Czy Partia to najbardziej niedoceniony polski zespół lat 90.?
Zdjęcie Sebastian Perchel
muzyka

Czy Partia to najbardziej niedoceniony polski zespół lat 90.?

Równo 20 lat po swoim scenicznym debiucie, na jeden wieczór będzie można wrócić do świata Partii. W przeddzień koncertu rozmawiamy z Lesławem – założycielem zespołu, autorem tekstów i muzyki
4.3.16

Krótka, bo niespełna ośmioletnia kariera zespołu Partia była jak teksty ich piosenek – przepełnione bólem, samotnością i brakiem zrozumienia. Zespół za życia funkcjonował gdzieś na uboczu, nie będąc tak naprawdę częścią żadnej ze scen. Byli mocno związani z Warszawą, jak chyba żaden inny zespół. Mimo podkreślania swojego lokalnego patriotyzmu, pokochano ich w całej Polsce i za jej granicami – już po śmierci zespołu, która nastąpiła nagle.

Reklama

Równo 20 lat po swoim scenicznym debiucie i niemal 13 po ostatnim koncercie w Pałacu Kultury i Nauki na jeden wieczór będzie można wrócić do ich świata. W tę podróż zabierze nas zespół Komety. O tym i o początkach zespołu opowiedział nam Lesław – założyciel zespołu, autor tekstów i muzyki.

VICE: Partia swój pierwszy koncert zagrała równo 20 lat temu. Jak z perspektywy tego czasu wspominasz okres powstania tego zespołu? Byliście kumplami z podwórka?
Można tak powiedzieć. Zwłaszcza ja i perkusista. Arkusa poznałem w pierwszej klasie podstawówki. Początkowo bawiliśmy się w zespół, również pod nazwą Partia. Bawiliśmy się konwencją punkrockową w duchu Buzzcocks czy wczesnego The Jam i nie miało to wiele wspólnego z tym, czym później była Partia.

Czyli graliście Punk 77'?
Tak, ale taki nasz, żoliborski. Jak wszystko, co później robiliśmy, znacznie różniący się od innych zespołów. Co ważne to od samego początku były to moje kompozycje, ale niestety nie dokonaliśmy żadnych nagrań. Ważnym dla mnie miejscem był Kinoteatr Tęcza na warszawskim Żoliborzu, dokąd chodziłem z babcią na Poranki, a później jako nastolatek na filmy, które odcisnęły na mnie duże piętno. Uważam za niesamowity zbieg okoliczności, że to właśnie tam zagraliśmy swój pierwszy koncert.

Partia muzycznie raczej nigdy nie nawiązywała do ulicznego punkrocka. Za to wizualnie owszem, przez co była kojarzona z subkulturą (tradycyjnych) skinheads. Na waszych koncertach skini stanowili znaczną część publiczności. Mam wrażenie, że po pewnym czasie się od tego odcięliście.
Nie wiem, czy to my, czy to nie właśnie ta publiczność odcięła się od nas. Od samego początku prócz kwestii muzycznych bardzo ważne były dla nas kwestie wizualne. Nasze ubrania, okładki płyt, muzyka – wszystko to stanowiło całość. Moim celem od samego początku było nie tyle granie w zespole, ile stworzenie własnego świata i zapraszanie do niego reszty mieszkańców ziemi. Ten mój świat ulepiłem z różnych elementów często nieprzystających do siebie. W Partii zaczęły one tworzyć całość, co zawsze mnie fascynowało. Była to suma wszystkich obejrzanych filmów, przeczytanych książek czy przesłuchanych płyt.

Przeczytaj też wywiad z The Analogs: „Tradycyjni skinheadzi pukają się w głowę, kiedy słyszą o skinheadach-faszystach"

Czyli nie byliście zespołem skinowskim?
Nie, nie absolutnie (śmiech). Grając pierwsze koncerty, nie mieliśmy pojęcia, kto tego będzie słuchał. Była to dla nas wielka niewiadoma. Publiczności się nie wybiera. Szybko odkryliśmy, że słuchają nas bardzo różni ludzie. Skinheadzi być może stanowili grupę najliczniejszą i najbardziej malowniczą. Prócz nich słuchali nas ludzie związani ze środowiskiem Lampy, intelektualiści, dziennikarze, czyli bardzo szerokie grono i ciekawa, dosyć nieoczywista mieszanka. Byliśmy oprócz tego jednym z najpopularniejszych zespołów w środowiskach gejowskich. Więc kiedy wszyscy zbierali się na naszych koncertach, to kipiało.

Wspomnieni skini często rozrabiali, co generowało kłopoty?
Niestety czasami dochodziło do rękoczynów, tak jak to było na koncertach punkowych w latach 70. w Anglii. Domyślam się, że każda muzyka, która wzbudza duże emocje, może owocować jakimiś formami przemocy.

Reklama

Czy te awantury na koncertach Partii były przyczyną zakończenia działalności zespołu?
Między innymi tak. Zdecydowałem się powołać do życia drugi projekt (Komety), ponieważ Partia znalazła się po jakimś czasie w specyficznej sytuacji. Byliśmy zespołem spoza układu, poza kilkoma rozgłośniami nie grało nas radio. Organizatorzy niechętnie podchodzili do organizowania nam koncertów. Szła za nami ta fama, że na naszych koncertach dochodzi do ekscesów. Więc jeżeli grasz w zespole, którego nie ma w mediach, nie gra koncertów to zaczynasz się zastanawiać co zrobić, żeby zmienić tę sytuację. Komety istniały początkowo równolegle do Partii i miały być pomysłem na jedną płytę.

Zobacz, jak wyglądał pierwszy sklep z heavy metalem we Wschodniej Europie, który był na warszawskiej Pradze

Kiedy okazało się, że nad nowym projektem nie ciąży klątwa zdecydowałem się kontynuować działalność w nim. Wracamy też tutaj do punktu, w którym ta publiczność się od nas odwraca. Jest to historia stara jak przynajmniej sam punkrock – zespoły, które zaczynają przyciągać większą publiczność niż dotychczasowa wąska grupa słuchaczy, po prostu przestają być elitarne. Wspomniana grupa staje się garstką w tłumie obcych ludzi, gdzie czuje się nieswojo i często obraca się to w agresję przeciwko zespołowi. Jest to wpisane w los wszystkich undergroundowych zespołów, które opuszczają undeground.

W tekstach poruszaliście też mało popularną tematykę transseksualizmu, co chyba nie jest zbyt popularne na polskiej scenie, a zwłaszcza we wspomnianym środowisku.
Czułem, że dzięki temu słuchacz może odnaleźć w sobie wrażliwą stronę swojej natury. W tamtych latach starałem się pisać teksty uniwersalne, które pasowałyby do obu płci.

Wynikało to bardziej z twoich obserwacji, czy może własnych doświadczeń?
Wynikało to przede wszystkim z maksymalnej dezorientacji młodego człowieka, ale również z obserwacji oraz chęci zamanifestowania przeciwko podziałowi na rock męski i kobiecy. Ten kobiecy miał być delikatny, a męski seksistowski i szowinistyczny.

Stary fanpage VICE przestanie działać 1 kwietnia. Już teraz polub nowy

No tak, w piosence „Piękny Chuligan" wcielasz się w trochę inną rolę, jako narrator.
Tak, aczkolwiek ta piosenka może być interpretowana różnie. Właściwie nie wiadomo jakiej płci jest narrator. To była z jednej strony zabawa tzw. „gender roles" a z drugiej świadoma prowokacja artystyczna. Moim zdaniem była na tyle skuteczna, że zmuszała do zastanowienia się nad sobą.

Partia jest jednym z tych zespołów, które zostały docenione bardziej po śmierci niż za życia. Jak myślisz, dlaczego stało się tak w waszym przypadku? Wyprzedziliście jakąś modę na polskiej scenie?
To ciekawe i myślę, że wynikało to z paru rzeczy. Z jednej strony rzeczywiście wyprzedziliśmy swój czas, ponieważ graliśmy muzykę gitarową inspirowaną latami 60. na parę lat przed „new rock revolution". Tak naprawdę większość ludzi zainteresowała się Partią i Kometami w momencie, gdy powstały takie zespoły jak Arctic Monkeys czy The Strokes. W momencie, kiedy my debiutowaliśmy, modne było techno czy raczkujący polski hip-hop, a jeśli już muzyka punkowa to spod znaku Jerzego Owsiaka. Odnoszę również wrażenie, że w tamtych czasach niewiele osób rozumiało naszą muzykę i niewiele osób wiedziało, że istnieje takie zjawisko.

Antena Krzyku: 30 lat polskiej sceny muzycznego podziemia

Inspirowaliście również innych, czego dowodem jest np. płyta Tribute to Partia. Czy zakładając Partię, marzyłeś, że kiedyś coś podobnego się wydarzy?
Absolutnie nie, zakładając ten zespół, byłem osobą zamkniętą w sobie i samo wyjście na scenę było przekroczeniem granicy, której – wydawało mi się – nigdy nie przekroczę. Nie myślałem o jakimkolwiek sukcesie, a tym bardziej że dwadzieścia lat później zagramy duży koncert w Pałacu Kultury, który będzie wyprzedany na wiele dni przed. Czuję wielką satysfakcję, że odcisnęliśmy jakieś piętno na polskiej scenie muzycznej i zmieniliśmy świadomość wielu słuchaczy, o czym teraz często słyszymy. Spotykamy wiele osób, które mówią, że Partia czy Komety zmieniły ich życie, co jest dla mnie największą satysfakcją.

Jesteś przekonany, że Partia powiedziała już wszystko? Misja została wypełniona i już nie wrócicie pod tą nazwą?
Powiem szczerze, że nie uważam misji za w pełni zakończoną dlatego, że po nagraniu płyty Żoliborz, Mokotów mieliśmy pomysł n następną płytę. Wymyśliłem nawet tytuł następnej płyty Jeet Kune Do (sztuka walki — przyp. red.). Były pomysły na piosenki, które z różnych przyczyn nie zostały zrealizowane. Życie jest bardzo zaskakujące i często dzieją się rzeczy niespodziewane. Więc niczego nie mogę wykluczyć. Na pewno wolałbym, żebyśmy nagrali płytę, niż gdyby miało to być reaktywowanie starego składu na jeden koncert. Dlatego też gramy ten koncert pod hasłem „Komety grają Partię", ponieważ jest to swoiste spojrzenie na te dwadzieścia lat z miejsca, w którym jesteśmy teraz.

Dzięki za rozmowę.