Reklama
VICE Czyta

Cudowni Chłopcy istnieją i mają się dobrze

Przychodzą, odchodzą, umierają, by narodzić się na nowo — świętujemy urodziny pierwszego w historii Cudownego Chłopca

tekst Paweł Mączewski
16 Lipiec 2015, 12:13pm


Ilustracja Grégoire Guillemin — pełną galerię jego superbohaterów znajdziecie TUTAJ.

Stoję na krawędzi gzymsu, zrobię jeden krok do przodu i moje ciało zleci pięć pięter w dół, rozpryskując się na chodniku, jak pomidor. To nie jest bezpieczne miasto, a całe zło dzieje się właśnie tam, na dole, w rynsztoku i ślepych uliczkach. Dlaczego więc wdrapałem się na szczyt dachu? Bo stąd lepiej wszystko widać, szybciej dostrzegę tych, którzy będą potrzebować mojej pomocy. Szkoda tylko, że ja również jestem tak bardzo widoczny. Jasna czerwień, wymieszana z zielenią, a do tego żółta peleryna. Serio, Bruce? Mam żółtą pelerynę do ścigania psycholi po zmroku? Ja pierdolę, mam tylko nadzieję, że Joker znowu nie uciekł z Arkham.

— Z takimi myślami biłbym się zapewne, jeżeli w jakimś równoległym wymiarze komiksowego uniwersum, miałbym wykonywać fuchę Robina – młodocianego pomocnika Mrocznego Rycerza z Gotham City. Nie zmienia to jednak faktu, że 75 lat temu, każdy amerykański dzieciak chciał być pewnie tym Cudownym Chłopcem – pierwszym w historii nieletnim superbohaterem. Z okazji jego urodzin, przybijamy mu piątkę, przypominając jedną z najbardziej wstrząsających historii z udziałem Robina – w której go zabili.

Zacznijmy jednak od początku: postać Robina — Cudownego Chłopca (serio, to była pełna nazwa, którą na początku używano w publikowanych komiksach) stworzył Bob Kane, Bill Finger i Jerry Robinson. Swój debiut miała w lecie 1940 roku, w Detective Comics #38. Rok później po tym, jak na sklepowe półki trafiły przygody Batmana.

ZOBACZ KOMIKS, KTÓRY NISZCZYŁ DZIECIŃSTWA

Pierwszym Robinem był Dick Grayson, młody chłopiec pochodzący z cyrkowej rodziny akrobatów, który po tragicznej śmierci rodziców (zamordowano ich na jego oczach w trakcie występu), został przygarnięty przez multimilionera, Burce'a Wayne'a. Jak nietrudno się domyślić, chłopiec w niedługim czasie poznał sekret swojego nowego opiekuna i postanowił przyłączyć się do krucjaty przeciwko złu.

Mroczna geneza obu tych postaci miała być wspólnym mianownikiem dla relacji pomiędzy superbohaterami. Obaj cierpieli po utracie swoich najbliższych, a ich ból i alienacja od reszty świata była podwaliną pod wspólne działanie. Z czasem zaczęli się uzupełniać, trochę jak Sherlock Holmes i Dr Watson, gdzie tutaj Cudowny Chłopiec nadawał lżejszego tonu opowiadanym historiom, wprowadzając w nie trochę światła.

Batman i Robin (Adam West i Burt Ward) w serialu telewizyjnym, emitowanym w Stanach w latach 1966-68. Zdjęcie: wikipedia.org.

Nie da się przy tym ukryć, że w kwestii marketingowej, dodanie nieletniego bohatera do świata superbohaterów, było próbą pozyskania jeszcze większej liczby młodocianych odbiorców, którzy mogliby utożsamiać się z nowym herosem — będącym jednocześnie takim samym chłopcem, jak czytelnicy.

Lata mijały i o ile w świecie DC Comics wiek Batmana, ich największej gwiazdy, prawie że stoi w miejscu — tak pierwszy Robin z młodego chłopca przeistoczył się w nastolatka. Postanowiono więc znaleźć dla niego zastępstwo i tak w 1983 roku, w Batman #357 czytelnicy poznali Jasona Todda — młodego złodziejaszka z patologicznej rodziny, który z niebezpiecznych ulic Gotham City trafił pod opiekuńcze skrzydła (pelerynę?) Batmana.

Jason różnił się znacznie od swojego poprzednika. Był butny i zarozumiały. Swoją walkę ze złem traktował jak grę, którą trzeba wygrać — za wszelką cenę, nie zważając na zdanie innych. Było w nim jednak coś jeszcze, niepokojąca aura i gniew, co rzucało cień na jego zachowanie i światopogląd.

