bunt

Po co komu teraz bunt w muzyce?

Powodów do nerwów, niepokoju i złości wciąż przybywa, w przeciwieństwie do artystów, którzy chcieliby o tym śpiewać. Przyglądamy się muzykom, którzy kiedyś nawoływali do buntu i oceniamy, co właściwie im to dało

tekst Andrzej Cała
14 Wrzesień 2017, 6:42am

Galeria osobowości kultury Warszawy XX w. Trasa Łazienkowska w Warszawie. Portret Kazika Staszewskiego. Fot: Panek/wikimedia

Żyjemy w czasach tak dziwnych, że nie starcza nam czasu na przetworzenie w głowie ogromu ich popieprzenia. Często więc asekurujemy się odwracaniem głowy od problemów otaczającego nas świata, wrzucaniu ich do folderu „na później": później przeczytam o głodzie na świecie, o huraganie, który niszczy ludziom ich dobytek, o ksenofobii, seksizmie, rasizmie itd. Teraz nie mam czasu.

Konformizm jest w cenie, o czym świadczą też zastępy niegdyś wojujących muzyków, wzywających do sprzeciwu, na barykady. Tyle że może to nie ich pazury się stępiły, co kolektywnie doszliśmy do wniosku, że w protest songi zwyczajnie nie mają sensu. Zaraz ktoś krzyknie z tłumu: „Bo kiedyś było lepiej". Mój znajomy uknuł nawet swego czasu termin, który sprawdza się przy wszystkim – kulturze, sporcie, technice itd.: „dzisiaj wszystko więcej, kiedyś wszystko lepiej".

No i patrząc na muzykę, faktycznie – może się wydawać, że wcześniej proporcje pomiędzy kawałkami, w których poruszano kwestie polityczne, społeczne, wzywano do buntu, bądź po prostu kontestowano rzeczywistość a tymi o miłości, przyjaźni, imprezowaniu czy szeroko rozumianych hedonizmie i materializmie, były wyrównane.

Polska i zagranica. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, od Jarocina począwszy, przez bunt Sex Pistols i The Clash, na wielu hitach radiowej Trójki z lat 80., które swoją elokwencją przedzierały się przez sito cenzury. I jasno widać, że wcale nie trzeba sięgać aż tak daleko. Ani tak głęboko, żeby wyciągać wydawnictwa dystrybuowane niczym opozycje broszury.

Weźmy przełom lat 80. i 90. – kontrkultura zdaje się jednym z elementów... popkultury. Public Enemy mają ostry, radykalny wręcz przekaz i nie przeszkadza im to zdobywać wysokie miejsca na listach przebojów. O tak mocnym przykładzie, jak N.W.A. nie wspomnę, bo tutaj idealnie zadziałała machina marketingowa, a hasło „Fuck the Police" było samograjem i wygrał ten, kto wykrzyczał je głośniej.

Pochodną sukcesu N.W.A. był też trwający nader krótko pochód na szczyt projektu Body Count. Owszem - kawałek Cop Killer wywołał ogromne zamieszanie, doczekał się nawet reakcji prezydenta Busha i jego administracji, ale w czasach tak szerokich rozruchów na tle rasowym w Stanach wielce to dziwić nie mogło.

Lecimy do połowy lat 90., gdy Rage Against The Machine zahaczali swoim przekazem znacznie szerzej niż N.W.A. Abstrahując od prezentowanych poglądów, komunizmu, socjalizmu, konsumpcjonizmu czy strzelania do rasistów – ciężko znaleźć inną grupę z tak zaangażowanymi tekstami, odważnymi zarówno w kwestii głoszonych treści, jak i muzyki, niemającej żadnego problemu ze sprzedawaniem milionów płyt, zdobywaniem prestiżowych nagród. Łączyli zarabianie dolarów z głoszeniem buntowniczych treści, które lądowały na koszulkach fanów. Sposób na rewoltę, czy chichot historii?

Warto tu jednak wspomnieć o Prophets of Rage, czyli projekcie łączącym muzyków wspomnianych już tutaj Public Enemy i Rage Against the Machine. Gdy wiosną ubiegłego roku w sieci gruchnęła informacja o tej formacji, strona, na której odliczano godziny do premiery ich pierwszego numeru, na kilka godzin się zawiesiła z powodu kanonady kliknięć. Pierwsze koncerty wywołały ogromne zainteresowanie. Wydawało się, że twórczość, w której głośne manifestowanie niezgody na zastaną rzeczywistość jest fundamentem, wciąż ma rację bytu. Jest wrzesień 2017 roku. Prophets of Rage mają właśnie wydać płytę, ale… ile osób tak naprawdę na nią czeka? Ile osób spoza totalnie zatwardziałej gwardii sympatyków PE i RATM w ogóle interesuje się losami tego projektu i tym, co chce nam przekazać?

