10 najważniejszych płyt

10 najważniejszych płyt: Buslav

Taneczny neo-funk Jamiroquai, najlepszy na świecie jazz Coltrane'a, biały elektro-blues Finka, ale też turbo-gospel Kirka Franklina - horyzonty muzyczne Buslava są tak samo szerokie, jak wartościowe.

tekst Artur Szklarczyk
07 Kwiecień 2017, 7:45am

Naprawdę nazywa się Tomasz Busławski, a urodził się w Rogoźnie w Wielkopolsce. Na Instagramie przedstawia się jako: wind-catcher, dream-chaser, truth-seeker, #songwriter, #musician. Multiinstrumentalista, który potrafi zagrać na pianinie, saksofonie i basie. No i śpiewa. Znakomicie! Na swoim debiutanckim, autorskim krążku, którego wydał w ubiegłym roku umieścił równo 10 piosenek z pogranicza akustycznego popu i subtelnej elektroniki. Kiedy spotkaliśmy się, żeby porozmawiać o jego muzycznych fascynacjach, ujął mnie pasją oraz skupieniem. Uwielbiam rozmawiać (nie tylko o muzyce) z takimi ludźmi!

Jamiroquai "Travelling Without Moving", 1996

Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny. Na przykład mój kuzyn, Dawid Portasz, to wokalista i lider zespołu Jafia, czyli kiedyś Jafia Namuel. No i kiedy miałem bodaj 12 lat, to Dawid dał mi trzecią płytę grupy Jamiroquai. Pamiętam, że w tamtym czasie było tak mało muzyki, zwłaszcza tej dobrej, że jednej płyty słuchało się po kilka miesięcy, często pół roku, a nawet dłużej. Szkoda, że dziś mamy więcej bodźców, za to mniej uwagi i spokoju... Ale wracając do "Travelling..." - ten album był dla mnie jak powiew świeżości - coś nowego, wspaniałego i przebojowego. Co prawda słuchałem już Jamesa Browna czy grupy Tower of Power, ale dopiero Jamiroquai podbił moje serce - świeżością, groovem, kultowymi już motywami opartymi na dźwięku didgeridoo, a wreszcie intro na pianinie, które otwierało całość. No i nagle po kilku latach dzwoni do mnie koleżanka i mówi, że przyjeżdża do Polski perkusista Jamiroquai - Derrick McKenzie. Dla mnie kiedyś idol, który stworzył podwaliny pod nowoczesny funk - geniusz, który okazał się jednak normalnym, serdecznym człowiekiem. Uwielbiam takie zdarzenia, które są niczym mały prezent z "góry" - niespodzianka sprawiająca, że cieszysz się jak dziecko.

Prince "Musicology", 2004

Zanim poznałem tę płytę, Prince'a kojarzyłem z jakichś pojedynczych utworów. Dopiero jednak dzięki "Musicology" zachwyciła mnie jego wizja muzyki i sposób, w jaki podszedł do funku. Miał swój patent - nie bał się wywracać miksu do góry nogami, nie bał się niekonwencjonalnych rozwiązań, które nawet czasami mogły być brzydkie, nie zawsze były w konwencji, ale były ważne i wyjątkowe. Na przykład w jednym z utworów wywalał gitarę na przód - co było wręcz nienaturalne, dziwne, ale było w tym słychać pomysł i geniusz. Prince nie bał się również łamać konwenansów muzycznych - czasami poległ, czasami sparzył się lub nie został zrozumiany, ale to nie ma znaczenia. Właśnie przez taką odwagę, kiedy nie boisz się skoczyć w przepaść, rodzą się nowe nurty w muzyce. Tylko dzięki temu możesz odkryć coś nowego. "Musicology" słuchałem selektywnie. Była tam piosenka "A Million Days" i ja ją omijałem, bo była wówczas dla mnie zbyt rockowa, zbyt kwaśna. Jakby z poprzednich albumów, jakby w stylu "Purple Rain". Minęło jednak trochę czasu i jadąc pewnego razu pociągiem włączyłem ten album i... doznałem olśnienia! Nagle usłyszałem te wszystkie niesamowite licki (zagrywki, motywy) basowe. No i tekst, który wreszcie zrozumiałem. Słowa o tak silnej miłości, że już nie można wytrzymać bez tej drugiej osoby. Do przekazania tak wielkich emocji potrzebna była właśnie głośna, hałaśliwa konwencja.

