Wu-Tangizacja Marvela w epoce Obamy. “Luke Cage” wymiata

​Adaptacją komiksu o superbohaterze z Harlemu byli przez lata zainteresowani tacy reżyserzy, jak m.in. John Singleton i Quentin Tarantino. Ostatecznie Luke Cage trafił na mały ekran. Najpierw błysnął w ubiegłorocznej “Jessice Jones”, by teraz – jako pierwszy afroamerykański heros w historii – dostać własną serię. 

I tak jak przed czterdziestoma laty komiksowy Cage powstał w wyniku reakcji Marvela na popularność bohaterów nurtu blaxploitation, jak Shaft czy Superfly, tak dziś znów wpisuje się w kontekst społeczny, w zapotrzebowanie na pozytywne wzorce dla czarnej młodzieży. Kontynuuje, a zarazem wznosi na nowy poziom “bohaterską” politykę równościową tak studia (Falcon i Black Panther w “Avengers”, Riri Williams dziedzicząca kostium Iron Mana), jak i Hollywood ery Baracka Obamy w ogóle (Django, Denzel Washington w reboocie “Siedmiu wspaniałych”, syn Apolla Creeda przejmujący pałeczkę od Rocky’ego). Jest częścią Marvel Cinematic Universe, kolejnym po “Daredevilu” i “Jessice Jones” podcyklem nadchodzącego serialu o supergrupie Defenders – ale jest również częścią kultury afroamerykańskiej, współczesnym blaxploitation.

Videos by VICE

Na podstawowej płaszczyźnie fabularnej “Luke Cage” przypomina “czarne” nowojorskie sagi mafijne, jak “New Jack City” czy “American Gangster”, wzbogacone o element fantastyki. Bohater ma nadnaturalne zdolności, ale jego historia jest mocno osadzona w świecie rzeczywistym, w ekosystemie Harlemu. To wynika także z ogólnej filozofii Marvela, którego postaci nie zamieszkują fikcyjnego Gotham czy Metropolis, lecz realny Nowy Jork. I podobnie jak filmy Spike’a Lee, jest “Luke Cage” listem miłosnym do miasta, do kultury, która je uformowała. Stąd też dla wielbicieli “czarnych” klimatów serial będzie niczym przedwczesny prezent gwiazdkowy.

Oszałamia ilość tropów, smaczków, nawiązań do kina, muzyki czy literatury. Tylko w pierwszych paru odcinkach pojawiają się odwołania do takich figur, jak pisarze Ralph Ellison, Walter Mosley, Chester Himes, rewolucjonista Crispus Attucks czy aktywistka Madam C.J. Walker. Co wcale nie znaczy, że trzeba koniecznie rozumieć dyskusję bohaterów o Philu Jacksonie i LeBronie Jamesie, albo znać genezę “słoika przekleństw” w barbershopie, by się tutaj dobrze bawić. Osią akcji pozostaje uniwersalny konflikt dobra ze złem, czyli w tym przypadku – Luke’a Cage’a, kuloodpornego pakera z dzielni (charyzmatyczny, choć nieco sztywny Mike Colter), z Cornellem “Cottonmouthem” Stokesem, lokalnym bossem, właścicielem klubu służącego za przykrywkę dla brudnych interesów (świetny, nieprzesadnie demoniczny Mahershala Ali).

Cheo Hodari Coker, pomysłodawca i producent wykonawczy serii, postrzega swoje dzieło w kategoriach modernistycznego westernu. “Klub jest saloonem, Cottonmouth to Gene Hackman z Bez przebaczenia, a Cage to Bezimienny próbujący uciec od przeszłości”, mówił w jednym z wywiadów.