Dekadę później w tekstach Serja Tankiana z System of a Down pojawiają się wątki terroryzmu, nawiązania do stosunków Armenii z Turcją i ludobójstwa dokonanego na Ormianach w czasie I wojny światowej. Serj głośno mówi o tym, że pracowników korporacji często traktuje się jak współczesną wersję niewolników, krytykuje amerykański system penitencjarny. Czy przeszkadza mu to odnaleźć się na czołówkach list przebojów? Nie. Fani cenią jego odwagę, dziennikarze podkreślają ważną rolę w krzewieniu prawdy i niewygodnej historii.

Jeżeli jednak ograniczymy się tylko do naszego poletka – Kazikowi nie przeszkadzało w sprzedaży setek tysięcy płyt krytykowanie władzy, jak i… własnego, artystycznego poletka. Od komentowania rzeczywistości nigdy nie uciekał też Grzegorz Ciechowski. Republika była szczera do bólu. Działo się.

Oczywiste jest jednak, że 2017 to nie przełom lat 70. i 80., więc oczekiwanie, że nagle powstaną nowe Mury Kaczmarskiego byłoby zarówno naiwne, jak i zwyczajnie nieuzasadnione. Bardziej zastanawiającym jest, czy obecnie utwór oparty o takie słowa miałby jakąkolwiek szansę na przebicie się do zbiorowej świadomości.

Trochę innym tematem jest polska scena hiphopowa, która z założenia opierała się na buncie, złości, wkurwieniu na policję i system. Ona siłą rzeczy musiała funkcjonować na uboczu komercyjnych rozgłośni radiowych. Rozkwitała w dużej mierze jako opozycja do muzyki popularnej i tego, co przekazywali twórcy kojarzeni z radia czy telewizji. Nie może więc dziwić, że single Molesty szansy na przebicie w RMF czy Trójce nie miały, ale już taki Fisz czy Grammatik owszem – tam przekleństw nie było, zaś protest dotyczył postawieniu się w kontrze do dominującego wówczas w rodzimym rapie nurtu ulicznego. Ot, paradoks.

Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku

Powstaje więc pytanie, czy bunt w muzyce już się nie opłaca? Wszakże piosenki, które dziś przebijają się do czołówek list popularności, sprzedaży, zdobywają najbardziej prestiżowe nagrody, prawie zawsze wyzute są z wątków politycznych czy społecznych. Ktoś krzyknie, że przecież są M.I.A., Kendrick Lamar, teksty u sióstr Knowles, że jest Jay-Z, Ten Typ Mes i jego krytyka współczesnego społeczeństwa, a koncerty Kazika wciąż cieszą się wielką popularnością.

No i jest jeszcze Łona, w którego twórczości „bunt" czy „protest" to terminy nie do końca adekwatne. Mamy do czynienia z artystą, który chętnie sięga po wątki społeczne i polityczne, ale w sposób bliższy kabaretom, operując ironią i sarkazmem. To, że udaje mu się przy okazji porywać tysiące słuchaczy i skłaniać ich do zakupu płyty, dzieje się – oczywiście mogę się mylić – raczej pomimo takiego zaangażowania, a nie jako jedna z podstawowych składowych sukcesów.

Tylko powiedzmy sobie szczerze – to jest naprawdę jakiś cholernie wąski wycinek wartościowej muzyki, od tego co zapycha nasze uszy niczym ważnym. A wydaje się, że właśnie 2017 rok powinien być tym, gdy większa liczba artystów mogłaby w swoich tekstach mocniej zaakcentować coś więcej, niż wyraźna chęć reklamowania drogich ciuchów.

Wracając więc do wcześniej zadanego pytania – czy muzykom dopiero rozpoczynającym swoją karierę bunt się opłaca? Totalnie nie. Bądźmy realistami. Ustawiając się w opozycji do władzy w Stanach czy nawet w Polsce, można bardzo łatwo „nagrabić" sobie u tysięcy potencjalnych słuchaczy bądź firm produkujących wygodne buty. A to najwyraźniej dla wielu jest ważniejsze, niż pozostanie po sobie jakichś głębszych refleksji i historii. Bunt w muzyce nie żyje, przynajmniej na listach przebojów. W undergroundzie ma się dobrze, wciąż kwitnie.