John Coltrane "Love Supreme", 1965

Grając w młodości na saksofonie miałem kilku ulubionych mistrzów tego instrumentu - czy był to Michael Brecker, Branford Marsalis, Wayne Shorter i oczywiście John Coltrane. Specjalne, dwupłytowe wydanie jego "Love Supreme" dostałem od przyjaciela Mateusza Otręby. Jeden krążek był studyjny, drugi zawierał koncert z Paryża. Uderzyło mnie to, że różnią się one temperaturą, emocjami - pierwszy poukładany, sterylny; drugi - mocno emocjonalny. Tęsknię za takimi klimatami - rodem jakby z zadymionego klubu, w którym jest klimat i magia. Znamienne jest to, że na początku niezbyt doceniałem brzmienie Coltrane'a - był bardzo mało efekciarski. Nic dziwnego - kiedy jesteś młody, to bardziej podobają ci się ładne dźwięki. Teraz, kiedy gram na "saksie", nudzą mnie miłe, ładne i gładkie rzeczy. Wolę surowe, mniej oczywiste granie. Dlatego wolę grubo ciosany styl Coltrane'a - coś w stylu drwala, który... wali w drewno (śmiech). Takie granie z jajami, pełne sążnistych fraz - mocne i z charakterem. Jego brzmienie boli w uszy, a z drugiej strony wiesz, że ten człowiek mówi prawdę. Coltrane nauczył mnie dyscypliny i pasji w graniu, ale też podstaw jazzu. Nie wolno tylko zapominać o tym, że kiedy już nauczysz się już podstaw, to musisz o nich zapomnieć, żeby uwolnić się i grać po swojemu.

Kirk Franklin "Rebirth of Kirk Franklin", 2002

Oto wokalista, który dostał bodaj najwięcej nagród Grammy w kategorii gospel. Miałem może 10 lat, kiedy wpadła mi w ręce ta płyta - trochę "live", a po części studyjna. No i usłyszałem numer "Hosanna" i... zatkało mnie. Pamiętam, że ten koleś krzyczał jak James Brown, ale nie za bardzo kumałem, po co to robi? Tak samo miał James Brown - w pewnym momencie dochodzisz do miejsca, gdzie nie pozostaje ci nic innego, jak tylko krzyk. Dziś już wiem, że skoro muzyka jest pewną przygodą, to najfajniej jest wtedy, kiedy ją odkrywasz. Bo jeżeli wiesz, co zdarzy się za chwilę, jaki dźwięk się pojawi, to zaczyna wiać nudą. A z Kirkiem wskakiwałeś na głęboką wodę, bo nigdy nie wiedziałeś, co się zdarzy, co będzie dalej? Na tym albumie mamy też znakomity zespół i świetny chór - wokalistów, którzy muzycznie "wyszli" z kościoła. Korzenny spiritual music oparty na pieśniach niewolników to fundament dla brzmień funk i R&B. Doskonała rzecz!

Fink "Perfect Darkness", 2011

Od dzieciństwa lubiłem bluesowe brzmienia, ale nie miałem jakieś ulubionej płyty. No może B.B. Kinga słuchałem ciut więcej. Wszystko zmieniło się dzięki Finkowi, którego odkryłem w czasach naprawdę ostrego biegania. To taka ciekawa muzyczna "hybryda" - biały koleś, który bardzo rootsowo śpiewa i gra na gitarze. Urzekło mnie to, że on nic nie musi udowadniać - gra jakby dla siebie. I sposób, w jaki ta płyta jest zrealizowana. "Perfect Darkness" nie jest ani o jotę przeprodukowane. Wręcz przeciwnie - mamy tu proste, ale świetne piosenki i teksty. Taka szczypta - nie, znacznie więcej! - duża łyżka bluesa "opakowana" w ciało gościa, który pochodzi z Anglii, a nie z amerykańskiego Południa. A mimo to słuchasz go i mu wierzysz. W muzyce bardzo ważne jest to, jaką jesteś osobą i jaką masz historię. To pociąga innych za tobą. Taki właśnie jest Fink.

