Głośno i tanecznie, we Wrocławiu. Impreza szumnie zapowiadana, przez wielu nazywana festiwalem, która pokazała prawdziwe oblicze tej muzyki. Żył nią cały Wrocław – no dobra, nie tylko. Koncerty, warsztaty i techno łamiące żebra – to w założeniu. 13 czerwca przypomniał mi pierwszy dzień zeszłorocznego Audioriver patrząc na warunki pogodowe.
Dzienna dawka upalnych zajęć dla małych i dużych. No i super, razem z An On Bast dzieciaki bawiły się i uczyły w czasie warsztatów muzycznych. Ania też obiecała, że z materiału zebranego w tym czasie zrobi utwór. I co? I jest. Jak to nazwała „najśmieszniejsza piosenka festiwalowa”.
Videos by VICE
Samopoczucie, humor, pogoda. No musiało coś pierdolnąć, i pierdolnęło. MinT zdążyła, uff (młoda, ładna i dobrze gra – polecam przesłuchać). Inni nie mieli tyle szczęścia. Oczywiście na dobrą imprezę należy się modnie spóźnić, więc ja dopiero wychodzę, za oknem już ciemno – dość wcześnie jak na tą porę roku. W dzień żar lał się z nieba, wieczorem woda. Przecież jakaś równowaga w przyrodzie być musi. Jest takich dwóch panów, którzy zawsze robią robotę swoimi setami. Tym razem Seb i Rodrigez, nie dane im było zagranie całego przygotowanego materiału jednak postanowili dla swoich fanów w domowych warunkach nagrać to co przygotowali na tą imprezę. Mokry wsiadam do tramwaju, przeglądam insta, widzę zdjęcie udostępnione przez jednego z nich. Przedstawiające jakieś worki foliowe z podpisem „Jak oni grajo!”
Uhum, nie tylko mnie złapało pomyślałem. Dojeżdżam, a nawet bym ujął, że dopływam – przecież we Wrocławiu gdzie się nie ruszyć, tam Odra – nad głową z drewna wycięta nazwa festiwalu, wchodzę. Mała scena – cisza, główna – nie istnieje, choć fizycznie stoi. Za to w korytarzu zamku Kuba Sojka ratuje sytuacje grając piękne piosenki i umilając życie roztańczonym festiwalowiczom.
Piwko, czekam co przyniesie los. Jednak to nie los przynosił, organizatorzy pokazali klasę. Odpalili małą scenę, przenieśli główną, podali nowy rozkład. Koncerty odwołane, część DJ-ów wypadło z lineupu – ale co tam, uśmiechy na twarzach i roztańczone nogi, najważniejsze. Ludzi przybywało cały czas, nawet słyszałem, że znajoma zawisła na płocie, gdy skracali sobie z kolegą drogę. I nie przez brak biletu, ten w kieszeni, ale by zaoszczędzić te pięć minut, coby na bramce spędzili. Co to techno robi z ludźmi.
Dla mnie to był festiwal poranka. Czekałem na live act SLG & Kuba Sojka i się nie zawiodłem (pierwszy raz razem jednak mam nadzieje ze ten projekt będzie przez nich kultywowany). Zaserwowali piękny, energetyczny, dwugodzinny występ. Przez korony drzew przedostają się pierwsze promienie słońca, nogi chodzą same.
– Kubuś, właśnie zacząłeś dzień. (tu pojawia się na jego twarzy uśmiech a z głośników łechce tłusty beat) – rzekłem stojąc przed samą dj-ka.
Główna scena – tu delikatniej, ale też pięknie dzięki Mathew Jonson, a następnie Horse Meat Disco & Catz ‘n Dogz , oj miłe plumkania. Ktoś puka mnie w ramie, Patrycja – fanka Randomera, ekipa z Poznania z którą bujałem się całą noc.
– Chodź, chodź Randomer będzie grał.
Idziemy w kilka osób na drugą scenę, miła rozmowa, wtedy zorientowałem się: transportujemy gwiazdę z UK. Wchodzi i zaczyna pięknym techno, i robi dobrze publiczności, i jest coraz mocniej i mocniej.
Nieważny był zeszłodniowy deszcz, brak koncertów i zmiany lineupu. Wyznawcy techno pokazali, o co tak naprawdę chodzi.