jedzenie

Jak przeżyć w Disneylandzie za pięć dolarów

Jeśli chcesz przeżyć, to musisz udawać, że masz urodziny. Tylko w ten iście pasożytniczy sposób doświadczysz mnóstwa darmowych korzyści

tekst Julia Prescott, tłumaczenie Jędrzej Mikucki
28 Sierpień 2015, 10:15am

W upalny sierpniowy poranek wpatrywałam się w bezkresną przestrzeń wypełnioną słodyczami w kształcie myszki. Jak długo wytrzymam tę zawrotną podróż w nieznane? Starałam się brzmieć jak poetka, ale wyszła z tego bardziej Carrie Bradshaw niż Maya Angelou. Była dopiero 9.30 rano, ale mnie już zaczęło ogarniać przerażenie.

Stwierdziłam, że pójdę do Disneylandu, mając przy sobie jedynie pięć dolarów. W ramach obchodów 60. rocznicy otwarcia parku rozrywki postanowiłam, że wytrzymam dzień w parku, mając przy sobie kwotę odpowiadającą przeciętnemu kieszonkowemu z 1955 roku. Jestem disneylandowym mistrzem, w końcu wychowałam się w południowej Kalifornii.

„Przecież to nic trudnego" – pomyślałam, po czym ustaliłam kilka zasad, których będę trzymała się tego dnia: Wezmę jedynie pięć dolarów w gotówce. Mogę wziąć z sobą jakieś przekąski, ale muszą się mieścić w malutkiej torebce z lat 50. – czyli mogę wziąć orzeszki, krakersy i właściwie tyle. I jeszcze ostatnia zasada, ale równie ważna – jedzenie może pochodzić jedynie z terenu Disneylandu (niestety, Denny's po drugiej stronie ulicy odpadło).

W 1955 roku, tuż po otwarciu Disneylandu, wejściówka dla dorosłego kosztowała 2,5 dolara. Mamy rok 2015, a cena biletu wzrosła do 185 dolarów. A jeśli masz jeszcze ochotę na wejście do California Adventure, parku rozrywki sąsiadującego z Disneylandem, dolicz do tego 40 dolarów. Po przeliczeniu wszystkiego wizyta czteroosobowej rodzinki w najszczęśliwszym miejscu na Ziemi wynosi 714 dolarów. I to tylko za jeden dzień.

To sporo pieniędzy, dlatego skorzystałam ze swoich niesamowitych znajomości. Mój kolega, pracownik tego przybytku, wpuścił mnie na teren za obietnicę przysługi. Polecam, to naprawdę tani i dobry sposób na zwiedzenie Disneylandu.

Są jeszcze dwie ważne rzeczy, które powinieneś wiedzieć odwiedzając krainę Myszki Miki. Po pierwsze, przygotuj się. Blogaski mamusiek i ten koleś z Instagrama „Disneyland Hacker" to świetne źródło przydatnych trików i porad, dzięki którym przeżyjesz w Disneylandzie. Po drugie, zachowuj się jak ostatni kutas! Jeśli chcesz przeżyć, to musisz udawać, że masz urodziny. Tylko w ten iście pasożytniczy sposób doświadczysz mnóstwa darmowych korzyści.

Moim pierwszym przystankiem był Jamba Juice na Downtown Disney, gdzie dostałam trzy dolary za to, że się urodziłam. Dumnym krokiem przespacerowałam się po całym sklepie i szybko wyszłam ze śniadaniem w formie darmowej małej paczki popchipsów. Wybrałam smak barbeque. Delikatna warstwa słodko-pikantnego smaku zaczęła się rozpływać w mojej jamie ustnej, ale to chyba dlatego, że byłam już za bardzo podekscytowana.

Sklep ze słodyczami w Disneylandzie

Chipsy to jednak nie jest odpowiedni posiłek, co potwierdziła moja obecność w sklepie ze słodyczami jakieś 12 minut później. Obok brownie za dziesięć dolarów leżała wegańska babeczka za 4,95 dolara, która stała się obiektem moich marzeń przez cały dzień. Gdybym mogła, wstawiłabym jej zdjęcie do złotego serduszka, jakby było to zdjęcie mojego kochanego.

W tamtym momencie nie wiedziałam już też, co jest gorsze: zadanie, które sobie obrałam, czy to, że przyszłam na swoje „urodziny" do Disneylandu całkiem sama.

– O, jesteś sama?! – zapytała mnie kasjerka.

„Spokojnie, kobieto, to, co widzisz, to jedynie cząstka mojego żałosnego życia."

Przerwa między porą śniadaniową a lunchową wyglądała mniej więcej tak: pytałam się wszędzie o swoje „urodzinowe gratisy" i spotykałam się z ciszą. Miałam wrażenie, że pytam się o jakiś disneylandowy Fight Club czy coś. W międzyczasie zaprzyjaźniłam się z jednym pracownikiem, od którego się dowiedziałam, że popcorn w ostatnim tygodniu podrożał o 25 centów. Poszłam również na Matternhorn, jedną z najbardziej niesamowitych kolejek w parku rozrywki. Zdziwiło mnie, że nikt mnie nie zaczepił, kiedy czekając w kolejce, czytałam biografię Eda Wooda.

Jazda na Matterhorn z pustym żołądkiem

Po zejściu z rollercoastera poszłam do Smokejumpers Grill. Mym oczom objawił się bar z dodatkami. „Czy mogłabym dostać dodatkową porcję?". „Dodatkowa porcja" sugerowała, że już wydałam pieniądze. Po chwili stwierdziłam, że pójdę na całość, i nawaliłam sobie kupę jedzenia w barze sałatkowym. Wśród szerokiego wyboru warzyw wygrały pieczone papryczki i ogórki kiszone. Wtedy stwierdziłam, że może dam radę i wytrzymam cały dzień.

Resztę dnia spędziłam tak, jakby kolejki górskie nie istniały. W moich oczach zapłonęło pożądanie porównywalne z tym, kiedy widzisz rewelacyjną promocję na plazmę z okazji Dnia Ojca. Próbki z Ghiradelli Chocolate? Biorę! Malutkie chlebki na zakwasie? Dawaj! Darmowe sosy? Wkładaj mi je prędko do buzi!!!

Darmowe sosy

Później było tylko gorzej. Głód dawał się z każdą chwilą coraz bardziej we znaki, osiągając kolejne poziomy. Okazało się również, że najbardziej beznadziejna kolejka w Cars Land była zamknięta, co dodatkowo mnie podkurwiło.

Co się ze mną stało? Wegańska babeczka, wegańska babeczka... Postawiłam jednak sprawę jasno, nie mogę wydać tych pieniędzy. Kiedy przyszła pora na podwieczorek, poszłam do Pacific Wharf Cafe. Poprosiłam o darmową wodę, ale zapomniałam powiedzieć o swoich „urodzinach". „Coś jeszcze? Ciastko?". Cholera, nie mogę. Dostałam to, o co prosiłam, czując się przy tym jak Sierotka Marysia. Podziękowałam kasjerce i wyszłam.

Darmowa wegetariańska kanapka

Chodząc o pustym żołądku, w pewnym momencie odkryłam, że Earl of Sandwich usytuowany przy deptaku przed Downtown Disney rozdaje darmowe urodzinowe kanapki. Zapisałam się na ich newslettera i czekałam. Minęła godzina, później kolejna. Nadszedł czas kolacji, a ja na gwałt potrzebowałam jakichkolwiek wartości odżywczych.

Stwierdziłam, że wykorzystam swoje niesamowite umiejętności i pewność siebie i zdobędę przekąskę nawet bez e-maila. Zamówiłam wegetariańską kanapkę. Dotarłam do kasy i zaczęłam swoją iście hollywoodzką grę aktorską. Nie jestem z tego dumna, ale przez kolejne 20 minut byłam jak Meryl Streep. „Potrzebujecie kodu kreskowego z mojego urodzinowego e-maila?". To nie była Meryl Streep w Sprawie Kramerów, to była Meryl Streep w Żelaznej Damie. „Przed chwilą tu był!". Po tym zaczęłam odgrywać na telefonie Łowców duchów. W końcu popatrzyli na mnie jak na kolejnego żebraka, których jest u nich pewnie mnóstwo, i stracili cierpliwość. Pszeniczna bułeczka, grillowane warzywa i odpowiednia ilość majonezu – to wszystko stało się moją własnością. Czułam się źle po tym, co przeszłam, ale nie były to moje prawdziwe urodziny, więc chyba była to po prostu karma.

Wróciłam do Disneylandu z wysoko uniesioną głową, a Lincoln wydostał się z portfela i został moim towarzyszem. Przepuściłam swoje pięć dolców na Dole Whip Float, delikatny krem serwowany jak mikstura, który stał się początkiem wielu innych kultowych deserów z przeszłości. Nie dostaniesz tego w żadnym innym miejscu.

Dole Whip

Kiedy wciągnęłam najlepszy możliwy deser z Disneylandu, zaczęłam myśleć o całym swoim dniu. Byłam przepocona, zestresowana i głodna. Żebrałam o sosy, kłamałam ludziom w twarz. Osiągnęłam kolejny poziom bycia chamem wobec innych.

Ale udało mi się. Mam nadzieję, że wy nie będziecie musieli tak robić. Dobra, ktoś ma jeszcze ochotę na brownie za dziesięć dolarów?

Tagged:
Disneyland
Vice Blog
bieda
słodycze
Gratisy