Lenny Kravitz "5", 1998

Pamiętam jak Łukasz Portasz, brat Dawida, miał wieżę Sony - taką kilkupoziomową, na płyty CD, kasety i radio. Puścił mi na niej "5" i opowiedział o Kravitzu, którego nie znałem - o wyspie z własnym studiem, w którym sam zagrał i nagrał ten materiał. Zachwyciłem się tym albumem, a zwłaszcza minimalistycznym aranżem singla i superhitu "I Belong To You". Czysto, estetycznie i oszczędnie - żadnego przerostu formy nad treścią. W dodatku wszystko pysznie podane. I ma sens - jak ten powtarzający się dźwięk dzwonka. Wtedy zrozumiałem, jako dzieciak, że nie ma się co jarać tanim efekciarstwem, które tylko odwraca uwagę od emocji. Ta płyta była niczym komunikat, przesłanie: "Hola, spokojnie! Pamiętaj Tomek, że mniej znaczy... więcej!".

Elektric Band II "Paint The World", 1993

Miałem taki okres w życiu, że byłem mocno zafascynowany fusion jazzem. A sporą w tym zasługę miał Chick Corea i jego Elektric Band. I być może Eric Marienthal nie był moim ulubionym saksofonistą, ale ujęło mnie zarówno jego granie, jak i styl całego zespołu. Dziś minęła mi już pasja do fusion, ale w czasach, kiedy jazz użytkowy staje się niczym więcej, jak tylko "elevator music", to lubię wracać do "Paint The World". Dziś już jestem w innym momencie życia i kariery, ale podobały mi się te harmonie. Chociaż muszę się przyznać, że słuchając tego krążka omijałem ostatnie dwa, trzy numery - coś jakby piosenki "międzyplanetarne" w zimnym, syntezatorowym klimacie. Kosmiczne, nieprzyjemne, grobowe. Później dowiedziałem się, że Corea był mocno wkręcony w scjentologię, więc pewnie stąd wziął się ten klimat.

Erykah Badu "Baduizm", 1997

Wahałem się między Eryką a Jill Scott. Poznałem ich muzykę niemal równocześnie. Ale jednak Badu wyzwalała we mnie mocniejsze emocje. Pamiętam, że nagle wszyscy znajomi zaczęli się jarać R&B i nowym soulem. W tym murzyńskim, ale podanym w nowy sposób. W tym graniu było coś magicznego. Śledziłem potem uważnie karierę Eryki, dotarłem do obu części "New Amerykah", ale te emocje z "Baduizmu" już się nie powtórzyły. Pewnie dlatego, że muzycznie i emocjonalnie byłem już gdzie indziej. Natomiast ta artystka zainspirowała mnie do tego, żeby starać się być naturalnym w tym, co się robi. Tylko wtedy ludzie docenią twoją szczerość.

"American Beauty" (soundtrack), 1999

Plastikowa torebka unoszona przez wiatr, a w tle tej sceny przestrzenna muza, pełna pojedynczych dźwięków, które mają sens. Żadna tam napompowana, rozbuchana muzyka filmowa pełna orkiestracji i chórów. Tylko piano, bit i hipnotyzująca przestrzeń. Oto recepta Thomasa Newmana na intrygującą ścieżkę dźwiękową. Pamiętam noce po koncertach, długie posiadówki w pokojach hotelowych, kiedy słuchaliśmy jak zaczarowani tego soundtracku. Właśnie takich klimatycznych, nieoczywistych rzeczy poszukuję w muzyce filmowej. Dlatego pokochałem też dźwięki z "Księgi ocalenia" - to postatomowe, postindustrialne granie. Zimny "synth" jakby wyciągnięty żywcem z Oberheima. Takie soundtracki zmieniają postrzeganie filmu. Uwielbiam to.

Massive Attack "Mezzanine", 1998

To jedna z płyt, która miała na mnie ogromny wpływ w czasie, kiedy przeprowadziłem się do Warszawy. Wcześniej dla mnie taka "elektronika" była trochę cheesy. Na szczęście potrafiłem zdystansować się do tych dobrych rad - czego mam słuchać, a czego nie. Sięgnąłem po Massive Attack i wsiąkłem po uszy. To było odkrycie muzy, która może być bardzo głęboka w treści, w harmonii. Jest intensywna i otwiera nową przestrzeń. To doskonały przykład na to, że łączenie niemodnego dźwięku z czymś dziwnym, nieprzystającym daje nową, wspaniałą jakość. Coś jakby robienie muzycznych potraw. I chyba właśnie na tym polega sztuka, muzyka. Bo teoretycznie wszystko już zostało zagrane i nagrane. A właśnie dzięki takim dziwnym, nieoczywistym i intrygującym połączeniom starego z nowym powstaje nowa jakość.