Szczęśliwie jednak, inaczej niż w westernach, show nie cierpi na przerost testosteronu i gładko zdaje test Bechdel. Serialowe kobiety mają charaktery bardziej zróżnicowane niż mężczyźni, a grają je tak ciekawe aktorki, jak m.in. Alfre Woodard czy Sonia Braga. Łączniczką ze światem MCU pozostaje Claire Temple (Rosario Dawson), którą mogliśmy już oglądać w “Daredevilu” i “Jessice Jones”. Dawson jest tradycyjnie boska, a przy tym jej nad wyraz atrakcyjna bohaterka nie daje się zaciągnąć plejbojowatemu Cage’owi do łóżka. W jednej z dowcipniejszych scen, zabarwionej aluzją seksualną, odmawia zaskoczonemu macho zaproszenia na “czarną kawę”.

W innej scenie widzimy na ścianie portret Notoriousa B.I.G. To nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Coker ma na koncie książkę o Biggiem i scenariusz filmu “Notorious”. Nie dziwi tym bardziej, że Marvel od pewnego czasu otwarcie flirtuje z hip-hopem – wystarczy przypomnieć, jaką furorę wywołały w internecie marvelowskie wersje ikonicznych rapowych okładek.

“Luke Cage” zwielokrotnia tamtą frajdę, idąc przebojem w – jak to określa Coker – “Wu-Tangizację uniwersum Marvela”. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadają Adrian Younge i Ali Shaheed Muhammad z A Tribe Called Quest. Fachmani stworzyli oryginalną muzykę, w tym temat przewodni odsyłający do produkcji Gordona Parksa, oraz upstrzyli soundtrack ponadczasowymi hitami takich tuzów, jak Isaac Hayes, Nina Simone, 2Pac, Queen Latifah, EMPD czy De La Soul. Ponadto w każdym odcinku pojawia się muzyczny gość specjalny – m.in. Raphael Saadiq, Faith Evans, Charles Bradley – który śpiewa w klubie Cottonmoutha, Harlem’s Paradise; bliźniaczo podobny motyw do klubu Natalie’s z kultowego serialu “Oblicza Nowego Jorku”.

Co istotne, piosenki nie są powsadzane od czapy, tylko zgrabnie komentują przebieg akcji, np. gdy zbliża się zagrożenie, nieprzypadkowo wchodzi “Enemies All Around Me” Ghostface’a, a kiedy Saadiq wykonuje swój hit “Good Man”, policjantka w kamuflażu, Misty Knight (Simone Missick), otrzymuje jasny sygnał, że Luke to ktoś, komu można zaufać. Jakby tego było mało, wszystkie trzynaście odcinków pierwszego sezonu nosi tytuły od utworów Gang Starr – pilot to “Momenth of Truth”, potem kolejno “Code of the Streets”, “Who’s Gonna Take the Weight?”, “Step in the Arena” itd. Nerdowo-trueschoolowy orgazm gwarantowany.

Nie mniej fascynujący jest wymiar polityczny serialu. Marvel, który już w (nomen omen) kapitalnej “Wojnie bohaterów” przemycał wyraźne podteksty geopolityczne, tym razem poddaje pod refleksję drażliwe kwestie rasy i tożsamości. Cage to w zasadzie chodząca egzemplifikacja ruchu Black Lives Matter, kuloodporny Michael Brown lub Trayvon Martin. Stereotypowy chłopak z sąsiedztwa w nieodłącznej bluzie z kapturem, jeden z tych, którzy często kończą jako ofiary ulicznych porachunków bądź nadgorliwej policji. Jeden z tych, w których tendencyjne media widzą wyłącznie zagrożenie, a zarazem bohater – afroamerykańska ikona – jak Martin Luther King, Malcolm X, 2Pac, Notorious, Big L. Wszyscy oni, jak ci nieuzbrojeni młodzi chłopcy z ponurych doniesień prasowych, zginęli od kul. 

Jak wyglądałaby dziś ta statystyka, i jak w ogóle wyglądałaby historia Czarnej Ameryki, gdyby wszyscy oni mieli moce Luke’a Cage’a?

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.