Niektórzy wierzą, że Batman to tylko człowiek, inni, że to cala armia ludzi. Są też tacy, którzy sądzą, że nie można go zranić i jest nieśmiertelny. Wtedy jednak ten chłopiec powiedział coś, co zmroziło mi krew w żyłach, powiedział: „ale wszyscy wiedzą, że on ich nie zabije". Nie wiem, co wtedy przeraziło mnie bardziej. Myśl Jasona o możliwości odebrania komuś życia — czy to, że prawdopodobnie miał rację.

— Alfred Pennyworth. Wypowiedź zawarta w albumie Batman: Under the Red Hood. DC Comics 2006.

W związku z tym, jak nowy Cudowny Chłopiec spolaryzował czytelników, wydawnictwo DC Comics postanowiło działać. Sprytnie zdecydowano jednak, że jeżeli już krew Robina ma spłynąć na czyjeś dłonie, niech będą to dłonie fanów komiksów.

Najpierw więc czytelnicy otrzymali historię, gdzie Dynamiczny Duet (inna nazwa, która przylgnęła do tej pary herosów) po raz kolejny ściera się z odwiecznym nemezis Batmana Jokerem, by zakończyć ten odcinek cliffhangerem i pytaniem: Czy Robin wyjdzie cało z opresji i czy Mroczny Rycerz zdąży na czas, by go uratować?

Na to pytanie czytelnicy musieli odpowiedzieć sami, dzwoniąc na jeden z dwóch podanych numerów telefonicznych — gdzie pierwszy numer ratował życie Cudownego Chłopca, a drugi je odbierał. W głosowaniu wzięło udział ponad 10 tysięcy osób: 5271 z nich chciało, by Jason Todd przeżył, kiedy 5343 skazało go na śmierć.

Tym samym Joker skatował Robina łomem, by następnie wysadzić go w powietrze, razem z matką chłopca (ej, to w końcu Joker, c'ne?). Komiks ze śmiercią Cudownego Chłopca został wydany na przełomie grudnia i stycznia 1989 roku i nosił tytuł „Śmierć w rodzinie". Amerykański serwis IGN umieścił go wśród 25 najlepszych historii o przygodach Batmana.

Okładka albumu „Śmierć w rodzinie". DC Comics.

Żeby jednak nie było za smutno — nie trwało długo, by u boku Batmana pojawił się kolejny odtwórca roli Robina, a po nim jeszcze następny i tak dalej (nawet Jason Todd w końcu zmartwychwstał, by przez pewien czas bruździć Gackowi w mieście). To natomiast tylko utwierdza pozycję Cudownego Chłopca jako symbolu — postaci, która nie tylko przetrwała 75 lat na rynku, ale doczekała się też swoich własnych komiksowych serii.

W tym momencie w mojej głowie pojawiło się pytanie, czy my też doczekamy się własnego superbohatera na polskim rynku? No i czy w ogóle potrzebujemy kogoś takiego, skoro do tej pory nasz panteon herosów w pelerynie świeci pustkami?

Uznałem, że najlepszą osobą, mogącą mi na to odpowiedzieć, jest Marcin Rustecki, były redaktor naczelny TM-Semic, które przez lata dostarczało na polskim rynku przygody trykociarzy zza wielkiej wody.


Zdjęcie: Flickr/Joe Crawford

VICE: Dlaczego, kiedy w latach 90. całe pokolenia zaczytywały się w komiksach z superbohaterami — Polska do dzisiaj nie doczekała się własnego superbohatera (nawet niekoniecznie komiksowego), którego przygody odniosłyby nie tylko kasowy sukces, ale stałyby się częścią polskiej pop-kultury? Dlaczego zachwycamy się amerykańskimi herosami w trykotach, ustępując pola w kreowaniu własnych ikon?

Marcin Rustecki: No trochę się jednak Polska doczekała... mamy Blera, Funky Kovala, Orła Białego, Wilq, był też Doman, Orient Men. A Kloss i Żbik? Wszyscy w różnych miejscach popkulturowego bohaterstwa — lepszych i gorszych... ale są. Jak rozumiem, stawia pan tezę, że nie doczekaliśmy się superbohatera na miarę popularności tych zza oceanu?

Taka ta moja teza.

Nie doczekaliśmy się jeszcze wielu rzeczy i na pewno się nie doczekamy... fenomen bohaterów amerykańskich polega moim zdaniem na tym, że komiks jako forma sztuki wyzbyty był wstydu jego tworzenia, a skupił się na dziecięcych marzeniach i takie marzenia dostarczał. Nie w formie żartu czy kpiny tylko na zupełnie serio. Formie oczywiście umownej, lekkiej, często naiwnej, ale jednak łączącej cechy uniwersalne w całość — i to jest magia po prostu.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie: Flickr/Christopher Stadler