i pozostawiam go na średnim poziomie. Do końca półtoragodzinnej sesji staram się skupić na zegarze i ignorować ptasi szczebiot, szum fal oceanu i banalne dźwięki chińskiego fletu.

Przesypia resztę masażu. Zawsze zastanawia mnie, co ludzie wynoszą z takiej sesji. Po wszystkim nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest zadowolony. Gdy wracam do pokoju, już go nie ma. Zgarniam pozostawione przez niego sto dolarów i wrzucam je do torby. Doceniam tak szczodry napiwek, ale niezbyt mi się podoba, jak zagięty w połowie banknot spogląda na mnie z blatu. (Nie czuję się dobrze w sytuacji, gdy ktoś zostawia pieniądze wprost na stole, jak dla prostytutki. Nie lubię też, gdy jeszcze przed masażem klient kładzie pieniądze na widoku, bo uważa, że dzięki temu bardziej się przyłożę. Smutna prawda jest taka, że ma rację).

Tego dnia, w którym pracowałem w mieszkaniu na 61. Ulicy, odkryłem kilka dodatkowych faktów na temat mojej klientki. Nogi miała idealnie wydepilowane i nawilżone, ale z jakiegoś powodu jej stopy były suche i spękane, zupełnie, jakby skumulowany stres i niewygodę z całego ciała spychała na sam dół. Zauważyłem też inne rzeczy: wyczułem, że dół jej pleców jest słaby, luźny i (trudno to wytłumaczyć bez dotykania) niespokojny. Lekko podskoczyła, gdy kciukami nacisnąłem jej punkty akupresury u podstawy kręgosłupa, a górna część ud i biodra były zimne, co zwykle wskazuje na jakąś blokadę, a nawet traumę.

Reklama

Gdy pracowałem nad jej rękami, znów miałem okazję rozejrzeć się po pokoju. Oprócz wazonu pełnego wysuszonych i bardzo ozdobnych jesiennych liści na jej szafce nocnej zauważyłem kilka poradników w miękkiej okładce, w tym jeden na temat programu 12 kroków.

Zaczynam pojmować, że wielu ludzi czuje się bezpiecznie w moich dłoniach ‒ że bardziej niż masażu i terapii potrzebują bezpieczeństwa. Jestem tu po to, by przez wyznaczone 60 do 90 minut być świadkiem ich najpilniej strzeżonych sekretów. Jestem tu po to, by widzieć i dotykać ciała każdego z nich takim, jakie jest. By nie zwracać uwagi na ich ozdobne bukiety i wpływowe nazwiska, na kulturową otoczkę i przywileje.

Jestem tu po to, by widzieć ich nagich. Będę tu wracał wiele razy, jeśli się na to zgodzę. I zawsze po skończonej pracy będę stąd szybko i dyskretnie wychodził.


Więcej na VICE: