Quantcast
Wszystko, co musicie wiedzieć o „Sztuce kochania"

Sprawdziłam, czy książka Michaliny Wisłockiej jest wciąż aktualna. Czasami lepiej nie poznawać wizji seksu według innych ludzi, a niedbalstwem i lenistwem spieprzono potencjalnie świetne opracowanie

Parę dni temu na ekrany polskich kin wszedł film Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej – biografia prekursorki polskiej seksuologii, „gorszycielki PRL-u". Z tej okazji wydawnictwo Agora postanowiło uraczyć nas nowym wydaniem jej książki – Sztuki Kochania, tym samym zachęcając następne pokolenie Polek, w tym mnie, do sprawdzenia, czy aby na pewno wiedzą wszystko o seksie.

Ja z tego wydania dowiedziałam się dwóch rzeczy – że czasami lepiej nie poznawać wizji seksu wg innych ludzi i tego, jak niedbalstwem i lenistwem można spierdolić potencjalnie świetne opracowanie. Zacznijmy może od tego drugiego i miejmy to z głowy, zanim przejdziemy do tego, czego próbowała nas nauczyć sama Wisłocka.

Sztuka kochania powstała ponad 40 lat temu, w międzyczasie była aktualizowana, a przedstawiony w niej stan wiedzy nijak się ma do obecnej rzeczywistości. Agora miała okazję uporządkować ten chaos, zaznaczyć co (i kiedy) zostało do książki dopisane, dodać na marginesie uwagi od współczesnych specjalistów. Przede wszystkim, wyraźnie zaznaczyć, że mamy do czynienia z tekstem historycznym, a nie aktualnym poradnikiem. To, że dodano nowy rozdział o antykoncepcji, nie stanowi nawet niezbędnego minimum w dostosowaniu tej pozycji do 2017 roku. Zgadza się ze mną Alina Synakiewicz – pedagożka, edukatorka seksualna z Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton – „Chociaż kolejne wydania Sztuki kochania były aktualizowane i uzupełniane, to wersja z 2016 roku nie różni się znacznie od pierwowzoru. Z tego powodu postuluję krytyczne czytanie i potraktowanie książki jako ciekawostki historycznej, pokazującej dyskurs seksuologiczny w PRL-u, a nie jako poradnika, który wprowadzi nas w arkana ars amandi".

Prawdziwą bombą jesteśmy uraczeni już w drugim rozdziale, w którym autorka zastanawia się, na ile ofiary gwałtów zbiorowych mogą być obarczane winą za to, co im się przytrafiło

Uff, to tyle, jeśli chodzi o najnowsze wydanie. Książki nie ma co krytykować ze względu na to, że nie wspomina o sprawach takich jak homoseksualizm. Jak dowiadujemy się ze wstępu i bez tego było jej wystarczająco trudno przejść przez cenzurę. Była poradnikiem dla heteroseksualnych par, a nie podręcznikiem dotyczącym całego spektrum seksualności. Ani to, ani bycie świadectwem minionej epoki nie usprawiedliwia jednak wszystkiego, co się w tej pozycji znalazło, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że była ona przez autorkę rewidowana w latach 90.

Prawdziwą bombą jesteśmy uraczeni już w drugim rozdziale, w którym autorka zastanawia się, na ile ofiary gwałtów zbiorowych mogą być obarczane winą za to, co im się przytrafiło. Nie wiem, co w tym wywodzie wyprowadziło mnie z równowagi bardziej – zalecenie, by dziewczęta „ostrożniej korzystały z wywalczonej z trudem równości wobec chłopców" (cytat z książki), czy założenie, że „hamulce psychiczne u chłopców ze środowisk mało kulturalnych nie działają prawidłowo" (kolejny cytat). To, co jednak przeraża mnie najbardziej, to połączenie tych tez z wywodami na temat enzymów i hormonów, które może zasugerować ich zasadność.

Sztuka kochania. Materiały prasowe

To nie jedyne stereotypy, z którymi zetkniemy się w tej książce. Jak powiedziała mi Alina Synakiewicz, „Wisłocka, choć pisząc książkę, chciała, aby seks przestał być dla kobiet przykrym małżeńskim obowiązkiem, stosowała podwójne standardy oceniające zachowania seksualne kobiet i mężczyzn. Mogłabym przytoczyć wiele takich fragmentów ze Sztuki kochania, które zupełnie nie przystają do dzisiejszych czasów i są szkodliwe". Możemy dowiedzieć się między innymi, że kobiety nie mogą sobie pozwolić na okazywanie mężczyznom uczuć czy pożądania. „Stara, dobra zasada jest prosta i niezmienna – mężczyzna prosi, zdobywa, wyjawia swoje uczucia, kobieta natomiast pozwala się uwodzić i czarować, ale sama tak w słowach, jak i listach nie powinna ujawniać zbyt bezpośrednio swego zaangażowania" czytamy w książce.

Jak zatem nawiązać relację z mężczyzną, jeśli nie możemy okazać mu zainteresowania? Na szczęście i tu czekają na nas odpowiedzi – niestety, są one godne kursów uwodzenia: „Przy okazji warto dodać parę słów o tym, jak należy siadać, aby nogi wyglądały efektownie". OK, świetnie. „Jak się uśmiechać?… Przede wszystkim jak najczęściej, ale na pełny uśmiech mogą sobie pozwolić kobiety o ładnych zębach i kształtnych wargach". Coś jeszcze? A, tak… „Istnieje ogólna zasada – płacz zdobi blondynki o dziecinnych rysach twarzy i dużych oczach, jeśli łzy spływając na policzki, powodują co najwyżej lekkie zaróżowienie końca nosa. […] Brunetki mają skłonność do czerwienienia powiek i występowania czerwonych plam na twarzy w czasie płaczu. Kobietom tak reagującym nie radzę płakać, ponieważ wygląd ich nie zachwyci ani nie rozbroi mężczyzny, a raczej wzbudzi chęć ucieczki z sytuacji ze wszech miar nieprzyjemnej". Mężczyznom z kolei, wg Wisłockiej, nie wypada płakać w zasadzie nigdy. Dowiadujemy się też, że „z wielkim trudem mężczyzna daje się przekonać, że również powinien się podmywać" i że „tak zwani stuprocentowi mężczyźni raczej nie lubią pieszczot poza okolicą narządów płciowych". Przepraszam, chłopaki.

Hej – jeśli czyjaś nagość jest dla ciebie „krępująca, nieestetyczna czy wręcz odrażająca", nie jest to, jak uważa autorka, normalne – to sygnał, że nie chcesz, a więc nie powinnaś z tą osobą uprawiać seksu

W ten sposób przechodzimy do kwestii technicznych, z których Wisłocka słynęła. Bardzo się cieszę, że nie miałam z tą książką styczności jako nastolatka. Gdybym wtedy przeczytała rozdział o tym, jak zmniejszyć ból związany z defloracją, najprawdopodobniej do dziś byłabym dziewicą. Na szczęście też nikt nie powiedział mi, że to mężczyzna ma mnie uczyć seksu i, jak zmusi go do tego sytuacja, „wywrzeć pewien nacisk i podjąć decyzję" za mnie, a ja powinnam „wykazać odrobinę obiektywizmu, nie szaleć ze strachu i nie bronić się ze wszystkich sił". Szkoda, że Wisłocka nie wpadła na to, że być może dziewczyna, która szaleje ze strachu i broni się ze wszystkich sił, po prostu nie jest gotowa na seks i powinna z nim poczekać, aż spotka ją sytuacja, w której będzie się czuła wystarczająco komfortowo, a chęć zbliżenia przerośnie jej obawy. Hej – jeśli czyjaś nagość jest dla ciebie „krępująca, nieestetyczna czy wręcz odrażająca", nie jest to, jak uważa autorka, normalne – to sygnał, że nie chcesz, a więc nie powinnaś z tą osobą uprawiać seksu.

Dalej zaczynam się gubić, bo książka jest po prostu chaotyczna i niekonsekwentna. Wiem, że jest edytowana, ale znów – dzięki temu, jak została wydana – nie wiem, które fragmenty dopisano i kiedy. Bo możemy w niej znaleźć i takie zdania: „cóż w tym dziwnego – zapytałam – że daje pani po buzi chłopcom, którzy mają ochotę panią pocałować, a których pani nie kocha, a może nawet nie podobają się pani?" Jest w tym dziele więcej dobrego, jak zaznacza Alina Synakiewicz: „Główna idea przyświecająca Sztuce Kochania ma dużo wspólnego z pojęciem »slow sex«, który jest przeciwwagą do konsumpcyjnego podejścia do seksualności, szukania szybkiego sposobu na rozładowanie napięcia seksualnego, bez dbałości o jakość kontaktów seksualnych. Wisłocka kładła nacisk na uczucia, budowanie więzi, komunikację między partnerami jako gwarancję udanej relacji intymnej. Mówiła, że w miłości pośpiech jest fatalnym błędem, odrzucała bylejakość w seksie, rutynę, zalecała różne techniki seksualne, które miały poprawić jakość życia seksualnego i umożliwić osiąganie przyjemności i orgazmu (zwłaszcza kobietom)".

Wisłocka ma dla kobiet wiele cennych porad, które mają im pomóc w osiągnięciu satysfakcji seksualnej. Myślę, że i dziś są one bardzo wartościowe – choć o seksie rozmawiamy znacznie swobodniej niż 40 lat temu i porady oferuje nam co drugie pismo kobiece, 6 sprawdzonych sposobów na to, by zaskoczyć mężczyznę w łóżku to nie to samo co rzetelne informacje na temat ćwiczeń i pozycji, które mogą nas przybliżyć do orgazmu czy uchronić przed bólem. Jeśli są one co najmniej wiarygodne dla kogoś tak otwartego i doświadczonego jak ja, muszą być nieocenione dla kobiet, którym eksperymentowanie w łóżku nie przychodzi tak łatwo. To w końcu do nich jest ta książka skierowana. Bo raczej nie jest to podręcznik dla młodzieży.

Jednak zarówno książka, jak i film stanowią dobry pretekst do podjęcia dialogu. „Stworzony przeze mnie scenariusz zajęć dla młodzieży ponadgimnazjalnej, który ma być uzupełnieniem filmu o Michalinie Wisłockiej, odnosi się do poradnika tylko częściowo. Uznałam, że film jest dobrym punktem wyjścia do rozmowy z młodzieżą na temat praw seksualnych, tego, o co trzeba zadbać, aby nasze życie seksualne było satysfakcjonujące. Z poradnika wybrałam te fragmenty, które są nadal aktualne i z których młodzież może wziąć coś dla siebie, dotyczyły one między innymi świadomego macierzyństwa, pornografii, kultury mówienia o seksualności, edukacji seksualnej, tego, że gwarancją udanego życia seksualnego jest dobra komunikacja z partnerem/ką", opowiada Alina Synakiewicz.

Nie tylko o seksie. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku

Kwestie techniczne związane z antykoncepcją są jedną z największych wad Sztuki kochania (już samo nazywanie kalendarzyka małżeńskiego antykoncepcją to dziś kiepski żart), jednak samo podejście do tematu jest bardzo rozsądne i byłoby bardzo dobrze, gdyby stanowiło rdzeń wychowania seksualnego w naszym kraju. Po pierwsze, już na początku swojego dzieła Wisłocka zaznacza, że „najlepszym momentem do rozpoczęcia nauki antykoncepcji u dziewcząt jest okres dojrzewania, to znaczy dwunasty-trzynasty rok życia". Nie zrzuca jednak odpowiedzialności za antykoncepcję na kobiety: „Jeśli mężczyzna stanowczo nie chce mieć dziecka, zawsze ma możliwość, aby do ciąży nie dopuścić. Istnieją przecież męskie środki antykoncepcyjne, chociażby prezerwatywy. Jeżeli z nich nie skorzystał, z lenistwa czy innych względów, nie wolno mu wywierać presji ani podejmować decyzji za kobietę".

Wisłocka wielokrotnie zaznacza, że decyzje dotyczące podtrzymania czy przerwania ciąży należą do kobiety. „Obecnie sprawa nie wygląda tak dramatycznie, zabiegi wykonują fachowi lekarze w szpitalach albo w gabinetach lekarskich, gdzie wszystko przebiega w warunkach sterylnych, prawidłowych, bez zarzutu", pisze o aborcji, przypominając mi boleśnie, że czasy, owszem, zmieniły się, ale nie pod każdym względem na lepsze.